+LiCh
Chciałem powitać wszystkich „Sprawkowiczów”. Krótkim słowem wstępu, prowadzę dziennik, w którym umieszczam swoje przemyślenia dotyczące wiary, życia itp. Kiedy mam jakąś wartościową myśl, zapisuję i zaczynam ją jakoby „rozgrzebywać” często dochodząc do ciekawych wniosków. Pomyślałem więc, że wartościowym byłoby pewne notatki umieszczać tutaj, tak abym nie tylko ja miał z nich pożytek.
Prosiłbym także o feedback w komentarzu, czy treść którą tutaj prezentuję ma znamiona sensu i czy kontynuować umieszczanie dalszych wpisów. Pamiętajcie także, że jestem osobą świecką, bez żadnego wykształcenia teologicznego. Wszystko więc co tutaj piszę jest oparte o moją aktualną wiedzę i mogę w pewnych tematach się po prostu mylić.
Tyle słowem wstępu. Zaczynamy…
Dziś wieczorem odwiedził mnie mój przyjaciel, którego mój roczny synek wprost uwielbia. Patrząc na szczerą radość mojego dziecka spowodowaną faktem, iż wujek jest tutaj i się z nim bawi, naszła mnie myśl następującej treści: „Tak (nie)wiele mu do szczęścia teraz potrzeba, a potem przyjdzie świat i wmówi małemu, że aby być szczęśliwym musi mieć, być, posiadać, przeżyć, doświadczyć itp itd… W efekcie całe życie będzie gonić za szczęściem, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę może je mieć tu i teraz.”
Pomyślałem więc, dlaczego my, dorośli, musieliśmy dorastać i tracić z biegiem czasu tę radość z życia, oraz ryzykować przy tym swoją duszę? Dlaczego Pan Bóg nie mógł tak stworzyć świata, abyśmy pozostali w tej fazie „dziecięcej szczęśliwości i niewinności”? I wreszcie, co takiego jest w tej dorosłości ukryte, że warto to wszystko stawiać na szali? Jednocześnie, jakby tego było mało, dlaczego Pan Jezus wyszedł jakby na przeciw tej naturze dorastania i powiedział: „Jeśli nie staniecie się jak te dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego.”? To po co mamy stawać się dorosłymi, ryzykować nasze zbawienie i tracić radość z życia, skoro i tak mamy stać się jak dzieci?!
Zacznę więc od początku. Czego malutkie dzieci nie mają napewno to rozum, który jak wiadomo przychodzi z czasem. Do czasu, aż świadomy rozum się nie pojawi, takie dziecko nie jest w stanie grzeszyć. Można więc stwierdzić potocznie, że póki człowiek nie zacznie używać rozumu, bliżej mu w jego zachowaniu do zwierzęcia niż istoty wyższej, ponieważ jego reakcje wynikają nie tyle z woli, co raczej z automatycznego „programu” zawartego w jego naturze.
No a co do woli właśnie… Jest ona kluczowa. Wolna wola bowiem jest wielkim darem od Pana Boga bez którego bylibyśmy bardziej jak roboty niż ludzie. To wola nadaje autentyczności naszym czynom. Można nawet stwierdzić, że to ona jest kluczowym składnikiem Miłości, która jest przecież nie tyle ulotną emocją, co raczej pełną świadomości postawą, objawiająca się w konkretnych czynach. To właśnie wolna wola wznosi nas, ludzi, ponad marność tego świata i upodobnia do Boga. Wracając więc do tematu tej notatki, trzeba stwierdzić, że po to warto dorastać, aby móc używać rozumu, a co za tym idzie, aby mieć wolną wolę.
No dobrze, ale po co nam ona? Dlaczego Pan Bóg zechciał, abyśmy tak i my jak i Aniołowie ją posiadali? Odpowiedź jest prosta. Chciał abyśmy byli w stanie autentycznie kochać Go i naszych bliźnich. „Pana Boga poznawać, wielbić, służyć Mu, i przez to swoją duszę zbawić” - taki jest główny cel każdego katolika. Gdyby nie wola, nasze starania nie miałyby jakiejkolwiek wartości, byłyby bowiem niczym AI, które ktoś zaprogramował tak, aby codziennie wysyłała twórcy wiadomość: „Kocham Cię, miłego dnia, jesteś moim najlepszym przyjacielem.”
Skoro „na papierze” wszystko wygląda tak pięknie, to dlaczego jednak gubimy się tak często w naszych życiach i tracimy tę pierwotną radość? Dlaczego znaczna większość z nas zaczyna wierzyć w to, że aby być szczęśliwym, albo co gorsza, aby być kochanym, trzeba coś mieć, kimś być, jakoś zasłużyć itd..? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zdać sobie sprawę z jednego faktu. Wola sama w sobie, w swej istocie ma zawarte dążenie do dobra. Problem jest jednak w tym, że po Grzechu Pierworodnym łatwo nam przychodzi mylenie się co do tego, czym te dobro jest. I tak właśnie jeden uważa, że prawdziwe dobro jest wtedy, kiedy może sobie na wszystko pozwolić, inny natomiast myśli, że dobrym jest, aby być w udanym związku, a jeszcze inny dobra będzie się dopatrywać w spełnianiu marzeń. Te wszystkie fałszywe obrazy dobra będzie cechowała jedna rzecz - egoizm, czyli miłość własna, która jest przeciwieństwem prawdziwej Miłości, stawiającej na piedestale Boga, a co za tym idzie także i miłowanie bliźniego jak siebie samego.
Wola więc, w swej istocie nigdy nie będzie dążyć do tego co rozumie jako zło i szatan bardzo dobrze o tym wie, dlatego całą swoją siłę wkłada, abyśmy uwierzyli, że dobrem jest coś, co tak naprawdę tym dobrem nie jest.
To dlatego świat, szczególnie współczesny, ze wzmożoną siłą na każdym rogu krzyczy: TO TU JEST SZCZĘŚCIE. Reklamy, influencerzy, programy w komercyjnej TV i wiele innych ma wmawiać tobie do skutku, że nie będziesz szczęśliwy póki coś tam… Że nie zasługujesz na miłość dopóki nie osiągniesz tego… Że dobre dla ciebie będzie to czy tamto… Z tego właśnie mechanizmu wynika chociażby tak wiele tragedii młodych osób, które okaleczają się na całe życie, bo uwierzyli, że zmiana płci będzie dla nich dobra. Z tego powodu wielu narkomanów stało się narkomanami, bo łaknęli tej ułudy szczęścia, tak jak i wielu ludzi wpada w nieczystość, wierząc, że aktywne życie seksualne będzie dla nich dobre i sprawi, że będą czuć się szczęśliwi. Z tego powodu także tak wiele osób walczy z wiarą katolicką i jej wartościami, wierząc, że zwalczenie jej będzie dla ludzi dobre…
No ale jak się przed tym uchronić, skoro nasza upadła natura ma jakby wpisaną w sobie tendencję do tego, aby dawać się oszukiwać? Bóg daje nam wiele środków. Wszystkich nie udałoby się tutaj wymienić jednak biorąc pierwsze z brzegu: Sakramenty, Msza Święta, Anioł Stróż, możliwość modlitwy, dobre dzieła, kazania, katolicka literatura, żywoty Świętych itd… Gdyby jednak zebrać w jedno zdanie ogólną i praktyczną poradę jak swoim życiem dążyć do prawdziwego Dobra i Szczęścia to moim zdaniem brzmiałoby ono tak:
„Uczęszczaj na Mszę, korzystaj z Sakramentów, módl się, pokutuj, wypełniaj obowiązki swojego stanu, wzrastaj w cnotach i walcz z wadami.”
Jeśli ktoś prawdziwie wypełniałby to, co jest w tym zdaniu zawarte, prędzej czy później stałby się jak dziecko, tylko że z plusem, ponieważ swoje nadzieje i szczęście osadzałby na mocnym, niezmiennym, bożym fundamencie, a to pozwoliłoby takiej osobie, przeżywać swoje życie z podobną radością jak u malutkich, ufając Ojcu, biorąc to co przynosi dzień, bez uczestniczenia w wyścigu szczurów za ułudami fałszywych „szczęść”. Ta sztuka nie jest skomplikowana, jednak jest bardzo trudna, dlatego też fascynująca w moim odczuciu wydaje się droga do takiego stanu rzeczy.
Warto więc dorastać, warto ryzykować, warto walczyć o to, nawet jeśli miałoby to zająć całe życie, aby stać się takim jakby Dzieckiem +. Dzieckiem, ale które potrafi kochać autentycznie a nie automatycznie, które ma rozum i potrafi wybierać dobrze. Dzieckiem, ale takim które wie czym jest prawdziwe dobro i do niego dąży. Dzieckiem, które nie komplikuje swoich dróg, a raczej je prostuje. Dzieckiem, które nie neguje wszystkiego, a raczej bezgranicznie ufa swojemu Ojcu. Dzieckiem, które oczyszczone ze swoich grzechów, stara się już do końca życia żyć w niewinności. Czy to właśnie nie jest tak, że ta niewinność najmłodszych nas tak rozczula? O ile więc bardziej będzie rozczulała Boga nasza niewinna dusza, oczyszczona z grzechów, która pokutą zadośćuczyniła za swoje winy.
Wracając więc do mojego rocznego maluszka, mam świadomość, że te dziecięce szczęście jest piękne, jednak zamiast skupiać się na tym aby mu ten stan jak najdłużej podtrzymywać, jako rodzic powinienem raczej dokonać wszelkich starań, aby wychowany w wierze katolickiej, potrafił rozróżniać prawdziwe Dobro od jego fałszywych odsłon i całą swoją mocą do tego Dobra dążył, niezależnie od tego co przyniesie dzień. Aby jednak zwiększyć swoje szanse na sukces, sam codziennie, na nowo powinienem robić to samo, odrzucając to co oferuje świat, żyjąc sakramentami, pokutą, modlitwą, wypełniając obowiązki stanu, wzrastając w cnotach i walcząc z wadami. Bo należy pamiętać, powołując się na Sumę Teologiczną Św. Tomasza z Akwinu, że w momencie naszej śmierci, w jakby jednej chwili poznamy jak wielkim Dobrem jest Bóg, jednocześnie uświadamiając sobie, jak żałosną marnością były „dobra” za którymi całe życie goniliśmy. W przypadku osoby która zostanie potępiona, to właśnie ta świadomość składać się będzie na robaka, o którym mówił Pan Jezus, czyli nieznośny wyrzut sumienia, dręczący do granic możliwości, przez całą wieczność, bez wytchnienia.
Wniosek jest więc następujący: nie wszystko złoto co się świeci, a i nie wszystko dobro co dobrem się wydaje. Tak jak wprawiony jubiler jest w stanie rozpoznać złoto i klejnoty, nie dając się oszukać, tak i katolik powinien umieć rozpoznawać prawdziwe Dobro i do niego dążyć przy użyciu rozumu i wolnej woli. Dziecięca beztroska, niewinność i szczęście są piękne w naszych oczach, ale brakuje im wyższej wartości i autentyczności. Jest jak odnaleziony w ziemi diament, który cieszy, ale bez szlifu, nie będzie się nadawać aby ozdobić cokolwiek. Obróbka jednak wiąże się z wiedzą, umiejętnościami, „bolesnym” tarciem i utratą pewnych części diamentu, szczególnie tych w których są skazy, po to aby na koniec mógł błyszczeć, załamywać pięknie światło i służyć swym pięknem. Tak samo jest z człowiekiem uformowanym, dojrzałym, który podejmuje świadome, dobre decyzje.Dopiero taka osoba jest w stanie cieszyć się już tutaj, na Ziemi, namiastką prawdziwego szczęścia, którego pełnia czeka go w Niebie.
Komentarze
Laudetur Iesus Christus,
to bardzo wartościowa rozprawka, dotykająca sensu naszego życia na tym świecie w kontekście osiągnięcia Królestwa Niebieskiego. Poproszę pana o podzielenie się innymi przemyśleniami.
Z Panem Bogiem
LICH!
Genialne, proszę o więcej Pańskich przemyśleń.
Bardzo inspirująca i ciekawa rozprawka :)
Nic dodać,nic ująć!Wszystko w punkt. Brawo! Dziękuję serdecznie.
Dziękuję za przepis, w którym zawarte są wskazówki mówiące o tym, co należy czynić, aby stać się dzieckiem Bożym.
Artykuł podzieliłabym na dwie części. Pierwsza część wymaga zredagowania, bo sporo w niej błędów, druga z polotem i czyta się lepiej.
Pozdrawiam
Katarzyna
W czasach Pana Jezusa w środowisku żydowskim dzieci były traktowane trochę jak balast bez szacunku coś co się posiada. Do osiągnięcia pewnego wieku jak taki pachołek ktoś kto niewiele znaczył. Wykonywały najgorsze pracę takie przynieś podaj. Dlatego Apostołowie nie pozwolili im podejść do Jezusa.
W tej przypowieści wydaje mi się że chodzi też o to aby zrozumieć że będąc ja dziecko przyjmuję że nie ja ani co dla mnie jest najważniejsze. Że jest Ojciec Bóg on jest wszystkim muszę się przed nim się uniżyć i przyjąć jego wolę. Wydaje mi się że też oto chodzi w słowach być jak dziecko?
Laudetur Iesus Christus!
Serdeczne Bóg zapłać za Pana trafne przemyślenia. Z ogromną przyjemnością przeczytam ich jeszcze więcej.
Z Panem Bogiem.