Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Jeśli korzystacie z posługi kapłanów Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X to prawdopodobnie zdążyliście się już spotkać z ostracyzmem i pogardą ze strony otoczenia i świata. Jeśli to uczucie chcecie jeszcze bardziej pogłębić to koniecznie zdecydujcie się dodatkowo na edukację domową! Dla świata będziecie nie tylko odklejonym "schizmatykiem", ale dodatkowo wyrodnym rodzicem który chowa swoje dziecko na dziwaka i odludka. Potrzeba Wam więcej zachęt? Nie no, żartuję sobie tylko.
Początkowo też mi się wydawało, że edukacja domowa to coś nienormalnego. W czasach mojej wczesnej młodości nikt nawet o czymś takim nie słyszał i w ogóle nie brał pod uwagę. Zacząłem grzebać i wgryzać się w temat. W końcu w pełni świadomie doszedłem do wniosku, że w ten sposób chcę kształcić swoje dzieci. Spróbuję Wam wyjaśnić dlaczego, bo być może już niebawem Wy też staniecie przed trudnym wyborem, gdzie posłać swoje pociechy do szkoły. A może macie problem z obecną placówką i warto pomyśleć o przepisaniu dziecka?
Może zacznę o od tego: nie każdy z Was pewnie wie, ale dziecko do lat 5 ma przywilej chodzenia do żłobka/przedszkola. Zaznaczam słowo "przywilej". Chodzi to chodzi, nie chodzi to nic się nie dzieje. Klasa "0" wzwyż zmienia się już w "obowiązek". Dziecko w wieku 6 lat MUSI zaliczyć klasę 0. Co to oznacza w praktyce? Jeśli macie np. chorowite dziecko, którego często nie ma z powodów zdrowotnych przedszkole może Waszemu sześciolatkowi robić problemy z zaliczeniem. Wiem, że to brzmi kuriozalnie, ale Wasze dziecko może nie zaliczyć klasy "0". Wtedy nie otrzyma promocji do klasy 1, a Wy będziecie mieli masę problemów natury biurokratycznej.
Jak jest z edukacją domową? Zazwyczaj jest tak, że zapisana na edukację domową do klasy "0" pociecha na koniec roku z automatu dostaje promocję do klasy 1. Pomimo faktu, że nie spędziła w przedszkolu, ani jednego dnia. Warto o tym wiedzieć. Jeśli dziecko ma problemy zdrowotne może się to okazać wielkim wybawieniem.
Po wnikliwej obserwacji tematu z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że edukacja domowa ma tylko 3 wady:
1. Potrzeba odpowiedniego człowieka, który się poświęci dla dziecka.
2. Z powodu sytuacji ekonomicznej nie każdy może sobie na nią pozwolić.
3. Może nie być najlepszym wyborem dla dzieci ze spokojnym usposobieniem i dla dzieci, które nie posiadają rodzeństwa lub rówieśników w rodzinie.
Jak zatem ta edukacja domowa wygląda?
Tak naprawdę to nie jest nic strasznego i jakoś szczególnie dziwacznego. W momencie zapisania do klasy 1 Wasze dziecko staje się całkowicie normalnym uczniem. Tak samo ma swoją klasę złożoną z kiludziesięciu rówieśników. Ma przypisanych opiekunów i dostaje legitymację szkolną, która uprawnia do różnych benefitów. Otrzymuje refundowane podręczniki i dostęp do biblioteki szkolnej. Rodzic może się tak samo ubiegać o "wyprawkę szkolną". Jedyna różnica jest taka, że dziecko nie musi codziennie chodzić do szkoły, a ma za zadanie raz/kilka razy w roku zaliczyć egzaminy przypisane do danego wieku. Rodzic sam tutaj decyduje, kiedy dziecko się uczy i kiedy na ten egzamin jest już gotowe. W mojej opinii dla dziecka jest to bardzo korzystne. Gorzej z opiekunem, bo organizacja tego wszystkiego wymaga tytanicznej pracy. Przynajmniej do momentu aż dziecko nauczy się samo siadać do książek. Nie ma innej rady. Tu trzeba wielkiego poświęcenia najczęściej jednego z rodziców. Nie każdy na takie poświęcenie jest chętny i gotowy. Jest to też główny powód dlaczego młody człowiek, kiedy słyszy o edukacji domowej od razu się krzywi i nawet nie dopuszcza takiej możliwości.
To teraz z grubej rury. Kiedy byłem calkowcie zielony w temacie zadzwoniłem do pani w sekretariacie jednej ze szkół przyjaznych edukacji domowej. Dowiedziałem się, że w ED dziecko może egzaminy zaliczać już w listopadzie. Słowem: w listopadzie może już zaliczyć cały rok szkolny. Pomyślałem: ale jak to? Przecież inne dzieci chodzą do szkoły calutki rok. Pani powiedziała, że bez problemu podstawę programową da się zaliczyć tak szybko, ale ona nie poleca. Spytałem: ale czemu pani nie poleca? Dlatego nie poleca bo niektórzy się czepiają potem, że jest w tym jakieś oszukaństwo. Dziecko jest w stanie w 3 miesiące zaliczyć to samo co inne dzieci w ciągu 9 miesięcy...
Dostałem wtedy solidnego kopa na twarz. Pamiętam doskonale swoją edukację. 90% rzeczy których sie uczyłem było albo mi calkowicie w życiu zbędne, albo co najwyżej "trochę interesujące". Pomyślałem: przecież sam mogę przejąć kontrolę nad tym co mojemu dziecku będzie potrzebne w życiu, a co musi po prostu "zaliczyć". Jakiż to jest potężny atut edukacji domowej! Człowiek odzyskuje częściowo kontrolę nad tym czego uczy się pociecha! Przy okazji dziecko nie jest przemęczone tymi wszystkimi "idiotyzmami", które na siłę im wtłaczają. Praktycznie wyeliminowane do zera jest też ryzyko szatańskiej indoktrynacji. Same plusy!
Po tej rozmowie serce zaczęło mi kołatać coraz mocniej. Może jednak ta edukacja domowa to dobre rozwiązanie? Poszedłem i spytałem pod kościołem kobietę o której wiedziałem, że wychowuje trójkę swoich dzieci w ten sposób. Powiedziała mi, że jest zachwycona i bardzo poleca. Potem zadzwoniłem jeszcze do innej. Stwierdziła, że żałuje, że tak późno przepisała swoje dziecko na edukację domową. Córka na edukacji domowej odżyła i ma kilkoro przyjaciół związanych z jej pasją. Zaraz potem zacząłem dużo słuchać na ten temat w Internecie.
Jednym z podstawowych zarzutów wobec edukacji domowej jest to, że dziecko nie ma kolegów i koleżanek. To absolutna bzdura. Jak już wspominałem dziecko ma swoją klasę i rodzice mogą na różnych grupach się wspólnie jednoczyć w organizacji zajęć. Nie wiem czy tak jest wszędzie, ale sama szkoła prowadzi zapisy na basen, zajęcia sportowe, warsztaty z różnymi ciekawymi ludźmi. Dodatkowo zapewnia dzieciom szlifowanie różnych przedmiotów online z nauczycielami. Wszystko zależy od inwencji twórczej i zainteresowań dzieci. Nawiązując do wady nr 3 niestety niektóre dzieci mogą tutaj mieć problem. Zamknięcie w domu jedynaka, który nie ma do kogo otworzyć buzi może mieć kiepskie konsekwencje społeczne. Osoba ze spokojnym usposobieniem może się jeszcze bardziej zamknąć w sobie. Rodzice najlepiej znają swoje dzieci i już sami muszą to ocenić i odpowiednio rozważyć wszystkie za i przeciw. Jeśli jednak dziecko ma rodzeństwo, ma jakiś kontakt z rówieśnikami to aspekt społeczny nie jest absolutnie żadnym problemem. Wystarczy się odrobinkę postarać.
Idźmy dalej. W Internecie usłyszałem wykład związany z ED, że posłanie swojego dziecka do grupy nie zawsze jest takie korzystne jak to nam przedstawiają. Potencjalny lekarz, może nie zostac lekarzem jeśli trafi w klasie czteroosobą grupę cwaniaków, którzy będą skutecznie wszystko burzyć. W edukacji domowej dziecko nie jest narażone na takie problemy. Rodzic sam ma kontrolę nad rówieśnikami z którymi pociecha się zadaje. W szkole stacjonarnej dziecko na klasę jest skazane całe długie lata. Toksyczne towarzystwo, które dziecko musi oglądać na codzień w wielu przypadkach prowadzi do tragicznych i destrukcyjnych skutków.
Teraz pojawi się zarzut: przecież dziecko musi sobie jakoś samodzielnie w tym brutalnym świecie poradzić! Oczywiście to prawda. Tylko kiedy to dziecko powinno zostać do tego świata wypuszczone? Każdy musi to swierdzić sam. Słuchałem różnych specjalistów. Najczęściej mówili, że takim wiekiem "samodzielności" jest aktualnie wiek 12 lat. Mi też się tak wydaje. Oczywiście ja wiem, że kiedyś byly inne czasy. Małe dziecko na wsi cały dzień było poza domem i jak wróciło to fajnie, a jak nie wróciło to trudno. Teraz jest inaczej. Bez solidnego fundamentu i wsparcia w domu wielu młodych ludzi po prostu sobie w tym szalonym świecie nie poradzi. Czychające na każdym kroku zagrożenia mogą dziecko przerosnąć lub wciągnać w ogromne problemy. Warto o tym pamiętać.
Na ten temat mógłbym rozmawiać znacznie więcej, ale nie chcę zbędnie przedłużać. Kiedy patrzę na małe dzieci, które z mega ciężkim plecakiem idą do szkoły to autentycznie cieszę się, że oszczędziłem tego mojemu dziecku. Jest szczęśliwe i uśmiechnięte, a nie przemęczone przymusowym przesiadywaniem w placówce. Uczy się regularnie i obiektywnie mówiąc naprawdę szybko wszystko łapie. Podejrzewam, że jego godzina uczciwej nauki w domu ma taki sam efekt kształcenia jak 6 godzin spędzonych w szkole. Nie wiem co będzie dalej. Schody zaczynają się podobno w klasie 4, kiedy dochodzą przedmioty bardziej szczegółowe i rodzic nie ma wystarczającej wiedzy, żeby uczyć. Po prostu będzie trzeba poszukać jakiś przyjaznych osób, które pomogą lub samemu się jakoś dokształcić. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Chętnie odpowiem na pytania jeśli ktoś takowe ma. Tymczasem podzielę się linkiem szkół przyjaznych edukacji domowej:
Życzę każdemu owocnych decyzji w kwestii edukacji swoich dzieci.
Serdecznie pozdrawiam
Komentarze
W nawiązaniu do Pana wstępu
My i tak jesteśmy dziwakami w oczach rodziny 🙈
Do 3 roku życia synka nie puszczaliśmy mu bajek (nawet babcia mówiła JAK TAK MOŻNA!), pozniej oglądał Franklina albo jakieś inne "stare" bajki ok 20 min dziennie, a my razem z nim; do skończenia 2-go nie dawaliśmy mu nic z cukrem, teraz je słodkie sporadycznie, jak już ktoś coś przyniesie, potrafi też ugryźć i zostawić, bo mu nie smakuje (wszyscy w szoku, że teraz mając 4 lata zajada się brokułem czy serduszkami, wątróbką, na deser uwielbia owoce itp). A w rodzinie, zazwyczaj ci bardziej puszyści patrzą na nas jakbysmy dziecko torturowali...
Dlatego życie mnie nauczyło, żeby nie przejmować się tym jak robią i co mówią inni. Wiele razy, żeby robić słusznie trzeba po prostu "iść pod prąd".
Dla mnie Pani jest bohaterką. Tak samo jak moja żona, która także wypracowała prawidłowe nawyki żywieniowe moich dzieci. W obecnym świecie jest to arcytrudne. Świat nie rozumie, że wyrazem miłości do dziecka to "NIE DAĆ" cukiereczka, kawałka ciasta lub kinder jajeczka. Ileż razy trzeba o tym uświadamiać osoby w rodzinie... Cukier to biała śmierć. Cukier niszczy zdrowie dzieci. Cukier uzależnia i z tego powodu dzieci potem praktycznie nic oprócz niego nie jedzą. Niestety jest słodki, smaczny i pod atrakcyjną postacią, więc prawie każdy go lubi. Zwłaszcza dzieci.
Dla mnie rodzica wielkim wyzwaniem jest moda na urodzinki w salach zabaw. Moje dzieci je uwielbiają, bo są inne dzieci i mogą się świetnie bawić. Niestety oprócz tego zawsze mają zafundowane 5 kilo taniego syfu na stole. Inne dzieci tak napychają się słodyczami, że potem nie są w stanie już nawet zmieścić tortu. Kiedy moje dzieci patrzą na mnie i się zastanawiają na ile mogą sobie pozwolić czuję się jak wyrodny ojciec z innej planety...
Niestety rozwiązaniem nie jest zamknięcie dziecka i jego izolacja. Natomiast wielkim wyzwaniem jest wypuszczenie dzieci do świata w taki sposób, żeby zgniły świat ich nie pochłonął.
Ważny temat Pan poruszył. Trzeba się uodpornić na komentarze z zewnątrz. Dzieciaki kiedy dorosną zrozumieją nasze dobre motywacje.
Co do imprez na salach zabaw itp. to nie rozumiem dlaczego w dobie tak łatwego dostępu do wiedzy wciąż serwuje się dzieciakom truciznę...
Dobrze, że niektórzy potrafią się jeszcze wyłamać.
Gratulacje dla Pani i męża. My również staramy się dzieci w ten sposób prowadzić. Jeśli chodzi o bajki to po prostu pytaliśmy kompetentnych ludzi i stąd również nie puszczaliśmy żadnych do 3. roku życia. Jeśli chodzi o jedzenie to sami się tym tematem interesujemy od lat. Nie potrafię zrozumieć dlaczego ogrom społeczeństwa karmi dzieci trucizną, ku ogólnej uciesze...
Chyba to po prostu brak zrozumienia, że smaczne niekoniecznie znaczy DOBRE. Dobre zwłaszcza w tej perspektywie lat czy dekad. Niestety żal patrzeć jak bratankowie w wieku ok 8 lat już mieli oponkę na brzuchu, czyli już blisko insulinoopornosci. A to glownie odpowiedzialność rodziców.
Nam zależało żeby zwłaszcza przez pierwsze 2 lata kubki smakowe przyzwyczaiły się do innych smaków, nie słodyczy - chyba że takiej z banana np.
No i prosta zasada, jeśli zjesz węgle proste, idź wybiegaj.
Nasz syn dopiero co skończył 4 lata, a już wie, że w mięsie jest dużo białka które buduje mięśnie, a z mięśni jest siła. Od warzyw jest zdrowy, bo mają witaminy i minerały, a od kaszy ma energię na zabawę i bieganie.
Takie dla dziecka wytłumaczenie, ale fajnie pojmuje.
Tylko znowu w przedszkolu na widok białej zwykłej bułki to głośno mówi, że to niezbyt zdrowe 🙈🙈🤣 no i ma rację, tylko świat nieprzyzwyczajony...
Często sobie myślę zwłaszcza o tych pierwszych latach jak dzieci szybko rosną. To ciało i kości, powiększające się narządy, skóra itp nie biora się przecież z powietrza! Trzeba dostarczyć dobrego jakościowo budulca, a teraz połowa diety maluchów to biała mąka.
Żal mi też tych dzieci, które na spotkaniu rodzinnym czy na plaży itp, zamiast się bawić i korzystać z okazji to siedzą z telefonem, bo rodzic puścił bajkę czy włączył jakąś gierkę.
A jakie to dziecko ma szansę, żeby się obronić przed wysokosmakowitym śmieciowym jedzeniem czy uzależniająca technologia? Jest właściwie bezbronne.
Heh właśnie przed chwilą przy kolacji mówił "mmm kalafior, smakuje mi" 🤣🤣🤣🤣
Przepada też za orzechami i czekoladą gorzka 85%.
Gdybyśmy jeszcze odpalili edukację domowa to by nas wydziedziczyli 🤣🤣
Nie ma się co bać starszych klas i szczegółowych przedmiotów, Internet daje nam niesamowitą możliwość w tym temacie. Jest masa kanałów na yt, które w niezwykle ciekawy sposób tłumaczą wiele zjawisk z fizyki czy chemii, rozwiązują zadania matematyczne, czy dają solidny wykład z biologii. Do tego książki i wiedza ogólna rodzica zaowocują sukcesem :)
Też mi się wydaje, że rodzic, który zdecyduje się na tak poważne przedsięwzięcie powinien sobie z tym poradzić. Z racji wieku moich dzieci nie miałem jeszcze okazji przetestować na własnej skórze. Mam z tym nikłe doświadczenie, więc dlatego też nie chcę się bardzo wypowiadać.
Przy okazji przypomniała mi się jeszcze jedna istotna kwestia. Z tego co się orientuję na Edukację Domową można zapisać się w większości stacjonarnych placówek. Niestety większość pracowników edukacji, którzy muszą takiego "dziwoląga" ogarnąć prawdopodobnie będzie miało ku temu negatywne usposobienie. Dlatego lista którą na dole podałem nazywa się "szkoły PRZYJAZNE Edukacji Domowej".
Przypuszczam, że egzaminy w takiej przyjaznej szkole też są skonstruowane w sposób przystępny dla zestresowanego, młodego człowieka.
Wiele razy słyszałem, że dzieci są w szkole przez kogoś "gnojone", bo źle spojrzą na nauczyciela. Chcę wierzyć, że przy egzaminie w szkole "przyjaznej ED" nauczyciele nie mają wyłącznie na celu "ustawić do pionu gówniarza". Miałem do czynienia z pracownikami mojej szkoły ED i do tej pory spotkałem osoby naprawdę wspaniałe i przemiłe. Po prostu widać, że to pasjonaci i im się chce.
Bardzo się cieszę, że powstał zalążek do ciekawej dyskusji. Nie tylko na temat edukacji, ale też z segmentu zdrowia. Temat żywienia czy wszechobecnej elektroniki chciał nie chciał przerobi każdy zatroskany rodzic. Warto o tym rozmawiać, bo dla dziecka są to często sprawy kluczowe.
Jestem naprawdę miło zaskoczony, że w zasadzie nie spotkałem do tej pory jakiś bardzo krytycznych komentarzy. To chyba świadczy o tym, że w świecie, który zwariował trzeba po prostu szukać miejsc, gdzie wariactwo nie doszło.
Na wieki wieków, amen.
Dziękuję za ten wpis, duża dawka nowej wiedzy dla mnie! Mam kilka pytań / wątpliwości:
1. Po przeczytaniu tego wpisu, pomyślałem - hmm a może bym się podjął nauki dziecka w klasach 0-3? A potem go poślę do szkoły - gdy ilość pracy dla rodzica będzie przytłaczająco duża? Tylko jak dużo będzie to ode mnie wymagać w tych klasach 0-3? Czy mówimy tu o wysiłku czasowym kategorii do 6 godzin tygodniowo, czy może mówimy o 15 godzinach w tygodniu które trzeba poświęcić na własną edukację, a następnie edukację dziecka?
Praktyczne dane by mi bardzo pomogły :)
2. Inna wątpliwość którą mam to, czy trzymanie dziecka w domu do 12 roku życia, a następnie wypuszczenie go na świat, nie będzie zbyt szokujące dla niego? Mam na myśli głównie taki problem że w wieku 12 lat, to on by poszedł do 6-7 klasy podstawowej, gdzie dzieci są już od dawna ze sobą zżyte i poniekąd taki 12 latek trafi na doczepkę do grupy która już się zna. Chyba większy sens by wtedy miało poczekanie aż do 14-15 roku życia jak dziecko pójdzie na świeżo do liceum?
3. Czy do edukacji domowej wchodzi w grę taka opcja że na przykład wraz z kilkoma zaprzyjaźnionymi rodzicami, składamy się na jakiegoś nauczyciela który by przychodził i uczył dzieci? Pewnie w tych latach 1-3 da się znaleźć jedną osobę która wszystko ogarnie, no ale w późniejszych klasach, to chyba już mówimy o wielu specjalistach - od geografii, od biologii, od fizyki, od matematyki, od j. polskiego, itd... więc jeśli się każdego wynajmie to mówimy w takim scenariuszu o naprawdę dużych pieniądzach. Teoretycznie myślę o czymś takim, ale zastanawiam się jak to może działać w praktyce.
4. Zastanawia mnie jeszcze problem społecznego wyobcowania "jedynaka". Tak się składa że obecnie mam 3 letniego syna, a rodzeństwa na horyzoncie nie widać - tak więc jest niestety możliwe, że ten scenariusz będzie dotyczył mnie. Czy w takim przypadku to że taki jedynak będzie na różnych zajęciach sportowych (o których Pan pisał w poście) i będzie miał kontakt z różnymi innymi dziećmi, nie będzie wystarczającym życiem społecznym? Sam Pan nawet pisał że zamknięcie dziecka w czterech ścianach to kłamstwo, właśnie ze względu na te zajęcia. Jeszcze do tego przecież dochodzą koledzy z zaprzyjaźnionych rodzin, odwiedziny itd... Czy ten problem wyobcowania społecznego i zamknięcia w sobie rzeczywiście jest problemem?
To ja dziękuję za pytania.
1. Uczciwie mówiąc ciężko to tak wyliczyć na godziny. Klasa 1-3 to edukacja wczesnoszkolna. Od rodzica nie wymaga jakiegoś specjalnego przygotowania. W klasach 1-3 jest tylko 1 egzamin ogólny, który można zaliczyć, kiedy zostanie otwarta przez szkołę taka możliwość. Wydaje mi się, że najważniejsza jest tutaj regularność, bo dziecko nie lubi przesadnie długo siedzieć przy książkach. Lepiej krócej, a częściej. Jedno dziecko łapie poszczególne zagadnienia szybciej, drugie dziecko łapie wolniej. Nie ma jakieś szczególnej presji i to ogromna korzyść dla ucznia edukacji domowej. W klasie pierwszej nie są to jakieś szczególnie trudne zagadnienia. To głównie nauka czytania, pisania, liczenia, podstawy logicznego myślenia. Często jest tak, że wystarczy powiedzieć którą stronę dziecko ma robić i przez 10 minut namiętnie trenuje cyferki itp. itd. Po prostu trzeba tego przyplinować i czasem zerknąć czy dziecko wystarczająco się przykłada.
Wśród znajomych ostatnio słyszałem, ze dziecko chodzi do klasy 1 a jak wraca to w domu jeszcze dodatkowo trenuje z rodzicami szlaczki, bo tego wymaga nauczyciel na lekcjach.
Nie dość, że dziecko siedzi w szkole kilka godzin to w domu i tak rodzic musi z dzieckiem nadrabiać i tracić na to czas.
Ogromnym atutem jest to, że dziecko jest uwolnione od oceniania. Zawsze byłem słaby z plastyki. Któregoś dnia wydawało mi się, że jeden rysunek mi wyszedł naprawdę pięknie. Bardzo się postarałem. Pani nauczycielka stwierdziła, że to taka słaba i naciągana 4. Od tamtej pory nie miałem już ochoty w ogóle malować. Nieustanne ocenianie (często niesprawiedliwe) od najmłodszych lat może zabić w dziecku chęć do jakiejkolwiek nauki.
Oczywiście w każdym momencie może Pan swoje dziecko wysłać do placówki stacjonarnej. Malo tego. Jeśli dziecko nie poradzi sobie z egzaminami to nawet z automatu wraca do edukacji standardowej.
2. Ja nie trzymam kurczowo dzieci w domu. One po prostu nie chodzą do szkoły. Uczęszczają na dodatkowy angielski, na basen i ostatnio testuję Judo. Zapisałbym je na zajęcia sportowe, ale termin mi nie pasował. Niedawno byłem na warsztatach muzycznych z ED. Na miarę możliwości staram się im zapewniać dużo kontaktu z rówieśnikami. Edukacja domowa dlatego jest tak źle postrzegana bo jest kojarzona ze schowaniem dziecka tylko i wyłącznie w szarym kącie jego pokoju. To nieprawda. Wszystko zależy od inwencji twórczej rodziców. Znam dwie osoby, które przepisały swoje dzieci na ED, bo miały właśnie problem z rówieśnikami. Dzieci trafiły na takich gagatków w klasie, że inaczej po prostu się nie dało. Nie potrafiły sobie już w takiej toksycznej klasie poradzić. 12 lat to taki wiek umowny do względnego samodzielnego radzenia sobie w życiu. Wszystko zależy od okoliczności i indywidualnych predyspozycji dziecka.
3. Myślę, że jak najbardziej! Sam na pewno będę szukał takich możliwości łączenia się w grupy i należę do różnych forów ED. Ostatnio założył tutaj post nauczyciel prawdziwej historii. Udziela dzieciakom lekcji online. W ciemno bym zapisał moje dzieci na takie coś, tylko niestety na razie są trochę za małe na skupienie przy monitorze komputera. Zwłaszcza, że staram się komputera unikać. Wolę nauczanie na żywo. Słyszałem, że poważniejsze schody w ED zaczynają się w klasie 4, bo wtedy wchodzą przedmioty szczegółowe. Ja mam umysł humanistyczny i sobie z tą grupą poradzę. Jednak do przedmiotów ścisłych będę zmuszony, gdzieś poszukać kogoś w rodzinie lub zainwestować w dobrego korepetytora. Na razie się tym nie martwię. Zobaczymy jak wyjdzie w praniu.
4. Sam tego do końca nie wiem. Mnie akuracik ten problem nie dotyczy bo mam dwójkę dzieci. Mam znajomą, która ma jedynaczkę i dziecko jest po prostu stworzone do uczęszczania do grupowego nauczania. Własnie dlatego, bo w domu wiecznie siedzi samo i bardzo potrzebuje kontaktu z rówieśnikami. Zabranie tej dziewczynce kontaktu z innymi dziećmi nie byłoby w tym przypadku najlepszym pomysłem, więć ED odpada. Rodzic musi sam ocenić na ile ma możliwość zapewnienia dziecku wyjście do innych dzieci i na ile jest to dziecku potrzebne. Można sobie poradzić poprzez zajęcia grupowe, poprzez częste zapraszanie "bratnich dusz" czy też rodzinne spotkania jeśli są jakieś inne dzieci.
W szkole stacjonarnej teoretycznie dzieci mają dużą klasę, ale i tak wybierają sobie ulubionych kolegów lub tworzą się w małe grupki. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby swojemu dziecku poznanie takiego ulubionego kolegi umożliwić gdzie indziej.
Dziękuję za wpis. Sami z żoną myślimy o edukacji domowej i tego typu informacje są nam bardzo przydatne!
Osobiście planujemy na tą chwilę postarać się zatrudnić kogoś z zewnątrz i wraz z osobami z kaplicy stworzyć taką małą grupkę, która byłaby nauczana przez zewnętrznego nauczyciela.
Trzymam bardzo kciuki! Osobiście uważam, że jeśli Pan Bóg pozwoli jeszcze temu światu pożyć to takie wzajemne jednoczenie się "podziemia" to przyszłosć rzetelnej edukacji. Oprócz edukacji domowej jedno z moich dzieci rozpoczęło też katechizowanie z FSSPX. Niestety nie są to łatwe tematy, bo tutaj po prostu sporo od dziecka wymagają. Potrzeba wiele czasu i tytanicznej pracy, żeby to wszystko zorganizować. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Wiadomo jednak, że jest o co walczyć.
Na wieki wieków, amen.
Panie Robercie, napisał Pan wspaniały tekst, bardzo budujący i jakże pocieszający. Mam nadzieję, że nie ma Pan nic przeciwko, jeśli dodam kilka słów od siebie, jako, że jestem mamą edukującą dwoje dzieci w edukacji domowej (obecnie 1 i 2 klasa szkoły podstawowej) ;)
To prawda, że w zerówce w edukacji domowej nie ma egzaminów i dziecko automatycznie otrzymuje promocję do pierwszej klasy, ale niska frekwencja obecności dziecka w zerówce (stacjonarnie), nie wpływa na odroczenie obowiązku szkolnego dziecka, dyrektor nie może tego obowiązku odroczyć, czyli nie jest tak, że dziecko nie otrzyma promocji do klasy 1. Więc dziecko nie poniesie konsekwencji, ale może ponieść je rodzic w postaci grzywny za niedopełnienie obowiązku realizacji rocznego przygotowania przedszkolnego przez dziecko.
Równie istotną kwestią jest tutaj ocena gotowości szkolnej, którą określa się na podstawie całorocznej obserwacji dziecka uczęszczającego do placówki (w edukacji domowej takiej oceny gotowości szkolnej się nie przeprowadza, gdyż nie ma miejsca obserwacja dziecka przez nauczyciela/pedagoga). Ale nawet bez takiej oceny (czyli u dziecka, które nie odbyło rocznego przygotowania przedszkolnego z powodu niskiej frekwencji), dziecko jest objęte obowiązkiem szkolnym i "(...) nie ma żadnych przesłanek, aby dyrektor szkoły podstawowej, w obwodzie której dziecko mieszka, odmówił przyjęcia go do klasy pierwszej(...)".
https://epedagogika.pl/ksztalcenie-i-wychowanie/niezrealizowanie-obowiazkowego-rocznego-przygotowania-przedszkolnego-a-rozpoczecie-nauki-i-obowiazek-szkolny-6836.html
W przypadku poważniejszych problemów (w nauce stacjonarnej), jest również możliwość odroczenia obowiązku szkolnego - ale to są już kwestie wychodzące poza edukację domową, czyli nie w naszym temacie :)
https://epedagogika.pl/ksztalcenie-i-wychowanie/chorowity-szesciolatek-kto-i-w-jaki-sposob-odracza-obowiazek-szkolny-3915.html
W przypadku niepowodzenia na egzaminie, dziecko może zdawać egzamin poprawkowy, jednak gdy i to się nie powiedzie, zgoda na spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą jest cofana, a dziecko (nie wiem czy zostało to już gdzieś tu wyartykułowane), musi powtarzać klasę - już w szkole stacjonarnej. Po roku znów można starać się o zgodę na realizację obowiązku szkolnego poza szkołą.
Nie do końca rozumiem argument pani z sekretariatu, z którą rozmawiałeś o zaliczeniu niektórych przedmiotów w listopadzie. Egzaminy w edukacji domowej odbywają się według ściśle określonych i surowo przestrzeganych procedur, dziecko zdaje egzaminy ustne oraz pisemne obejmujące zakresem całą podstawę programową, przewidzianą dla danej klasy. Stąd pomówienie, że mogłoby w tym być jakieś "oszukaństwo", co do którego ktoś (i pytanie kto na przykład?!) mógłby się przyczepić, kompletnie do mnie nie przemawia. Są dzieci, które zaliczają wcześniej różne przedmioty i są to dzieci nie tylko bardzo zdolne ale też na przykład przejawiające fascynację jakąś dziedziną czy przedmiotem, np. historią lub geografią - wtedy nierzadko swoją wiedzą wychodzą poza obowiązujący program nauczania i wcześniejsze zaliczenie egzaminu nie sprawia im problemu.
Stąd uważam, że warto bardzo surowo weryfikować każdą szkołę, która jest wpisana na listę "szkół przyjaznych edukacji domowej", gdyż to, co powiedziała ta pani z sekretariatu, nie powinno w ogóle zostać wypowiedziane.
Piszę o tym, gdyż jeszcze kilka lat temu, sama trafiłam na szkołę, która tylko z nazwy była "przyjazna edukacji domowej", a w praktyce okazało się, że nie mieli naprawdę żadnego pojęcia o specyfice tego nauczania, a już w ogóle o jakiejkolwiek współpracy czy wsparciu dla rodzica. I była to szkoła katolicka...
Zapewne pod pojęciem szatańskiej indoktrynacji rozumie Pan tzw. tęczowe piątki, zagrożenia związane z wpuszczaniem do szkół organizacji w tym samym kolorze i inne tego typu inicjatywy; niestety, jeśli obecnej minister edukacji uda się wprowadzić obowiązkową "edukację zdrowotną", będzie ona w podstawie programowej i będzie ona obowiązywała również w szkołach katolickich, i w edukacji domowej również. Ale mimo wszystko, uważam, że wiele od nas zależy.
"(...) Udział dzieci w tych zajęciach będzie obowiązkowy, a, wedle zapowiedzi ministerstwa, zaliczenie wulgarnych treści edukacji seksualnej będzie warunkiem promocji do następnej klasy. Dotyczy to szkół publicznych, prywatnych, społecznych, w tym szkół katolickich. A także dzieci w edukacji domowej. (...)"
źródło: https://ordoiuris.pl/edukacja/jerzy-kwasniewski-nie-edukacja-zdrowotna-seksualna-indoktrynacja?fbclid=IwZXh0bgNhZW0CMTAAAR2ksIeLkcNu10gLGmYdKMEovEDNHHm4tO_yjR97yHMZtHwkh7DFWiqD5K8_aem_7n2LrS5hwNIS-KgKawES3w
W ostatnim akapicie pisał Pan o tym, że czas poświęcony na naukę w domu jest znacznie krótszy niż w szkole - i to prawda, ale tylko wtedy, gdy dziecko, jak Pan napisał: "naprawdę szybko wszystko łapie". Warto tymczasem pamiętać i mieć na uwadze, że bardzo wiele dzieci ma dziś problemy z nauką, i nie mówię tu o tym, że "łapią coś wolniej", ale są to czasem dość znaczne deficyty uwagi, pamięci, koncentracji, mające swoje źródło w niezdiagnozowanej jeszcze chorobie i/lub w nieprawidłowym funkcjonowaniu jednego lub kilku układów jego organizmu, a uniemożliwiające dziecku efektywne uczenie się przy wykorzystaniu tradycyjnych form nauki. Początkowo mogą to być bardzo subtelne sygnały, które mogą pojawić się nawet przed rozpoczęciem zerówki, ale jako rodzice (nie tylko w edukacji domowej), również jesteśmy zobowiązani do obserwacji dziecka pod każdym kątem i w każdym momencie jego rozwoju, aby w porę problem zauważyć, zdiagnozować go i wdrożyć odpowiednią, nierzadko inną od tej tradycyjnej formę nauki lub również terapii - wtedy nie jest to już tylko godzina lub dwie dziennie, a nieco dłużej. Weźmy na przykład chociażby dziecko leworęczne. W szkole pomoc dla takiego dziecka często ogranicza się do posadzenia go w ławce w taki sposób, aby nie zderzał się łokciem z praworęcznym kolegą. Tymczasem dziecko leworęczne nierzadko wymaga szerszej diagnozy np. lateralizacji, gdyż w przypadku leworęczności, ośrodki w mózgu, odpowiedzialne za uczenie się, działają inaczej niż u dzieci praworęcznych (mówiąc bardzo ogólnie). Mimo to, uważam, że przy odpowiednim nakładzie pracy rodzica, takie dziecko ma znacznie większą szansę na opanowanie niezbędnej wiedzy, niż w szkole, gdzie w klasie nauczyciel nie jest w stanie poświęcić mu odpowiedniej ilości czasu i uwagi.
Więc te schody, o których Pan pisze w kontekście 4 klasy, mogą (ale oczywiście nie muszą) zacząć się już wcześniej, nawet przy nauce literek i cyfr, i czasem jest to dla rodzica w edukacji domowej trudny moment, gdyż raczej nie słyszy się o poważniejszych wyzwaniach w edukacji domowej w tych pierwszych latach. Dlatego chciałam zaakcentować również ten aspekt.
Jeśli chodzi o dziecko leworęczne, piszę z własnego doświadczenia ze starszą córką, a jeśli chodzi o te wcześniejsze "schody", to piszę z doświadczenia z młodsza córką.
Kończąc, chciałabym Was uczulić na znajomość prawa. Decyzja o nauczaniu dzieci w edukacji domowej to nie tylko nauczanie własnych dzieci; to pewna ilość przepisów prawnych regulujących tą formę nauczania, które warto przyswoić, szczególnie na początku, gdy może być trudno zweryfikować Wam czy szkoła rzeczywiście jest przyjazna "edukacji domowej". W moim przypadku znajomość moich praw pozwoliła mi uniknąć nieuczciwych zagrywek ze strony placówek "przyjaznych" oraz uzyskać pewność, że szkoła "przyjazna ed", którą wybrałam, to ta właściwa.
Chciałabym również polecić Wam stronę Fundacji Instytutu Educatio Domestica, od ponad 20 lat działającej na rzecz edukacji domowej w Polsce. Łatwo można ich znaleźć również na fb oraz you tube.
https://www.edukacja-domowa-instytut.pl/oswiadczenia-instytutu-educatio-domestica
Panie Robercie, raz jeszcze Ci dziękuję za Pana wpis i serdecznie pozdrawiam współrozmówców :)
Najważniejsze, żeby ten tekst przysłużył się ku czemuś dobremu.
1. Napisałem o tej różnicy, ponieważ wielu rodziców może to wykorzystać jako atut. Dziecko zapisane do przedszkola na ED otrzymuje promocję i nie musi nigdzie chodzić. Oprócz przepisów ogólnych, w przedszkolach są często indywidualne regulaminy. Dziecko, które nagminnie nie chodzi (najczęściej z powodów zdrowotnych) może zostać wysłane do poradni psychologicznej w celu ustalenia jego "problemów". Przedszkole może takie dziecko przypisać do "indywidualnego toku nauczania". Pomijam już fakt, że ta "gotowość szkolna" to często pic na wodę fotomontaż robione w wielu przypadkach przez sztuczną inteligencję.
Słowem: chcesz mieć spokój i dziecko w domu bez ryzyka użerania się z niezbyt przyjazną dyrektorą przedszkola lub trudną wychowawczynią. Możesz wybrać ED i "odhaczenie" przedszkola masz z głowy bez żadnych dodatkowych warunków.
2. Poprzez zaliczenie szkoły w 3 miesiące w ED wobec 9 miesięcy szkoły stacjonarnej miałem na myśli przede wszystkim niesamowitą "stratę czasu" przez dzieci. Niektórzy zaliczają podstawę programową w 3 miesiące, a przez 6 miesięcy uczą się tego co jest im potrzebne w życiu lub realizują swoje pasje. Podejrzewam, że Pani w "sekretariacie" dlatego tak powiedziała, bo po prostu ktoś z edukacji stacjonarnej lub innego kuratorium oświaty może się czepiać. Ostrożności procesowej nigdy za wiele.
3. Edukacja seksualna. Nie martwię się przedwcześnie. Szkoła do której zapisane jest moje dziecko ma po drodze z wiarą katolicką. Nie wierzę, żeby nie znalazło się jakiś sposobów jeśli te wszystkie idiotyzmy finalnie przejdą. Mam wgląd do podręczników moje dziecka, więc jeśli będzie wymóg to po prostu tego dziecku nie dam do nauki. W szkole stacjonarnej kontrolę nad tym miałbym znacznie mniejszą.
4. Te wszystkie porady na temat dziecka są bardzo cenne. Zwłaszcza moja żona nad tym czuwa, dlatego jest bohaterką. To wszystko wymaga tytanicznej pracy i nie jest łatwe. Dlatego wielu ludzi nie chce się na to decydować, bo to zbyt duże poświęcenie.
Ostatnio mam trochę deficyt wolnego czasu. Mam nadzieję, że odpowiedziałem na wszystkie wątpliwości. Pani post jest bardzo profesjonalny i starałem się z niego wyłuskać wszystkie niedopowiedzenia.
Życzę wszystkiego dobrego i samych sukcesów w kształceniu dzieci.
Z Panem Bogiem
Panie Robercie, chciałabym zostać dobrze zrozumiana.
Mój wpis nie był wyrażeniem jakichkolwiek wątpliwości. Miał na celu uzupełnienie i skorygowanie kilku stwierdzeń, które zawarł Pan w swoim pierwszym wpisie.
A odnosząc się do Pańskiej odpowiedzi...
Owszem, rodzic może zapisać dziecko do ED, jeśli tylko chce "odhaczyć" zerówkę, ale pisanie o takiej opcji bez poinformowania o możliwych negatywnych konsekwencjach, szczególnie dla dziecka, jest według mnie niepełną informacją.
Pisząc o tym wyjściu, wskazuje Pan na atut: "...spokój i dziecko w domu bez ryzyka użerania się z niezbyt przyjazną dyrektorką przedszkola lub trudną wychowawczynią" i odhaczenie przedszkola "bez żadnych dodatkowych warunków".
Ale przecież dziecko w zerówce również obowiązuje podstawa programowa, więc warunek jednak jest: z takim dzieckiem również pracujemy.
Proszę mi wierzyć - są rodzice, którzy zerówkę traktują jak przedłużenie przedszkola, i dziecko idąc potem do pierwszej klasy okazuje się nie być do tego gotowe i rodzą się z tego mniejsze lub niestety większe problemy....
https://www.gov.pl/web/edukacja/podstawa-programowa-wychowania-przedszkolnego-dla-przedszkoli-i-oddzialow-przedszkolnych-w-szkolach-podstawowych
System edukacji w Polsce jest w opłakanym stanie, ale nie skreślajmy go całkowicie. Są jeszcze dobrzy pedagodzy i nauczyciele, tacy z powołania, i to również oni przyczyniają się do tego, że dana szkoła jest przyjazna edukacji domowej i możemy z nimi współpracować.
Zainteresowała mnie kwestia sporządzania dokumentu gotowości szkolnej przez sztuczną inteligencję. Czy mógłby podesłać Pan link do artykułu lub informacji w tym temacie?
Pisząc o edukacji domowej nigdy nie mam na myśli zamkniecia dziecka w drewnianej skrzynce i wyrzucenie klucza. Jeśli nie ma zerówki to trzeba pracować w domu. Jeśli dziecko nie idzie do szkoły stacjonarnej to trzeba dziecku zapewnić odpowiednią alternatywę. Dobre wychowanie dziecka to przede wszystkim poświęcanie mu czasu i dawanie sobą przykładu.
Rozmawiałem z dwoma pedagogami i obaj mi powiedzieli, że ta podstawa programowa jest do kitu. Od dzieci się wymaga, że w danym roku MUSZĄ już coś potrafić podczas, gdy często nie mają ku temu predyspozycji. Sprowadza się to często do bezsensownego oceniania i gnojenia zwłaszcza w edukacji wszesnoszkolnej, gdzie każdy rok ma kolosalne znaczenie. Dziecko ma poczucie niesprawiedliwości, bo system wymaga od niego, że na tym etapie MUSI już umieć. Często czuje się gorsze od innych. Mi się to nie podoba, więc przy pomocy edukacji domowej chcę to zminimalzować.
Dziecko dobrze prowadzone w przedszkolu może mieć z tego wiele korzyści w swoim rozwoju. Ja tego nie neguję. Edukacja domowa umożliwia alternatywę, że można dziecko już wczęśniej wziąć pod swoją opiekę. Rodzic musi sam zdecydować co jest lepsze dla dziecka i dla sytuacji rodziny.
Artykułu nie mam. Rozmawiałem z nauczycielem, który mówił, że ta "gotowość szkolna" to wpisywanie w rubryczki 0,1,2 i potem sztuczna inteligencja/system to zlicza i wypluwa dokument. Ten nauczyciel twierdził, że mają to narzucone z góry i dla niego jest to utrudnienie. Nie znam się na tym, więc szczegółów nie podam.
Na koniec. Szanuję każdego nauczyciela, który w tym świecie jest w stanie pracować w zgodzie ze swoim sumieniem i dla dobra Polski i Polaków. Podobnie jest z kapłanami, żołnierzami, lekarzami, policjantami. Czasy mamy mroczne, więc wielu takich na swojej drodze niestety nie spotykam. Większość to zgadzający się na wszystko konformiści. Dlatego wolę nie ryzykować i biorę sprawy w swoje ręce.
Serdecznie pozdrawiam
Dopiero teraz przeczytałam, (trudno mi być na bieżąco jak widać :) ) ale dopiszę od siebie że bardzo polecam ED. Puki co najstarszy syn "zaliczał" gimnazjum w ED, teraz jest na studiach i dobrze sobie radzi. Aktualnie mam czwórkę w podstawówce i przedszkolak w kolejce, wszyscy w ED od początku edukacji (8, 7, 4, 2 klasa)
Dodam od siebie, że poza szkołą przyjazną dla edukacji domowej (bo takich jest coraz więcej szczególnie od jedynie słusznej choroby ..) warto poszukać szkoły katolickiej (gdzie władze szkoły są zgodne z naszym światopoglądem, głównie pod kątem tego jak chcemy wychowywać dzieci) Szczególnie gdy chcemy korzystać z jakiś zajęć proponowanych przez szkołę.
Jeśli ktoś miałby jakieś pytania to chętnie pomogę, można do mnie napisać, chociaż chyba lepiej indywidualnie... W okolicy Poznania mogę polecić szkołę bliską Tradycji, prowadzą też przedszkole
Dzień dobry, to ja proszę o polecenie tej szkoły pod Poznaniem 🙏
Jeden z najlepszych tekstów na temat edukacji domowej jaki czytałam. Jesteśmy na podobnym etapie - mamy dzieci w edukacji domowej w klasie II i w klasie 0 (oraz trójkę oczekujących na edukację). W zasadzie mogłabym się podpisać pod wszystkim co autor napisał. W klasie II nauka zajmuje nam około godzinę dziennie. Do egzaminu planujemy przystąpić w kwietniu lub najpóźniej na początku maja. Resztę czasu syn wykorzystuje na zabawę z rodzeństwem, rozwijanie własnych zainteresowań, czytanie książek. Albo ruch na świeżym powietrzu w zależności od pory roku :)
Jeśli chodzi o kontakty społeczne - dużo zależy od miejsca, w którym się mieszka. W dużym mieście faktycznie możliwości jest sporo. Inaczej jest na prowincji. My mieszkamy w małym miasteczku, z dala od wielkich aglomeracji, więc odpadają chociażby wszelkie zajęcia organizowane przez szkołę (po prostu mamy za daleko). Ale dzieci wychowują się w rodzinie wielodzietnej, mają kuzynostwo. Nie są zamknięte w sobie, potrafią szybko nawiązać kontakt z innymi dziećmi np. na placu zabaw i świetnie razem się bawić, więc nie widzę powodów do niepokoju, jeśli chodzi o tę słynną aspołeczność, która rzekomo grozi dzieciom w edukacji domowej :)
"Do egzaminu planujemy przystąpić w kwietniu lub najpóźniej na początku maja. Resztę czasu syn wykorzystuje na zabawę z rodzeństwem, rozwijanie własnych zainteresowań, czytanie książek. Albo ruch na świeżym powietrzu w zależności od pory roku :)"
Jak to pięknie brzmi. Syn rozwija własne zainteresowania! Syn spędza czas na świeżym powietrzu! Syn czyta książki! Swego czasu po Internecie chodziło zdjęcie chłopca, który siedzi w autobusie i czyta książkę. Ludzie się tym zachwycali jakby to było coś nie z tego świata.
Może to zabrzmi idiotycznie, ale kiedy widzę jak moje dziecko siada i przegląda książki to mam prawie łezkę w oku. Radzi sobie już przyzwoicie z czytaniem, ale potrzebuje praktyki. Wiem, że jeśli kiedyś sam usiądzie do książki to w przyszłości wyeliminuje mi to problem z tym, że przyjdzie i powie mi: "nie mam się czym zająć".
Powszechne w świecie jest oddanie dziecka w świat elektroniki, bo to łatwe rozwiązanie, które daje rodzicowi spokój. Jednak jeśli odda się dziecko w ten świat to książka kompletnie przestaje być atrakcyjna. Tego błędu z reguły już się nie da naprawić. Dziecko, które pozna prosty, łatwy i przyjemny świat elektroniki z wielkim prawdopodobieństwem nigdy nie podejmie z własnego wyboru trudu czytania.
Dzień dobry,
nie mam pytania, jedynie refleksję. Napisał Pan z pewnym dającym się zauważyć oburzeniem, że dziecko może nie zdać do klasy pierwszej. Wydaje mi się, że do niedawna było tak, że dziecko, owszem, mogło dostać opinię jakoby zalecane jest pozostanie jeszcze jeden rok w zerówce, ale jeśli rodzic uważał inaczej, to i tak potomek szedł do pierwszej klasy. Możliwe, że teraz jest inaczej. Nie mniej jednak jestem jak najbardziej za tym, aby dziecko, które jest emocjonalnie nie dorosłe do przejścia dalej pozostawić w zerówce, jeśli potrzebuje spędzić więcej czasu na dywanie niż w ławce, itd, to dlaczego nie? Nie chodzi przecież o wstyd dla rodzica, ale dobro dziecka.
Pisze Pan też, że prace domowe w domu, jakieś szlaczki itp. to przesada. I tego toku myślenia nie rozumiem. Owszem, jeśli byłoby tak, że rodzic dba o grafomotorykę dziecka, jego rozwój manualny, koncentrację itd. to nie widzę potrzeby zadawania roboty do domu. Z obserwacji jednak wiemy, że jeśli nie ma konkretu w postaci zadania, to wszystko się rozmywa, wielu rodziców daruje sobie jakiekolwiek prace z dzieckiem, czuje się też bezradnych w kwestiach rozwoju. Nie wiem, czy orientuje się Pan, jak mocno pisanie, rysowanie itd. stymulują mózg.
Obecny zakaz prac domowych na przykład, skutkuje tym, że dzieci niczego nie robią, zresztą chyba konsekwencje wszyscy już dostrzegamy.
Co do samej edukacji domowej jestem jak najbardziej za.
Jestem też za starą szkołą polską, bez tych wszystkich udziwnień w szkole, które mają sprawić, że dziecko ma przede wszystkim fajnie się tam czuć i fajnie spędzać czas. Zapomniano od jakiegoś czasu o aspekcie edukacyjnym, duchu nauki, wiedzy. Teraz organizuje się dni misia, fisia i innego isia. A idzie przecież o rozwój intelektualny przede wszystkim.
Można by tak dłużej, ale pora kończyć, Przepraszam, że odbiegłam od tematu. Powodzenia na polu edukacji, wychowania i życzę Bożego błogosławieństwa dla Pana i Pańskiej rodziny.
Nie wiem gdzie Pani zobaczyła oburzenie.
Jeśli ktoś jest zadowolony z opieki przedszkolnej to mi nic do tego. Ja tylko sygnalizuję, że można zaliczyć klasę "0" bez żadnych warunków. Wtedy sama Pani stwierdza na co dziecko jest gotowe, a na co nie. Jeśli woli Pani to stwierdzić razem z przedszkolnym pedagogiem to droga wolna. Jestem świadom, że są dzieci, które potrzebują dodatkowej pomocy i wcale tego nie neguję.
Nigdzie też nie napisałem, że szlaczki to przesada. Napisałem to w kontekście tego, że dziecko w edukacji stacjonarnej siedzi w szkole prawie cały dzień, a i tak potem w domu musi robić z rodzicami szlaczki. Sprawia to, że dziecko jest przemęczone i zniechęcone przedłużającym się czasem nauki. W ED dziecko poświęca nauce około jednej godziny dziennie. W mojej skromnej opinii jest to dużo bardziej produktywne. W trakcie tej godziny może też np. robić szlaczki. Rodzic sam stwierdza co dziecko potrafi, a z czym ma problemy. Na końcu jest egzamin, więc oszukać się nie da.
Bardzo dziękuję i także życzę wszystkiego co najlepsze.
Z Panem Bogiem
Napiszę z doświadczenia nauczyciela zerówki i późniejszych klas.
Istnieje coś takiego jak tzw. gotowość szkolna, na którą składa się wiele czynników, a która to, w skrócie, pozwala nauczycielowi określić czy dziecko jest gotowe do nauki czytania i pisania. Jest wiele testów i badań, które taką gotowość u dziecka diagnozują. Nauczyciele wykonują szereg takich badań na każdym dziecku w ciągu roku by ewentualnie nadrobić braki i pomóc dziecku osiągnąć gotowość szkolną na koniec roku szkolnego. Rodzic bez odpowiedniej wiedzy specjalistycznej sam raczej będzie miał problemy by taką gotowość określić. Pamiętam, że na studiach to był jeden z trudniejszych tematów do zaliczenia, a łączył się on z wieloma innymi czynnikami jak na przykład rozwój fizyczny czy społeczny.
Co do zajęć, jeśli trafi się na dobrego nauczyciela, który wie co należy do jego obowiązków jako nauczyciel w zerówce, to zajęcia te trwać powinne nie dłużej niż 40 minut. Pamiętam, że gdy jeszcze pracowałam w placówce publicznej to rodzice przychodzili do mnie oburzeni, że ja nic z dziećmi nie robię! Bo dziecko mówi, że w szkole się bawiło, nie uczyło się czytać i pisać (sic!) i na dodatek nie ma prac domowych... Dobry nauczyciel uczy dzieci przez zabawę tak, że ono nawet nie wie, że się uczy i realizuje program lub ćwiczy i rozwija go tam, gdzie ono ma braki. Niestety realia dzisiejszej szkoły nie pozwalają na taką pracę, stąd tak niewielu nauczycieli daje radę pracować w szkole, bo jest to w dzisiejszych czasach bardzo kosztowny zawód :( Stąd, wcale się nie dziwię, że rodzice decydują się na edukację domową i ja sama marzę o ED dla moich dzieci, bo wiem jak system wygląda od środka i jacy nauczyciele pracują w polskich szkołach... a do czego dąży systemowo szkoła, każdy z nas już chyba wie.
Szkoda, że nie ma opcji częściowego nauczania w ED. To byłoby świetne wyjście dla rodziców, którzy nie mogą sobie pozwolić na nią całościowo, ale chcieliby mieć kontrolę nad nauczaniem np. tej nieszczęsnej edukacji zdrowotnej, albo biologii, czy historii.