Szczęść Boże, Pozwolę sobie odpowiedzieć, ponieważ temat jest bliźniaczo podobny do moich rozważań sprzed - tak myślę - około 13 lat. Wtedy to nie tak bardzo mądrze zwracałem uwagę bardziej na kwestię zabezpieczenia materialnego (nadal zwracam, ale bez jakiegoś bzika na tym punkcie), sprawy duchowe były niejako na dalszym planie. Moje wnioski - jeżeli jest możliwość, należy się w miarę rozsądnie materialnie zabezpieczyć, ale naprawdę rozsądnie. Osoba prawdziwej wiary musi mieć zaufanie do Boga i starać się żyć tak, żeby jeśli nawet dojdzie do sytuacji naprawdę trudnej (choćby i zagrożenia życia), nie polegać na rzeczach tego świata. Bóg może wszystko i jeśli zechce, ześle potrzebującym to, czego będą potrzebować. Oczywiście nie mówię tu o cudownym rozmnażaniu chleba, chociaż kiedyś gdzieś (kilka lat temu, gdy jeszcze nie byłem w Tradycji) słuchałem wywiadu z pewnym znanym i cenionym księdzem, że to się w czasach Wielkiego Ucisku może powtarzać. Jako wierni musimy wierzyć w Boga i Jego wszechmoc. Natomiast największym problemem w odniesieniu do wspomnianej Żabki są w ogóle miasta, gdzie po pierwsze przestępczość związana z poważnym kryzysem będzie największa (kradzieże, rabunki, zabójstwa w celu zdobycia pożywienia - pamiętajmy, że miasto niczego potrzebnego do przetrwania samo nie produkuje, jest całkowicie zależne od dostaw z zewnątrz), a po drugie, rozmycie narodowościowo-religijne sprawi, że - w dużym skrócie - nie za bardzo będą sentymenty wobec obcych sobie ludzi. Osobiście uważam (ale to tylko moje zdanie), że jeżeli ktoś tylko ma możliwość, nie powinien mieszkać w mieście lub przynajmniej zabezpieczyć sobie miejsce poza dużymi skupiskami ludzi, na wszelki wypadek. Na własnym podwórku coś sobie zasadzisz, zasiejesz, z głodu raczej nie umrzesz... I tu pojawia się kwestia obrony tego podwórka, czyli wspomniany dostęp do broni. Polacy jako naród rozbrojony ogólnie niechętnie w ogóle myślą o tym, żeby zmienić ten stan rzeczy. Osobiście mam broń (oczywiście legalnie) i wiem, obserwując wydarzenia na Zachodzie, że wcale nie jest powiedziane, że nie przyda mi się ona do obrony tego, co będzie dla mnie i mojej rodziny swoistym zabezpieczeniem na trudne czasy. Naprawdę nie trzeba dużej wyobraźni, aby w głowie pojawił się scenariusz głodujących ludzi uciekających z miast w poszukiwaniu przeżycia, chcących odebrać Ci to, co sobie zgromadziłeś/zasadziłeś/zasiałeś... Oni nie byli roztropni, Ty tak, a przypowieść o roztropnych pannach mówi nam, że wcale niekoniecznie powinniśmy się wszystkim ze wszystkimi dzielić. Każdy musi sam rozważyć, jakie działania podjąć w obliczu bardzo niepewnej przyszłości. Osobiście wolę nie pozostawiać niczego przypadkowi, chociaż wola Boga może nie być zgodna z naszymi działaniami i może się okazać, że nic nie dadzą nam powyższe przygotowania. Tak czy inaczej, Bóg chyba jednak nie uczy nas postawy całkowicie biernej i raczej nie do tego mają nas zachęcać przytoczone w tytułowym wpisie słowa Ewangelii.
Szczęść Boże, Pozwolę sobie odpowiedzieć, ponieważ temat jest bliźniaczo podobny do moich rozważań sprzed - tak myślę - około 13 lat. Wtedy to nie tak bardzo mądrze zwracałem uwagę bardziej na kwestię zabezpieczenia materialnego (nadal zwracam, ale bez jakiegoś bzika na tym punkcie), sprawy duchowe były niejako na dalszym planie. Moje wnioski - jeżeli jest możliwość, należy się w miarę rozsądnie materialnie zabezpieczyć, ale naprawdę rozsądnie. Osoba prawdziwej wiary musi mieć zaufanie do Boga i starać się żyć tak, żeby jeśli nawet dojdzie do sytuacji naprawdę trudnej (choćby i zagrożenia życia), nie polegać na rzeczach tego świata. Bóg może wszystko i jeśli zechce, ześle potrzebującym to, czego będą potrzebować. Oczywiście nie mówię tu o cudownym rozmnażaniu chleba, chociaż kiedyś gdzieś (kilka lat temu, gdy jeszcze nie byłem w Tradycji) słuchałem wywiadu z pewnym znanym i cenionym księdzem, że to się w czasach Wielkiego Ucisku może powtarzać. Jako wierni musimy wierzyć w Boga i Jego wszechmoc. Natomiast największym problemem w odniesieniu do wspomnianej Żabki są w ogóle miasta, gdzie po pierwsze przestępczość związana z poważnym kryzysem będzie największa (kradzieże, rabunki, zabójstwa w celu zdobycia pożywienia - pamiętajmy, że miasto niczego potrzebnego do przetrwania samo nie produkuje, jest całkowicie zależne od dostaw z zewnątrz), a po drugie, rozmycie narodowościowo-religijne sprawi, że - w dużym skrócie - nie za bardzo będą sentymenty wobec obcych sobie ludzi. Osobiście uważam (ale to tylko moje zdanie), że jeżeli ktoś tylko ma możliwość, nie powinien mieszkać w mieście lub przynajmniej zabezpieczyć sobie miejsce poza dużymi skupiskami ludzi, na wszelki wypadek. Na własnym podwórku coś sobie zasadzisz, zasiejesz, z głodu raczej nie umrzesz... I tu pojawia się kwestia obrony tego podwórka, czyli wspomniany dostęp do broni. Polacy jako naród rozbrojony ogólnie niechętnie w ogóle myślą o tym, żeby zmienić ten stan rzeczy. Osobiście mam broń (oczywiście legalnie) i wiem, obserwując wydarzenia na Zachodzie, że wcale nie jest powiedziane, że nie przyda mi się ona do obrony tego, co będzie dla mnie i mojej rodziny swoistym zabezpieczeniem na trudne czasy. Naprawdę nie trzeba dużej wyobraźni, aby w głowie pojawił się scenariusz głodujących ludzi uciekających z miast w poszukiwaniu przeżycia, chcących odebrać Ci to, co sobie zgromadziłeś/zasadziłeś/zasiałeś... Oni nie byli roztropni, Ty tak, a przypowieść o roztropnych pannach mówi nam, że wcale niekoniecznie powinniśmy się wszystkim ze wszystkimi dzielić. Każdy musi sam rozważyć, jakie działania podjąć w obliczu bardzo niepewnej przyszłości. Osobiście wolę nie pozostawiać niczego przypadkowi, chociaż wola Boga może nie być zgodna z naszymi działaniami i może się okazać, że nic nie dadzą nam powyższe przygotowania. Tak czy inaczej, Bóg chyba jednak nie uczy nas postawy całkowicie biernej i raczej nie do tego mają nas zachęcać przytoczone w tytułowym wpisie słowa Ewangelii.