Już jutro wybory w USA. Czy trzeba uważać na Donalda Trumpa?
Dość często zdarzało mi się słyszeć: "Podziwiam, że Ty czy Wasz Zespół obcujecie z takimi tematami i nie wpadacie w psychiczny dołek". I rzeczywiście - nie wpadamy. Nie wiem czy jest tu co podziwiać, taka nasza konstrukcja - negatywne strony rzeczywistości i złowrogie plany przeciwnika zasługują na to, żeby je obnażać, a nie żeby nas miały zdołować. Przeciwnik jaki jest, każdy kto chce widzi, i można się po nim spodziewać wszystkiego co najgorsze. Skoro więc już się tego spodziewamy, staramy się nie angażować zbytnio emocji w komentowanie jego posunięć.
A jednak jest coś, co w analizie rzeczywistości potrafi trochę zgasić we mnie ducha. Jak to się potocznie mówi: zdołować. Przykładem tu jest stosunek niektórych naszych słuchaczy do Donalda Trumpa. Są tacy, którzy bardzo aktywnie usiłują przekonać resztę, że na Donalda Trumpa trzeba uważać. Jest to w moich oczach błąd, i to taki, który przysporzył mi więcej zawodu niż wszelkie działania światowej lewicy.
Otóż moim zdaniem absolutnie nikt z nas nie powinien "uważać" na Donalda Trumpa, ponieważ nie można uważać na coś, na co zupełnie nie ma się wpływu. W jaki sposób ktokolwiek z nas miałby na niego "uważać"? Mówimy o miliarderze z Ameryki, który daleko za oceanem chce ponownie zostać prezydentem. Swoje poparcie zawdzięcza swoim deklaracjom - że stawi czoła globalistom, że postawi na Stany Zjednoczone, że jest patriotą, że odwróci opłakany w skutkach zalew Stanów przez nielegalnych imigrantów i tak dalej. Ktoś w Polsce może mieć opinię, że Trump jest wiarygodny. Ktoś może mieć opinię, że jest w nim fałsz, ale i tak jest lepszy niż Kamala Harris, wprost służąca globalistom. Ktoś inny jeszcze może uważać, że Trump czy Harris to jedno zło.
Co miałoby oznaczać nasze "uważanie" na niego? To jest w moich oczach dość zatruty owoc Internetu. Nie odróżniamy rzeczy które są obok, na które mamy realny wpływ, od rzeczy odległych, często żywiej dyskutując o tych drugich. Na to czy wygra czy nie wygra Trump nie tylko nie mamy wpływu my (poza naszymi słuchaczami w Stanach, ale nie sądzę, żeby uzależniali swój wybór między Trumpem a Harris od tego co przeczytają bądź usłyszą w Sprawkach), ale też nie ma na to wpływu calutka Polska. Opinie polskich publicystów czy polityków są tylko tym - opiniami na temat wyborów za oceanem. Ale nikt z nich nie ma na te wybory promila przełożenia.
A może owo "uważajmy na Trumpa" jest efektem pokładania zbyt wielkie nadziei w ludziach? Może jesteśmy już tak zmęczeni sytuacją na świecie, że czekamy na wybrańca, w którym moglibyśmy złożyć nasze nadzieje? I wtedy każda rysa na Trumpie jest dla nas cierniem - czekamy na wybawcę, a Trump może nim wcale nie być. Ja proponowałbym, żebyśmy od razu przyjęli, że Trump nie jest żadnym wybawcą. Osobiście jego zwycięstwo uważam za nieporównywalnie korzystniejsze dla sprawy katolickiej, ale długo by tłumaczyć dlaczego. Zwycięstwo Trumpa uważam za korzystniejsze, ale nie pokładam w nim żadnej nadziei i nie mam, podobnie jak cała Polska, najmniejszego wpływu na sytuację w Stanach.
Dlatego wręcz smuci mnie to "uważajmy" na Trumpa? Czy my nie powinniśmy każdego grama naszej energii i naszych myśli kierować w stronę tego, na co mamy wpływ? Czym innym jest ogólny ogląd globalnej sytuacji i nawet posiadanie mocnych opinii o tym, co byłoby a co nie byłoby korzystne. A czym innym jest nieodróżnianie spraw, na które naprawdę mamy "uważać" od spraw, na które nie tyle nawet nie powinniśmy uważać, co wręcz nie mamy takiej możliwości. To trochę tak, jakby ostrzegać kogoś w Polsce, żeby uważał na kataklizmy na drugiej półkuli. Choć mogą one wpływać na nasz los, nie możemy na nie w żaden sposób "uważać", albo "być wobec nich ostrożnymi". Uważajmy na to, na co każdy z nas ma realny wpływ.
Mój Drogi Czytelniku, jestem niezwykle ciekaw, co myślisz o tym co napisałem.
Komentarze
Być może sformułowanie - "uważaj na Trumpa" - należy czytać jako racjonalną ocenę rzeczywistości i wezwanie do schłodzenia rozpalonych nadziei. Widać, że sporo osób przekracza granice zdrowego rozsądku w Jego wychwalaniu jakby nie widząc, że to kampania wyborcza oraz, że na pierwszym miejscu ma interes USA i Izraela (tutaj co do kolejności mam wątpliwości).
Cieszą Jego deklaracje w odniesieniu do szaleństw lewackich.
Również nie bez podstawy jest nadzieja wobec zmiany polityki USA w stosunku do Europy.
Należy jednak mieć na uwadze to, że USA ma tylko jednego sojusznika którego nie zdradzi, a reszta to tylko kwestia potrzeb bieżących - patrz historia.
Osobiście nie podzielam zachwytów kimkolwiek, zwłaszcza wśród polityków, którzy powinni mieć bardziej wyważone stanowisko, a jedynie interes Polski na pierwszym miejscu. To daje właściwą perspektywę na politykę zagraniczną. W innym przypadku będziemy się nadal miotać pomiędzy Berlinem, Waszyngtonem, czy Moskwą.
Jak zawsze w punkt. Mieszkam w Ameryce i zgadzam się z Dawidem. Dawno nie widziałem takiego zaangażowania zwykłych Amerykanów w poparcie kandydata, desperacji i nadzieji jakie w nim pokładają, nawet w stanach gdzie nie ma szans wygrać . Pojedyncze osoby często cały dzień stoją gdzieś i machają cały dzień flagą.
Gdybym był obywatelem USA, głosowałbym na Trumpa. Ale nie jestem i pamiętam, że to on podpisał antypolską ustawę Kongresu 447. Z Waszyngtonem , niezależnie od tego, kto tam rządzi i tak PL utrzymuje bliskie relacje (niektórzy twierdzą, że z naszej strony - poddańcze) Tak, czy inaczej, Trump to po prostu mniejsze zło, gdyż wybór Harris, to potężniejsza fala antykultury (wokeism, cancel culture, lgbt itp.) płynąca zza Oceanu.
Niestety nie mogę się zgodzić z tym punktem widzenia. To, że nie mamy wpływu na kataklizmy na drugiej pułkuli nie znaczy, że te kataklizmy bądź różne inne wydarzenia (w zależności od kandydata) dziejące sie w USA nie mają wpływu na to, co dzieje sie w Europie. Trump na przykład powiedział, że zakończy wojne w jeden dzień. Wojne, która toczy sie niedaleko naszych granic, oraz z którą to wojną mamy wiele wspólnego (głównie przez naszych rządzących). Zatem już po tym przykładzie możemy dojść do wniosku, że wygrana Trumpa jest wyraźnie w naszym interesie i afirmacja tego nest rzeczą wręcz wskazaną. Oczywiście, to są tylko słowa, aczkolwiek każdy z nas wie, że Trump jest tym wyborem znanym jako "mniejsze zło" (nie lubie tego stwierdzenia, wole używać określeń "człowiek, dzięki któremu przeżyje więcej dzieci, itp) i jako mniejsze zło ma "oferte" przychylną katolikom. Poza tym ważną kwestią podczas wyborów w Ameryce jest głos Polaków tam mieszkających, którzy wahają sis odnośnie głosu. Nagłaśnianie ogólnego poparcia i wsparcia dla Trumpa w Ojczyźnie przez jak największą ilość osób - nie mówię tutaj tylko o sprawkach, ale o każdym człowieku z osobna, przekazywanie tego, co należy, mówienie jak jest i jak ma być w walce w USA - może być powodem, dla którego ktoś z niezdecydowanych akurat zagłosuje na Trumpa albo na odwrót. Wbrew pozorom osób z Polski, które mogą głosować jest bardzo dużo, mają więc też realny wpływ na wynik wyborów elektorskich w swing states.
I tutaj od razu żeby nie było, nie jestem jakimś fanatykiem Trumpa, z czystym sumieniem sam na niego bym nie głosował, ale zawsze jest to republikanin, mówi w pewnych kwestiach do rzeczy i jest sto razy lepszy od Kamali.
Wierze też, że powiedzmy kolokwialnie takie popychanie Trumpa w Polsce odbiłoby sie echem gdzieś za granicą i doszło do amerykanów, szczególnie tych niezdecydowanych. Dlatego najlepiej jakby taki trend istniał wszędzie na świecie, aby jak najwięcej osób pokazywało to co w Trumpie najlepsze i zachęcało Amerykanów do oddania na jego głosu.
"Osobiście jego zwycięstwo uważam za nieporównywalnie korzystniejsze dla sprawy katolickiej (...)"
"Mój Drogi Czytelniku, jestem niezwykle ciekaw, co myślisz o tym co napisałem".
>>> Myślę, że ten wpis stanowi przejaw myślenia życzeniowego, niepopartego żadną poważną argumentacją. Spodziewam się, że stoi za tym kazus wyroku SN (uchylenie Roe vs Wade), którego odpowiednikiem w Polsce był wyrok TK w sprawie aborcji jesienią 2020. Sprawie katolickiej z pewnością NIE służy polityk otoczony sektą Chabad Lubawicz, do której "sprzedał" nawet swoją córkę Jaredowi Kushnerowi; polityk odwiedzający 7 października 2024 r. grób kabalistycznego "mesjasza" Schneersona, rasisty i syjonisty, który przewodził wspomnianej sekcie. Sekcie, która gojom serwuje Noahizm (7 praw Noego), gdzie karą za bałwochwalstwo (a wyznawanie Jezusa Chrystusa jako Boga uważają za bałwochwalstwo) ma być karane dekapitacją.
"Swoje poparcie zawdzięcza swoim deklaracjom - że stawi czoła globalistom, że postawi na Stany Zjednoczone, że jest patriotą, że odwróci opłakany w skutkach zalew Stanów przez nielegalnych imigrantów i tak dalej".
>>> Jest takim patriotą jak PIS. To wyłącznie retoryka wynikająca z faktu, że takie poglądy ma elektorat do którego się odwołuje. Stawi czoła globalistom? :-)))) Jego największa donatorka, Miriam Adelson (żona jego największego donatora z poprzednich wyborów Sheldona Adelsona) czy Peter Thiel, szef komitetu sterującego grupy Bilderberg, to - jak rozumiem - wariaci, którzy popierają Trampka wbrew własnym interesom. Acha.
"Ktoś w Polsce może mieć opinię, że Trump jest wiarygodny. Ktoś może mieć opinię, że jest w nim fałsz, ale i tak jest lepszy niż Kamala Harris, wprost służąca globalistom. Ktoś inny jeszcze może uważać, że Trump czy Harris to jedno zło."
>>> Dyskusyjne. Bardziej niebezpieczny jest przeciwnik, który otwarcie pokazuje jakie zło na nim stoi czy zwodziciel, który mami lud tym co chce słyszeć a swoje (zło) robi? To tak jak w Polsce prawicowi konserwatyści tak długo będą robieni w trąbę jak długo będzie na scenie PISowskie bezczelne zwiedzenie. Dlatego z punktu widzenia wierzącego w demokrację prawicowego konserwatysty paradoksalnie bardziej szkodliwy jest gotujący żabę PIS niż jawnie diabelskie lewactwo.
Natomiast co do tego "uważania" - w pełni zgoda. Nie mieliśmy wpływu na to kogo wybiorą Amerykanie, więc w sytuacji, gdy żaden z kandydatów nie jest katolikiem (skoro Biden nie startował xD) i żaden z kandydatów nie dawał rękojmi zrobienia czegoś dobrego dla Polski i Polaków - warto było zachować désintéressement.