Dziś, w nawiązaniu do naszej akcji "Msza św. w Bractwie", chciałbym postawić taką tezę: zbyt często mylimy obowiązek głoszenia Ewangelii, głoszenia prawdy, z obowiązkiem przekonywania. Często koniec końców porzucamy te próby, ponieważ gdy zaczynamy przekonywać, zaczynają się problemy, napięcia, kłótnie. Mogą się one mieć dwa źródła - po pierwsze nikt nie lubi być pouczany i nasz rozmówca może reagować niesprzyjająco, na co my z kolei możemy zareagować najgorzej jak to możliwe, czyli błyskawicznie porzucić walkę o prawdę i zająć się walką o rację. Po drugie - możemy najzwyczajniej w świecie nie mieć wystarczającej wiedzy, by odbić wszystkie argumenty drugiej strony lub nawet rozwiać jej szczere wątpliwości. Wtedy to my możemy pierwsi zacząć się denerwować i doprowadzić do napięcia sytuacji.
Powstaje pytanie: czy głoszenie prawdy i przekonywanie rzeczywiście są tym samym. Jest takie zdanie: prawda obroni się sama. Często słyszę, zwłaszcza ostatnio, że tak nie jest, że prawda sama się nie obroni i że to my musimy jej bronić. Moje doświadczenia i obserwacje są jednak zupełnie inne. Wynika z nich, że prawda naprawdę obroni się sama, prawda jedynie sama się nie wypowie. My mamy ją jedynie wypowiadać. Co więcej, gdy zaczniemy jej bronić, a nie jesteśmy do tego dobrze przygotowani, możemy odnieść skutek odwrotny i nasz rozmówca wykorzysta naszą niewiedzę do usprawiedliwienia się przed sobą, dlaczego odrzuca to co mu mówimy.
Załóżmy, że katolik wierny Tradycji zapragnie - czy też poczuje - obowiązek ratowania dusz poprzez podprowadzanie ich do Tradycji katolickiej, a więc po prostu - katolicyzmu. Myślę, to są tylko moje wyobrażenia, ale najprawdopodobniej tak jest, że to pragnienie, czy poczucie obowiązku, nie podoba się złemu i - jak to ma w zwyczaju - robi wszystko, żeby to zepsuć. Żeby cała para poszła w gwizdek. Podsuwa więc wtedy katolikowi pomysł, by wyposażył się w argumenty: św. Pius X i jego encyklika Pascendi Dominici Gregis, przysięga antymodernistyczna, Sobór Watykański II, masoneria w Kościele, Teilhard de Chardin, różnice między nowa a starą Mszą. Tak przygotowany przystępuje on do próby przyciągnięcia kogoś do Tradycji. Wychodzi to różnie, ale z licznych informacji wiem, że zwykle po prostu nie wychodzi. Uwaga - nie twierdzę, że nie należy mieć wiedzy oraz że nigdy nie należy argumentować merytorycznie. Twierdzę natomiast, że nie są to narzędzia domyślne, z których trzeba korzystać w pierwszej kolejności.
Jak więc podejść do sprawy? Znów, to jedynie przemyślenia osoby świeckiej:
1. Po pierwsze, zadać sobie pytanie, czy kieruje nami troska o duszę tej osoby, czy o to, żeby mieć rację.
2. Po drugie, modlić się za tę osobę, żeby żyła w sposób, który umożliwi jej zbawienie, czyli żeby Pana Boga poznawała, służyła Mu i Go wielbiła oraz umarła w łasce uświęcającej.
3. Po trzecie, modlić się, żebyśmy nie psuli każdej rozmowy przez walkę o rację, którą mylimy z walką o prawdę. To jest o tyle wielki błąd, że potem osoba ta może mieć blokadę w docieraniu do prawdy, bo podświadomie nie chce przyznać nam racji.
4. Po czwarte - dążyć do tego, żeby ta osoba sama odkrywała jak najwięcej, gdzie najlepszym zwieńczeniem naszych starań byłoby jej dotarcie na Mszę Tradycyjną. My możemy jedynie upraszać ją, żeby dała sobie trochę czasu - np. żeby nie ferowała wyroków zanim nie posłucha trzech Mszy. Wskazać, żeby nie szukała emocji, ale patrzyła jak ksiądz składa Panu Bogu ofiarę.
5. Po piąte - pomóc w sprawach prozaicznych, takich jak transport, zaopatrzenie w modlitewnik lub mszalik, gdzie słowa po łacinie zestawione są ze słowami po polsku.
6. Po szóste, jak już zadziała łaska i osoba ta zgodzi się pójść na Mszę Tradycyjną, modlić się za nią gorąco, modlić się za księdza, żeby tego dnia miał dobre kazanie, modlić się za braci w wierze, żeby tego dnia ich wizerunek stanowił ułatwienie a nie utrudnienie dla nowoprzybyłego.
Mój Drogi Czytelniku, co o tym sądzisz? Ale proszę Cię, bez teoretyzowania. Tylko praktyka. Czy mamy prawdę mówić, czy do niej również przekonywać? Będę z uwagą czytał komentarze.
Komentarze
Moje osobiste doświadczenie.
Do Tradycji trafiłem dzięki p. Grzegorzowi Braunowi. Kilka razy słyszałem, gdy na pytanie z sali o to jak osiągnąć jakiś nierealny na ludzki rozum cel, odpowiadał: modlić się i zamówić mszę u księdza tradycji katolickiej.
Recepta prosta i najlepsza. Za pierwszym i drugim razem puściłem mimo uszu części dookreślającą księdza. Po prostu od dziecka znałem tylko NOM i rozumiałem to jako zaproszenie, by znaleźć księdza o jakimś bardziej konserwatywnym sznycie.
No ale nie dawało mi to spokoju, logika podpowiadała, że to musi być coś więcej.
I tylko z tej cienkiej jak włos nici trafiłem do wielkiego kłęba najlepszej przędzy.
Wystarczyło zasygnalizować, że jest coś, czym warto się zainteresować.
A drugą prawdą jest to, że gdyby ktoś, z najszczerszym sercem, przyszedł mnie namawiać, bo on coś ma, co ja też muszę mieć, że koniecznie muszę się zainteresować, bo to rzecz dla mnie bardzo ważna, potraktowałbym tak, jak każdego akwizytora i trwał w swej ignorancji i niewiedzy.
Z pewnością do każdego inaczej się trafia, nie ma jednej recepty, ale poza dyskusją jest fakt, że prawda broni się sama.
P.S.
Za tę jedną rzecz jestem i będę panu posłowi dozgonnie wdzięczny. A wiem, że nie jestem jedynym, którego nawrócił na katolicyzm. Po owocach ich poznacie. Skłania mnie to do przekonania, że to Duch Św. we własnej osobie a nie duch zwodziciel stoi za "niepoprawnym" kandydatem.
Myślę, że tu podstawą jest cierpliwość. Cierpliwość w modlitwie i nastawienie, że "nawrócenie" może pojawić się dopiero po, nawet długim, czasie.
Panie Dawidzie trzeba głosić prawdę. Ja wcześniej nie słyszałam o Tradycji, o rewolucji w kościele katolickim. Dopiero Pana program Sprawki okiem katolika otworzył mi oczy.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Panie Dawidzie uważam, że wskazówki, które Pan podaje są jak najbardziej trafne. Przede wszystkim modlitwa o to, żebyśmy kierowali się dobrem dusz a nie miłością własną i chęcią aby nam przyznano rację. W krótkich słowach opiszę moje doświadczenie z "apostolatem" i dlaczego go zaniechałam. Nieskażoną wiarę katolicką w FSSPX poznałam pod koniec 2021 r. Będąc pod wrażeniem skarbu, który poznałam chciałam podzielić się nim z najbliższymi - rodziną i znajomymi. Wystarczył mi jeden film o JE śp. abp M. Lefebrve żebym zrozumiała genezę kryzysu w Kościele. Oczywiście nie jest to zasługa mojego intelektu ale tylko i wyłącznie działanie łaski Pana Boga i wstawiennictwo Jego Matki. Pan Bóg zechciał w danym momencie mojego życia wyciągnąć mnie z bagna grzechu i ciemności. Codziennie Mu za to dziękuję. Jednak na początku mojego nawrócenia szczerze chciałam innym o tym opowiedzieć - mężowi, teściom, bratu, znajomym. Chciałam wszystkim powiedzieć - jest Bractwo, jest Msza Św. katolicka więc nie jesteśmy skazani na ohydę spustoszenia, która dzieje się w parafiach. Otrzymałam tą łaskę, że moja mama raz jeden poszła ze mną do Kaplicy FSSPX i powiedziała "tam jest Bóg, nigdzie indziej już nie będę chodziła".
Natomiast co do reszty rodziny i znajomych - jednogłośnie stwierdzili, że należymy do sekty.. Na początku łączyło się to z jakąś dozą dyskomfortu. Teraz jednak rozumiem, że do nawrócenia łaska jest niezbędna. Z drugiej strony Dobry Pan Bóg daje mi tą łaskę bycia niezrozumianą przez wiele osób abym nie popadała w zarozumiałość. Po prostu uczy mnie pokory.
Konkludując, obecnie staram mówić się jak najmniej o wierze i kościele do którego chodzę, chyba że ktoś wprost mnie o to zapyta. Zauważyłam, że wiele osób nawet nie wie, że mają duszę i nie interesują ich sprawy wieczne. Co więcej myślę, że trafne są to słowa Naszego Pana Jezusa Chrystusa: " nie rzucajcie swoich pereł przed wieprze aby gdy je podepczą was nie stratowały" (wolny cytat).
Dziękuję Panu za Pańską pracę.
Z własnego doświadczenia mogę napisać, że nakłanianie przynosi odwrotny skutek. U mnie w rodzinie to już właściwie niewielu chodzi do kościoła, a ci co chodzą, uważają że ja chodzę do jakiejś sekty. Więc odpuściłam jakiekolwiek rozmowy, chyba że ktoś mnie zapyta. Zwłaszcza, że to powodowało, że wiecznie chodziłam smutna, zmartwiona. Modlę się za nich i daje co miesiąc na Msze Św. księdzu z Tradycji katolickiej. Staram się pracować nad sobą i stawać się lepszym człowiekiem. Dla Chrystusa. CZYNY bardziej przekonują niż słowa. I wierzę, że to wystarczy, by ich uratować :-) Z Panem Bogiem! :-)