Od prawie 4 lat jestem wiernym Tradycji Katolickiej, co jest zdecydowanie najpiękniejszym co mnie w życiu spotkało i prawdopodobnie spotka. Słuchanie Mszy Wszechczasów jest jak picie krystalicznie czystej i chłodnej wody ze źródełka znajdującego się na środku pustyni. Bycie wiernym Tradycji to również dające prawdziwą rozkosz odkrywanie jak piękna jest katolicka doktryna, jak współgra ona z ludzkim rozumem, jeżeli tylko rozum ten przestanie być na usługach emocji i wyzbędzie się pysznego przekonania o swoich możliwościach. Jest jednak z Tradycją pewien problem. Lub precyzyjniej mówiąc, problem jest nie z samą Tradycją, gdyż z nią żadnego problemu być nie może, ale... z wiernymi Tradycji. Lub może nie z samymi wiernymi, bo jaki to problem, że tradycjonaliści to ludzie? Problemem jest przypisywanie Tradycji cech tradycjonalistów.
Rozmawiam z pobożnymi księżmi, którzy w Tradycji nie są. Rozmawiam z pobożnymi katolikami, którzy w Tradycji nie są. Jako jeden z głównych powodów swojej ostrożności czy wręcz niechęci do Tradycji podają zachowanie tzw. SKRAJNYCH TRADYCJONALISTÓW. Gdy tłumaczę im, że nie ma czegoś takiego jak SKRAJNY TRADYCJONALISTA, pokazują mi przykłady zachowań, głównie internetowych, ludzi, których tak nazywają. I muszę przyznać - jest to prawdziwy problem. Na czym ten problem polega? Na razie pominę fakt istnienia farm trolli, które powstają z inicjatywy obcych agentur i sieją zamęt w Internecie w kraju, który chcą destabilizować. Polega to na upatrzeniu jakiejś inicjatywy i deprecjonowaniu, ośmieszaniu jej, przez podszywanie się pod jej zwolenników. Mam przekonanie na poziomie 99%, że któraś z tych farm wzięła na celownik Tradycję.
Temat interesujący i wart rozwinięcia, ale nie w tej rozprawce. Tu chcę powiedzieć o prawdziwych, istniejących naprawdę wiernych Tradycji, którzy zachowują się w sposób przeciwskuteczny do swoich celów. Dając złe świadectwo o Tradycji powodują ostrożność pobożnych katolików, którzy inaczej szybciej mogliby odkryć jej bogactwo. Otóż natura ludzka jest zepsuta. Wszędzie, w każdym środowisku znajdą się ludzie, którzy lubią mieć rację i lubią walić tą racją innych niczym pałką. W Tradycji to zjawisko jest o tyle zwielokrotnione, że ludzie ci dostają do ręki pałkę bardzo twardą, gdyż w Tradycji obcują z PRAWDĄ. I zamiast umiejętnie tę prawdę głosić innym, używają jej jak pałki do walenia innych po głowie, wchodząc w przedłużające się dyskusje, które nie mają szansy zakończyć się "przekonaniem" kogokolwiek, gdyż bity pałką rzadko bywa otwarty.
Zwracam się do wiernych Tradycji: z całego serca proszę w następnym rachunku sumienia zbadać, czy niesiecie Państwo prawdę dla samej prawdy, czy dla własnej racji. Prawdę należy nieść najumiejętniej i najskuteczniej jak to możliwe, a ośmieszanie przekonań drugiego, nawet błędnych, skuteczne nie jest i nigdy w historii świata nie było. Prawdę trzeba podawać. Ona obroni się sama, jeżeli tylko odważnie będziemy ją wypowiadać. Sympatyzuję ze wszystkimi wiernymi Tradycji, ale nie ze wszystkimi naszymi zachowaniami. Zwracam się też do katolików, którzy jeszcze do Tradycji nie dotarli. W spiekocie życia, źródełko krystalicznie czystej i zimnej wody na środku pustyni czeka na Państwa. Woda ta nie tylko ukoi pragnienie, ale też będzie ogromnym pożytkiem dla życia duchowego i zbawienia naszej duszy, co jest celem najważniejszym.
Proszę by tradycyjnych pieniaczy, do których być może w swej marności się zaliczam a których nazywają Państwo SKRAJNYMI TRADYCJONALISTAMI, nie traktować jak prawdziwy obraz Tradycji Katolickiej, ale jak ludzi, którzy używają Tradycji do walki o swoje, czyli o rację. Proszę wyglądać źródełka niejako nad głowami tych ludzi. Nad moją również.
Komentarze
Od zawsze wprost uwielbiałem dyskutować na ciekawe tematy. Oddawałem się takim rozmowom, kiedy tylko nadarzyła się ku temu jakaś dobra okazja. Nierzadko głównym celem była wyłącznie obrona swojej racji aż do upadłego. Ewentualnie chciało się udowodnić jaki to człowiek elokwentny, oczytany i mądry. Zgniła natura domaga się udowodnienia, że jest się lepszym od kogoś innego. Pycha pycha pycha. Dziś wiem, że to wielki błąd.
Odkąd jestem w Tradycji dalej lubię dyskutować. Problem tkwi w tym, że dla rozmówcy często to co mówię jest jak "treści z kosmosu". Z kolei mnie już kompletnie nie interesują pospolite tematy na temat "cioci-kloci", bo żyję czymś innym. Niestety właśnie takie tematy wszędzie w moim środowisku dominują.
Tak jest nie tylko z wiarą, ale też polityką, zdrowiem, historią, "teoriami spiskowymi". Dlatego czuję się czasem jak amisz w wielkim świecie. Trudno.
Nie ma co się żalić na rzeczywistość. Po prostu staram się, żeby podstawowym wyznacznikiem takich rozmów było ZAWSZE dobro rozmówcy. Co mi po rozmowie o polityce z pijanym wujkiem, który na koniec wyzwie mnie od idiotów i oszołómów? Nic. Strata czasu.
Co innego jeśli chcę, żeby taka rozmowa była dla dobra bliźniego. Tym warto się kierować. Wtedy też warto podejmować próby wiele razy. Zachowywać przy tym pokorę, łagodność, opanowanie, skromność, cierpliwość. To prawdziwa definicja miłości do bliźniego a nie nerwowe wykrzykiwanie swoich racji, przeklinanie rozmówcy i udowadnianie swojej wyższości. Łatwo mówić, trudniej zrobić.
Już widzę tę łagodność gdy zbuntowane i krnąbrne dziecko odpowiada rodzicowi "co ty tam wiesz tatuńku o życiu". Nie potrafię jeszcze w pełni zapanować nad tym wewnetrztnym "zbulwersowaniem", kiedy wiem, że robię coś dla czyjegoś dobra, a efekty są mizerne lub odwrotne od oczekiwanych. Ciężko mi patrzeć jeśli ktoś tak po ludzku "błądzi". Ja na 100% wiem, że tak jest, ale nie wychodzi mi wyciągnięcie tej osoby z tych błędów. To trudne. Pozostaje wtedy modlitwa.
Pocieszeniem jest to, że będziemy przede wszystkim rozliczani ze szczerych intencji i swoich uczciwych prób działania, a nie skuteczności.
Ważne jest, że wpierw warto zacząć od siebie. Bez wstępnego wyprostowania siebie nie ma co podejmować walki o innych. Wydaje mi się, że bardzo dobrą książęczką do tego jest "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempisa. Książka ocieka pokorą. Warto dać na prezent zwłaszcza jakimś gorącym głowom od których emanuje za bardzo pycha.
Pycha i nieuporządkowane działanie nie przynoszą niczego dobrego, ale nie można też dać sobie wmówić, że bierność to to czego oczekuje od nas Pan Bóg. Ostatni będą pierwszymi. Nie zwalnia to od walki. Przecież jesteśmy Ecclesia militans, czyli Kościołem Wojującym. Mamy walczyć nie tylko o siebie, ale i o innych.
Robić to na tyle umiejętnie, żeby nie przerodziło się w tę "pałkę" z tej świetnej rozprawki.
Ja się spotykam wśród Tradycjonalistów z wielką obłudą. W Kościele rączki złożone i wielki pobożnik, a potem mówi, że kobiety, które noszą spodnie to świnie i dzi*ki. I nie zgrzyta mu jego wypowiedź z wiarą katolicką. Spotykam sie również z wielką pychą, ale to już temat rzeka. My jesteśmy dobrze-wierzący, a oni źli. Piszę to jako Tradycjonalistka.
Straszne.....aż mnie to zszokowało.
Niestety, ale tak to wygląda. Zaczęłam statnio zabierać na Msze Trydenckie swoją koleżankę, która do tej pory znała tylko NO. I powiem Wam, że ZAWSZE jest to dla mnie i dla niej wielki stres. Moja koleżanka nosi spodnie. I praktycznie za każdym razem ktoś podchodzi do nas po Mszy czy w czasie pielgrzymki i zwraca uwagę mojej koleżance, że ma spodnie a nie spódnice. Jest to naprawdę żenujące i zawstydzające. Sama też nosiłam spodnie i wiem, ze potrzebowałam czasu, żeby dojrzeć do sukienek i spódnic. Szczęśliwie mnie nikt nie zawstydzał publicznie, ale moja koleżankę za każdym razem ktoś poucza, co wywołuje w niej jak najgorsze uczucia, do tego stopnia, że nie chce już przychodzić.
Akurat mam podobną sytuację. Ja kupiłam spódnice specjalnie na niedzielę bo w tyg do pracy i tak noszę uniform ze spodniami. Ale mam pobożna przyjaciółkę z Novus, której opowiadam o Tradycji. Ona jest dosyć uczulona na punkcie wyglądu i taka zmiana na pewno będzie bardzo długotrwała. Do tego jest bardzo atrakcyjna kobietą, podkreśla też to makijażem i mam obawę jak będzie ,,przyjęta". Jest też wrażliwa więc takie coś zraziło by ją na lata.
Myślę, że z jednej strony raczej powinno się być łagodnym, z drugiej czasami coś nawet dość łagodnie powiedziane/napisane może być mocno odebrane.
To ja może podlinkuje film ks. Szymona Bańki pt. „Dlaczego katolik powinien milczeć przez 15 lat.” w którym ten problem jest wyjaśniony.
https://youtu.be/JCN4NhPYx5A?si=IjTOccIbYkTzdEGF
Dobre przypomnienie tylko ...o 4 dni za późno. W ramach prostowania glupot jakie słyszałem wdalem się w pyskówkę. Niepotrzebnie.
Ciężko czasem odpuścić.
Ale dziękuję.
Prawda to prawda. Czasem boli pomimo bardzo łagodnego przekazu, jak np o JPII. Tego nie przeskoczymy. Pycha, chore ambicje, urażona duma, przerośnięte ego, nerwy, na pewno są złe i nie przystoją katolikowi, ale niestety mogą wystąpić po obu stronach rozmowy (trudnej rozmowy). Katolicy z modernizmu zaglądający do Tradycji często nie są w stanie przyjąć wielu kwestii burzących ich dotychczasowy "porządek".