Mój Drogi Czytelniku, przypominam, że nie jestem duszpasterzem i że po bardziej wiążące wskazówki na temat życia duchowego najlepiej zawsze udać się do pobożnego, tradycyjnego kierownika duchowego. Wszystko co piszę, może - ale nie musi - być jedynie pożywką dla pracy rozumowej.
Dziś chcę napisać o wielkiej ranie jaką Kościołowi, a więc nam wszystkim, Tobie i mi, zadał modernizm. Herezja ta zwykle omawiana jest w kontekście zmian w funkcjonowaniu duchowieństwa - inna jest liturgia, inne są normy zachowań, inne jest głoszenie z ambon, w zasadzie wszystko jest w modernizmie inne. Dziś chciałbym, żebyśmy spojrzeli na modernizm z perspektywy wiernego. Uważam, że mógł on zadać dużą i niebezpieczną ranę każdemu wiernemu, który był w nim katechizowany. I z moich obserwacji, zarówno tego w jaki sposób funkcjonuję ja, oraz z obserwacji innych, wynikałoby że rana ta jest dość powszechna. Chodzi o to ledwie zauważalne, ale w skutkach katastrofalne przesunięcie optyki na temat celu naszego życia. Przy czym nie chodzi mi tu o cel ostateczny, ten po życiu na ziemi, ale cel życia jeszcze za życia, cel każdego dnia, cel każdej godziny. Modernizmowi udało się dokonać przesunięcia tego celu w głowach ludzi i to uważam za jedną z jego najstraszniejszych zbrodni.
Kiedyś katolik był katechizowany, że wiara jest wszystkim. Bóg jest wszystkim. Celem człowieka jest żyć dla Boga. Wszystko inne, czy będę zdrowy, czy uda mi się związek, czy odniosę sukces - uwaga - czy będę się dobrze czuł, czy będę szczupły czy otyły, czy będę bogaty czy biedny, czy wygra moja partia czy przeciwna, wszystko to było rozpatrywane przez pryzmat, który przez św. Ignacego Loyolę nazwany został zasadą „tantum quantum – o tyle, o ile”. Wszystko cenię o tyle o ile przybliża mnie do Boga. Nie mówię oczywiście, że przed modernizmem wszyscy katolicy umieli tak w 100% żyć, ale tak właśnie byli nauczani. Jedyny cel życia - Pana Boga poznawać, służyć mu i go wielbić. A wszystkie przygody pomiędzy, i te dobre i te złe, choć mogą być emocjonujące, są tylko sceną na której rozgrywa się ten mój wybór - dla kogo żyję. Dla siebie czy dla Pana Boga.
Przy czym stan pierwotny człowieka, jego ustawienia fabryczne, nastawione są na siebie, a przesuwanie optyki z siebie na Boga to praca. I dlatego tak strasznie groźna jest ta trucizna modernizmu, której wystarczy kropelka, a która mówi człowiekowi: to Bóg jest dla Ciebie, a nie Ty dla Boga, Twoje sprawy są niezwykle ważne, a Pan Bóg chętnie Ci w nich pomoże. Ogólnie człowiek, człowiek i tylko człowiek. Niestety nie jest tak, że uświadomiwszy sobie tę różnicę powiedzmy w piątek o 13:00, o godzinie 13:05 umiemy już żyć dla Boga, ponieważ - jak już mówiłem - jest to praca nawet dla człowieka nieskażonego modernizmem. A dla skażonego, czyli chyba nas niemal wszystkich, może być to praca podwójna. I to mam bardzo modernizmowi za złe.
Mój Drogi Czytelniku, proszę Cię, jeżeli masz chęć, napisz co o tym myślisz.
Komentarze
Modernizm. Trucizna uzależniająca i słodka...
Katoliku? Jeszcze nie odnalazłeś Mszy Wszech Czasów? Weź w końcu odtrutkę i nie zwlekaj już więcej dla dobra swojej duszy.
Tyle miesięcy nie chciałem wyjść z uzależnienia. Przecież to moja parafia, przecież mój proboszcz ogólnie to jest w porządku, przecież mam tutaj swoją rodzinę i znajomych. Do pobliskiego kościoła mam rzut beretem. Nie chcę zauważać tego co jest złe lub niestesowne, bo to zabierze mi moją wygodę i komfort.
W moim życiu pojawiła się dobra dusza, która o mnie walczyła. "Robert - jest coś takiego jak FSSPX". Nie miał ze mną łatwo, bo wiecznie grałem głupiomądrego, że przecież u mnie w parafii też jest ok. Jednak wlewająca się do mojej duszy trucizna modernizmu coraz bardziej zaczęła mi doskwierać.
Tu Komunia na rękę, tam protestancki koncert kolęd, proboszcz twierdzący, że obecny ekumenizm jest ok. Dzięki tej dobrej duszy liznąłem też trochę tradycyjnego nauczania.
Trucizna w końcu się za bardzo we mnie skumulowała. Trucicel próbował za wszelką cenę dalej mnie trzymać za nogi - NIE NIE NIE IDŹ TAM!
No ale poszedłem. Doznałem olśnienia. Msza Wszech Czasów to cud. Wiedziałem, że już nigdy nie wrócę. Pomimo tego, że prawie nic nie rozumiałem. Jedynie podpatrywałem co robią inni i obejrzałem wcześniej coś tam w Internecie.
Otrzymałem wtedy pierwszą dawkę odrutki. Jak to przy pierwszej dawce od razu nie można oczekiwać cudów. Potrzeba wielu kolejnych. Trzeba też powiedzieć, że przy tej kuracji odwykowej wcale jakoś super łatwo i przyjemnie nie było. Z resztą można powiedziec, że ta kuracja trwa do dzisiaj, bo trucizna zrobiła wielkie spustoszenie.
Tak wielu ludzi potrzebuje odrutki. Są też tacy, którzy nawet jak już wiedzą, że muszą przejść taką kurację wolą, żeby ta słodka i uzależniająca trucizna dalej się sączyła. Nie chcą za żadne skarby wyjśc ze swojej strefy wygody i komfortu.
Ja tej trucizny nie chcę i brzydzę się nią. Tyle dobrze, że przynajmniej wiem, gdzie jest właściwa droga.
Są bliskie mi osoby, które w trej truciznie tkwią i mam nadzieję, że kiedyś wymodlę, aby doznali łaski odtrucia. Sam natomiast obym wytrwał na właściwej drodze. Wiem jednak, że potrzeba jeszcze wielkiej pracy i Łaski Bożej, aby się tak stało.
P.S początkowo 40 minut drogi samochodem postrzegałem jako utrudnienie w celu uczęszczania na Mszę Wszech Czasów. Dziś już nie śmiałbym marudzić. Oczywiście wolałbym, żeby była w mojej pobliskiej parafii, ale jest jak jest. Trzeba dziękować Panu Bogu, że to tylko 40 minut samochodem.
Pięknie napisane, ja aktualnie przechodzę podobne rozterki, tzn. jedną nogą w Tradycji, drugą jeszcze nadal trochę w modernizmie. Dotyczy to kwestii na różnych płaszczyznach życiowych, ale zwłaszcza kwestii fundamentalnej, czyli Mszy Świętej. Udało mi się odkryć Mszę wszech czasów i wiem, że to jest, mówiąc kolokwialnie, „to”, w zasadzie niewiele musiałam się przekonywać, bo prawie od razu kliknęło i poczułam, że w tym Skarbie Kościoła ukryta jest Prawda, całe Piękno, kwintesencja tego, czym Kościół żył setkami lat i powinien być. Natomiast moja rodzina, zżyta z modernistycznym Kościołem, która o Mszy Trydenckiej albo nie słyszała wcale albo coś tam jej się obiło o uszy, bardziej jako ciekawostka, jest nastawiona nieco mniej optymistycznie. Ostatnio jak wywołałam w domu temat FSSPX (a tak się złożyło, że wróciłam na czas bliżej nieokreślony do domu rodzinnego) to wybuchła wielka awantura, bo bratam się ze schizmatykami itd., nie pomogły też za bardzo rzeczowe argumenty, ale może to też wina tego, że ja nie mam jakiejś wielkiej siły perswazji. Przez tą sytuację odpuściłam na razie temat i jak udaje mi się uczestniczyć w jakimś nabożeństwie FSSPX to robię to zazwyczaj „po kryjomu”, przez co czuję się na maksa dziwnie, jakbym robiła coś wręcz nielegalnego, z drugiej strony ugruntowuje mnie to w przekonaniu, że jestem we właściwym miejscu, bo nie ma być lekko, łatwo i przyjemnie. Niemniej jednak, jak idę z rodziną w niedzielę na Mszę czy przy okazji jakiejś uroczystości rodzinnej, to oczywiście uczestniczymy w NOM, mimo że jak tam jestem to serce rwie się do Mszy Trydenckiej i dusza pragnie tego kontaktu z Tradycją. Nie wiem szczerze mówiąc, co zrobić, z jednej strony boję się poruszać tego tematu, z drugiej strony boli mnie bardzo ten konformizm. Na razie próbuję przemodlić sytuację na różańcu i pewnie liczę trochę na „cud”, ale bez mojego działania i wyjścia poza tę strefę komfortu, tak jak Pan mówi, samo się na pewno nie zrobi.
Chwała Panu Bogu, że odnaleźliście Mszę Wszech Czasów. Wczoraj mieliśmy święto Objawienia. Tradycyjnie mówi się, że Królowie zanieśli naszemu Zbawicielowi złoto - symbol miłości, kadzidło - symbol modlitwy oraz mirrę - symbol cierpienia. My też mamy takie dary zanosić. Większość osób, które korzystają z poslugi FSSPX ma takie doświadczenia umartwień i cierpienia. Ja też miałem i wciąż mam i traktuję je właśnie jako dodatkowy wysiłek dla Pana Boga.
Człowiek w tej sytuacji musi zwyczajnie w świecie porzucić swoję strefę komfortu i "zaprzeć się samego siebie". U mnie nagle 5 minut piechotką zamieniło się w 40 minut samochodem. W napiętym grafiku rodzinnym nie jest to łatwe do zrozumienia dla kogoś kto FSSPX "nie czuje". Ja akurat obrałem metodę wybierania Mszy porannych. Czasem jeżdżę na 5.40. W lato to było nawet przyjemne, ale w zimnym okresie infekcyjnym ciepłe łóżko trzyma jak magnes.
Jednak jak już dojade to czuję wielkie szczęście i wdzięczność, że mogę tam być. Tego się trzymam.
Krytyka od innych już po mnie spływa, bo ja wiem, że stoję w Prawdzie. Nawet mnie trochę bawi, gdy np. w ostatnie Święta bliski odrobinkę pogardliwie określa mnie "biskupem". Teraz jest często odwrotnie. To ja zagaduję, a inni nie bardzo chcą gadać, bo wiedzą, że są na straconej pozycji. Jeszcze by musieli porzucić swoją wygodę i komfort...
Novus Ordo po zobaczeniu Mszy Wszech Czasów nie jest już dla mnie. Teraz tym bardziej, bo mam już za dużą świadomość różnic. Jak robią inni nie oceniam, bo to tak naprawdę nie moja sprawa. Surowo oceniam samo Novus Ordo, a do tego mam pełne prawo. Marzę, żeby Msza Wszech Czasów kiedyś rozlała się spowrotem i trafiła do mojej rodzinnej parafii...
Życzę Wam samych błogosławieństw i oby Msza Wszech Czasów przylgnęła do Was na stałe.
Z Panem Bogiem
Zgadzam się z tobą,tylko ja jestem w rozdarciu między nowa msza ,a msza wszechczasów bo nie udaje mi się dotrzeć na każdą niedzielna mszę wszechczasów ,ale już dotarło do mnie że msza wszechczasów jest antybiotykiem na modernizm w kościele