DLA KOGO ŻYJĘ?

03.01.2025

Mój Drogi Czytelniku, przypominam, że nie jestem duszpasterzem i że po bardziej wiążące wskazówki na temat życia duchowego najlepiej zawsze udać się do pobożnego, tradycyjnego kierownika duchowego. Wszystko co piszę, może - ale nie musi - być jedynie pożywką dla pracy rozumowej.

Dziś chcę napisać o wielkiej ranie jaką Kościołowi, a więc nam wszystkim, Tobie i mi, zadał modernizm. Herezja ta zwykle omawiana jest w kontekście zmian w funkcjonowaniu duchowieństwa - inna jest liturgia, inne są normy zachowań, inne jest głoszenie z ambon, w zasadzie wszystko jest w modernizmie inne. Dziś chciałbym, żebyśmy spojrzeli na modernizm z perspektywy wiernego. Uważam, że mógł on zadać dużą i niebezpieczną ranę każdemu wiernemu, który był w nim katechizowany. I z moich obserwacji, zarówno tego w jaki sposób funkcjonuję ja, oraz z obserwacji innych, wynikałoby że rana ta jest dość powszechna. Chodzi o to ledwie zauważalne, ale w skutkach katastrofalne przesunięcie optyki na temat celu naszego życia. Przy czym nie chodzi mi tu o cel ostateczny, ten po życiu na ziemi, ale cel życia jeszcze za życia, cel każdego dnia, cel każdej godziny. Modernizmowi udało się dokonać przesunięcia tego celu w głowach ludzi i to uważam za jedną z jego najstraszniejszych zbrodni.

Kiedyś katolik był katechizowany, że wiara jest wszystkim. Bóg jest wszystkim. Celem człowieka jest żyć dla Boga. Wszystko inne, czy będę zdrowy, czy uda mi się związek, czy odniosę sukces - uwaga - czy będę się dobrze czuł, czy będę szczupły czy otyły, czy będę bogaty czy biedny, czy wygra moja partia czy przeciwna, wszystko to było rozpatrywane przez pryzmat, który przez św. Ignacego Loyolę nazwany został zasadą „tantum quantum – o tyle, o ile”. Wszystko cenię o tyle o ile przybliża mnie do Boga. Nie mówię oczywiście, że przed modernizmem wszyscy katolicy umieli tak w 100% żyć, ale tak właśnie byli nauczani. Jedyny cel życia - Pana Boga poznawać, służyć mu i go wielbić. A wszystkie przygody pomiędzy, i te dobre i te złe, choć mogą być emocjonujące, są tylko sceną na której rozgrywa się ten mój wybór - dla kogo żyję. Dla siebie czy dla Pana Boga.

Przy czym stan pierwotny człowieka, jego ustawienia fabryczne, nastawione są na siebie, a przesuwanie optyki z siebie na Boga to praca. I dlatego tak strasznie groźna jest ta trucizna modernizmu, której wystarczy kropelka, a która mówi człowiekowi: to Bóg jest dla Ciebie, a nie Ty dla Boga, Twoje sprawy są niezwykle ważne, a Pan Bóg chętnie Ci w nich pomoże. Ogólnie człowiek, człowiek i tylko człowiek. Niestety nie jest tak, że uświadomiwszy sobie tę różnicę powiedzmy w piątek o 13:00, o godzinie 13:05 umiemy już żyć dla Boga, ponieważ - jak już mówiłem - jest to praca nawet dla człowieka nieskażonego modernizmem. A dla skażonego, czyli chyba nas niemal wszystkich, może być to praca podwójna. I to mam bardzo modernizmowi za złe.

Mój Drogi Czytelniku, proszę Cię, jeżeli masz chęć, napisz co o tym myślisz.

Komentarze