Dzisiejsza rozprawka ze "Sprawek rano" stała się dla mnie źródłem dosyć gorzkiej refleksji. Z religii (tej prowadzonej jeszcze w salkach katechetycznych przy parafii) nie wyniosłam ŻADNEJ wiedzy o cnotach. Z perspektywy lat widzę, że wielu rzeczy dowiaduję się, już po wielu latach i tylko dlatego, że sama zaczynam szukać informacji. Jestem pewna, że współcześni wierni nie są w stanie wymienić cnót (no może niektórzy wiedzą o cnotach teologalnych, ale pozostałe ?). A już wiedza jak te cnoty w sobie rozwijać, jak walczyć z wadami, co robić by cnoty w nas się pojawiły, otóż ta praktyczna wiedza nie istnieje. Nigdy o tym w Kościele nie słyszałam, nie wspominano o tym na religii (a mówię tu o perspektywie 40 lat, kiedy to wydawało mi się, że jestem dobrze "wyedukowana" religijnie - przecież chodziłam na lekcje religii i bynajmniej nie dlatego, że mi rodzice kazali - a w wieku dorosłym regularnie co niedzielę byłam na mszy i słuchałam kazań). Przerażające jest to, że człowiek żył w przeświadczeniu, że jest dobrym katolikiem, bo przecież nie łamie przykazań, chodzi do Kościoła i to powinno wystarczyć. Praca nad sobą? A cóż to jest? Jak się za to zabrać? Zresztą wszystko jest w porządku bo przecież żaden ksiądz o tym nie mówi. Kiedy się nigdy nie zetknęło z tradycyjną nauką katolicką człowiek żyje w złudnym poczuciu, że kroczy właściwą drogą. Teraz po latach, które zmarnowałam nie zdając sobie nawet sprawy, że stoję w miejscu, nie rozwijam żadnych cnót próbuję nadrobić najpierw zaległości w wiedzy (i to niestety tej podstawowej) a następnie zacząć pracę nad swoimi cnotami.
W tym kontekście nasuwa się jeszcze pytanie jak tak kiepsko wyedukowani religijnie rodzice mają przekazać wiarę swoim dzieciom?
Komentarze
Przede wszystkim chyba najlepiej się za dużo nie martwić i raczej cieszyć, że odkryło się skarb prawdy.
Moim zdaniem zły najpierw próbuje człowieka jak najdłużej trzymać w uśpieniu, ale jak już się zacznie przebudzać, wtedy zrzuca na niego poczucie żalu lub winy "za stracony czas", przez co człowiek zamiast cieszyć się z przebudzenia, smuci się z powodu przeszłości.
Proponuję: do przodu!:)
Wczoraj dotarło do mnie jak wielką łaską zostałam obdarzona, Bogu niech będą dzięki za odkrycie Tradycji Katolickiej.
Laudetur Iesus Christus,
tu nie ma się czym martwić i czegoś sobie wypominać. Proszę sobie spojrzeć na to z innej strony - jaka to łaska Boża że trafiła pani do Tradycji i Duch Święty panią oświecił.
Teraz tylko i aż praca nad cnotami pozostaje.
Święty Piusie X - módl się za nami.
Z Panem Bogiem
No, jeszcze 4 cnoty ,,główne'' na religii były. Ale o tych siedmiu cnotach, o których mówi p. Dawid to nigdy nie słyszałem, tzn. o samych cnotach kiedyś słyszałem ;-) , ale nie o tak ułożonej siódemce.
Nie mówiąc o tym, że przez lata myślałem np., że człowiek odważny to człowiek, który ,,niczego się nie boi''. Gdy po raz pierwszy usłyszałem o ,,cnocie pomsty'', myślałem, że to żart!! A o formowaniu w sobie cnót... echhh... Chwała Bogu, że teraz wiem, gdzie szukać!
Mam podobnie jak Pani.
Czy jest jakaś książka warta polecenia w tej tematyce?
Zastanawia mnie tylko dlaczego ta nauka zniknęła z nauczania „posoborowego”, jakoś nie mogę powiązać zaniku tej nauki z modernizmem. Ma ktoś jakiś pomysł ?
O pracy nad sobą mam 2 książki, obie mogę polecić, kiedyś były chyba polecane na kanale Dawida. "Kształcenie charakteru. Wskazówki praktyczne" Mieczysława Kreutza oraz "Kształcenie charakteru" Mariana Pirożyńskiego. Dla kobiet warto też sięgnąć po książki takie jak "Godność u posłannictwo chrześcijańskiej kobiety" czy "Matka rodziny. Życie Gabrieli Lefebvre'
Tak jak napisałem powyżej, ta zmiana wynika z przyjęcia doktryny protestanckiej. O cnotach proszę poczytać u św. Tomasza.
Ta zmiana nauczania, czyli zanik nauczania o cnotach, pochodzi z protestantyzmu, w którym cnoty nie mają znaczenia, bo protestanci głoszą zasadę "sola fide", tylko wiara, według nich uczynki są nieważne.
Bóg zapłać za odpowiedzi i podpowiedzi.