Czy katolik powinien robić zapasy i przygotowywać się na ciężkie czasy?

  @Robert
27.02.2025
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Chciał nie chciał, czasy mamy jakie mamy.  
Nasz "światły" minister Sikorski na forum ONZ prezentuje irańskiego drona Szahed na tle napisów "United against nuclear Iran". Oczywiście najbardziej  kluczową i palącą kwestią dla polskiej polityki jest sztorcowanie znacznie silniejszego od nas Iranu i gotowanie "gruntu" pod otwarty i gorący konflikt "świata arabskiego" z Izraelem.  "Nasz" prezydent dwoi się i troi, żeby dbać o interesy... Ukrainy. Z kolei premier z rządem wyprzedają resztki suwerenności na rzecz Niemiec i Unii Europejskiej. W polityce wewnętrznej coraz więcej osób zauważa, że powoli wraca "gangsterka" lat 90, a mówienie na YouTube o nadchodzącym zalewie imigrantów jest karane tygodniowym banem.  

Można by zapytać - czy leci z nami pilot? 

Każdy sensownie myślący Polak, wie, że każdego dnia może obudzić się w nowej brutalnej rzeczywistości. Czasy są wybitnie niepewne. Od razu mówię, że absolutnie moim celem nie jest straszenie kogolowiek. Myślę jednak czy warto tutaj podjąć temat sensownego i roztropnego przygotowawania się na trudne czasy. Dlatego też zastanawiam się jakie jest Wasze podejście do tych kwestii i czy w ogóle poświęcacie temu swoją uwagę?

Czy może wychodzicie z założenia "Co ma być to będzie... Byleby być w stanie Łaski Uświęcającej"?

Mam tu też na myśli tekst z Ewangelii Św. Mateusza "Spójrzcie na ptaki: Nie sieją ziarna, nie magazynują zapasów, a wasz Ojciec w niebie żywi je (...)". To samo wyczytałem w Rozważaniach różańcowych abpa Levebre'a, żeby nie martwić się przesadnie o przyszłość, a skupiać się głównie na dniu dzisiejszym. 
Teraz  rodzi się pytanie: czy w czasach naprawdę mocno kryzysowych bez odpowiedniego materialnego zaplecza człowiek poradzi sobie też w kwestiach duchowych? Czy w momencie "próby" wytrwa? 
Wydaje się, że to kwestia otwarta i zależna od indywidualnych predyspozycji i umocnienia w wierze.

Na drugim biegunie jest starotestamentowa postać Jóżefa Egipskiego. Dzięki jego zaufaniu Panu Bogu i późniejszej roztropności Egipt zgromadził zapasy w dobrych czasach i w tych ciężkich stał się gospodarczą potęgą. Do tego stopnia, że bracia, którzy wcześniej zdradzili Józefa musieli go błagać o pomoc dla głodującego Izraela.

Teraz pytanie:  które podejście jest lepsze? 

 Ja uczciwie mówiąc mam ogromny problem z odpowiednim wyważeniem tego wszystkiego.  Z jednej strony kwestie duchowe muszą mieć pierwszeństwo.  To nie ulega wątpliwości. Z drugiej pojawia się pytanie czy bez zaplecza materialnego poradzę sobie w trudnych czasach jeśli faktycznie nadejdą. Z jednej strony widzę, że większość przyzwyczajonego do dobrobytu społeczeństwa myśli: po co mi dodatkowa puszka pomidorów w piwnicy, skoro mam pod nosem Żabkę.  Po co mysleć o czasach ciężkich skoro dzisiaj jest przecież dobrze? Z drugiej strony nie tak całkiem dawno każda ciężko doświadczona przez życie babcia była przezornie uzbrojona w weki na cały rok...

Wiem jedno. Naprawdę strach pomyśleć co by się działo, gdyby na 3 dni taki dostęp do Żabki został zabrany... Apokalipsa zombie.

Dlatego stawiam pytanie:
Czy katolik w Polsce powinien robić zapasy i przygotowywać się na ciężkie czasy?  Jeśli tak, to jak robić to dobrze i roztropnie?

Pytanie bonusowe nt bezpieczeństwa swojego i rodziny:
Czy katolik w Polsce powinien zmierzać do posiadania broni palnej i umiejętności jej użycia? Wymień za i przeciw. 




Komentarze