SERIALE W ŻYCIU KATOLIKA

12.02.2025

Swoją wielką popularność seriale zyskały bardzo niedawno. Jeszcze kilkanaście lat temu powszechne było przekonanie, że najpopularniejsza rozrywką wśród ludzi młodych będą gry video. Powstawały coraz lepsze, a jeżeli nie lepsze to na pewno większe produkcje, producenci gier zaczęli też z powodzeniem flirtować z klientelą płci żeńskiej, rynek gier rósł. Gra video u młodych wyparła film fabularny. I nagle pojawiły się seriale. Sama forma istniała oczywiście wcześniej, ale serialowe superprodukcje dostępne za jednym kliknięciem na platformach streamingowych to zjawisko kilkunastoletnie. I choć żyje dziś całe pokolenie ludzi, w tym (przynajmniej metrykalnie) dorosłych, którzy nie znają czy nie pamiętają świata bez nieskończonej oferty wielosezonowych seriali dostępnych w Internecie od ręki, to zjawisko nadal można uznać za bardzo nowe.

Czy da się połączyć życie katolickie z oglądaniem seriali? Był kiedyś człowiek, który uznał, że nie warto. Gdyby uznał inaczej, nie istniałby dziś zakon jezuitów. Św. Ignacy Loyola, wtedy ranny, leżący w łóżku Inigo, choć nie był gorliwym katolikiem, zaobserwował pewną regułę, która dziś jak nigdy wcześniej mogłaby wiele życiorysów poprawić. Przykuty do łóżka czytał książki rycerskie. Czasem jakiś żywot świętego. Zaobserwował, że w przypadku książek rycerskich przyjemność w trakcie czytania jest znacznie większa, jednak tuż po zakończeniu lektury zupełnie znika i pojawia się przygnębienie. W przypadku żywotów świętych natomiast było niemal odwrotnie. W trakcie czytania raczej odczuwał, iż jest to wysiłek, ale tuż po zakończeniu czytania czuł lekkość, podniesienie na duchu, powiedzmy: przyjemność.

Z serialami jest tak samo, tylko dużo bardziej. Dlaczego bardziej? Gdyż ta amplituda - miło w trakcie, niemiło po zakończeniu, tak charakterystyczna dla wszelkich substancji - zależy od ilości dopaminy wytwarzanej przez mózg po tej, a nie innej substancji zażyciu. Czy seriale to substancja? A cóż innego? I to zaprojektowana, zresztą coraz bardziej precyzyjnie, na powodowanie jak największych wystrzałów dopaminy. Czy jest coś złego w sztucznie powodowanych wystrzałach dopaminy? Tak, gdyż dopamina, neuroprzekaźnik odpowiedzialny za motywację, wyzwalana potem przez czynności dnia codziennego jest przez człowieka w zasadzie nieodczuwalna, stąd brak satysfakcji z samego życia i chęć powrotu do serialu.

Kiedyś miałem swoją przygodę z serialem. Przygoda zresztą trwała, ale skończyła się dość szybko. Znający niemal moje myśli algorytm Google podpowiedział mi, że są dwa nowe sezony serialu, który kiedyś bardzo lubiłem i oceniłem w Internecie wysoko. Trochę zabrakło mi czujności. Spojrzałem w kalendarz i stwierdziłem, że mam około 35 minut dziennie wieczorem na serial, zatem od następnego dnia zaczynam. I uwaga: od pierwszego dnia nie umiałem wyłączyć serialu po tych 35 minutach. Nie dlatego, że akurat jest jakaś ważna scena. Zwyczajnie mój mózg wie, że czerpie przyjemność, która jest pusta i że zaraz po jej wyłączeniu będzie zjazd i dlatego bronił się rękami i nogami, żeby nie wyłączać serialu. "Bez przesady, jeszcze 15 minut nie masz Dawid?" Nie muszę wspominać, że oglądanie tego serialu wpłynęło raczej niekorzystnie na mój dobrostan zarówno duchowy jak i psychiczny. Fizyczny zresztą też, bo spałem o ok. pół godziny krócej.

To nie były jakieś kolosalne tąpnięcia, ale uwierz mi, mój Drogi Czytelniku, że bardzo prawdziwe. Szczęśliwie do zakończenia tych dwóch sezonów było już niedaleko, a wiedziałem, że ten drugi jest już w przypadku tego serialu ostatni. Uff. Obym w przyszłości znów nie dał się podpuścić algorytmowi. Życie bez seriali smakuje mi znacznie bardziej. I choć zakonu jak św. Ignacy najprawdopodobniej nie założę, życie bez seriali z pewnością wyda lepsze owoce.

Komentarze