DONALD TRUMP - "UWAŻAŁBYM"?

04.11.2024

Już jutro wybory w USA. Czy trzeba uważać na Donalda Trumpa?

Dość często zdarzało mi się słyszeć: "Podziwiam, że Ty czy Wasz Zespół obcujecie z takimi tematami i nie wpadacie w psychiczny dołek". I rzeczywiście - nie wpadamy. Nie wiem czy jest tu co podziwiać, taka nasza konstrukcja - negatywne strony rzeczywistości i złowrogie plany przeciwnika zasługują na to, żeby je obnażać, a nie żeby nas miały zdołować. Przeciwnik jaki jest, każdy kto chce widzi, i można się po nim spodziewać wszystkiego co najgorsze. Skoro więc już się tego spodziewamy, staramy się nie angażować zbytnio emocji w komentowanie jego posunięć.

A jednak jest coś, co w analizie rzeczywistości potrafi trochę zgasić we mnie ducha. Jak to się potocznie mówi: zdołować. Przykładem tu jest stosunek niektórych naszych słuchaczy do Donalda Trumpa. Są tacy, którzy bardzo aktywnie usiłują przekonać resztę, że na Donalda Trumpa trzeba uważać. Jest to w moich oczach błąd, i to taki, który przysporzył mi więcej zawodu niż wszelkie działania światowej lewicy.

Otóż moim zdaniem absolutnie nikt z nas nie powinien "uważać" na Donalda Trumpa, ponieważ nie można uważać na coś, na co zupełnie nie ma się wpływu. W jaki sposób ktokolwiek z nas miałby na niego "uważać"? Mówimy o miliarderze z Ameryki, który daleko za oceanem chce ponownie zostać prezydentem. Swoje poparcie zawdzięcza swoim deklaracjom - że stawi czoła globalistom, że postawi na Stany Zjednoczone, że jest patriotą, że odwróci opłakany w skutkach zalew Stanów przez nielegalnych imigrantów i tak dalej. Ktoś w Polsce może mieć opinię, że Trump jest wiarygodny. Ktoś może mieć opinię, że jest w nim fałsz, ale i tak jest lepszy niż Kamala Harris, wprost służąca globalistom. Ktoś inny jeszcze może uważać, że Trump czy Harris to jedno zło.

Co miałoby oznaczać nasze "uważanie" na niego? To jest w moich oczach dość zatruty owoc Internetu. Nie odróżniamy rzeczy które są obok, na które mamy realny wpływ, od rzeczy odległych, często żywiej dyskutując o tych drugich. Na to czy wygra czy nie wygra Trump nie tylko nie mamy wpływu my (poza naszymi słuchaczami w Stanach, ale nie sądzę, żeby uzależniali swój wybór między Trumpem a Harris od tego co przeczytają bądź usłyszą w Sprawkach), ale też nie ma na to wpływu calutka Polska. Opinie polskich publicystów czy polityków są tylko tym - opiniami na temat wyborów za oceanem. Ale nikt z nich nie ma na te wybory promila przełożenia.

A może owo "uważajmy na Trumpa" jest efektem pokładania zbyt wielkie nadziei w ludziach? Może jesteśmy już tak zmęczeni sytuacją na świecie, że czekamy na wybrańca, w którym moglibyśmy złożyć nasze nadzieje? I wtedy każda rysa na Trumpie jest dla nas cierniem - czekamy na wybawcę, a Trump może nim wcale nie być. Ja proponowałbym, żebyśmy od razu przyjęli, że Trump nie jest żadnym wybawcą. Osobiście jego zwycięstwo uważam za nieporównywalnie korzystniejsze dla sprawy katolickiej, ale długo by tłumaczyć dlaczego. Zwycięstwo Trumpa uważam za korzystniejsze, ale nie pokładam w nim żadnej nadziei i nie mam, podobnie jak cała Polska, najmniejszego wpływu na sytuację w Stanach.

Dlatego wręcz smuci mnie to "uważajmy" na Trumpa? Czy my nie powinniśmy każdego grama naszej energii i naszych myśli kierować w stronę tego, na co mamy wpływ? Czym innym jest ogólny ogląd globalnej sytuacji i nawet posiadanie mocnych opinii o tym, co byłoby a co nie byłoby korzystne. A czym innym jest nieodróżnianie spraw, na które naprawdę mamy "uważać" od spraw, na które nie tyle nawet nie powinniśmy uważać, co wręcz nie mamy takiej możliwości. To trochę tak, jakby ostrzegać kogoś w Polsce, żeby uważał na kataklizmy na drugiej półkuli. Choć mogą one wpływać na nasz los, nie możemy na nie w żaden sposób "uważać", albo "być wobec nich ostrożnymi". Uważajmy na to, na co każdy z nas ma realny wpływ.

Mój Drogi Czytelniku, jestem niezwykle ciekaw, co myślisz o tym co napisałem.

Komentarze