Dziś kilka słów o czymś, co w naszej religii uważam za najtrudniejsze. Przynajmniej dla mnie. Gdziekolwiek nie czytam, temat ten jest przedstawiany podobnie jak za chwilę opiszę. Dlatego też, jeżeli, mój Drogi Czytelniku, zrodzi się w Tobie myśl: "Dawid, przestań komplikować", to uwierz mi, że bardzo chciałbym, żebyś miał rację i żeby to było prostsze, ale nie znajduję nigdzie, w ważnych dziełach o życiu duchowym, przyzwolenia na uproszczenie.
O co chodzi? O motywację działań katolika. Temat ten zgłębiam w dużej mierze z powodu tej swojej publicystycznej działalności. Po co to robię? Celem wymiernym jest określona, znana jedynie Panu Bogu, liczba umysłów, które potem będą przyczyniały się do odbudowy Christianitas. Do odrodzenia w dzisiejszym i jutrzejszym świecie, który pogrążył się w rozumowym i duchowym chaosie, ducha wiary katolickiej, który prowadził będzie jednostki i nasze społeczeństwo do odrzucenia zwodniczych ideologii i budowy życia osobistego i społecznego na Prawie Bożym.
I być może mi uda się do tego celu dołożyć choć jedną cegiełkę. To jest cel, ale powraca pytanie - po co ja to robię? No przecież właśnie powiedziałem. A jednak to nie wyjaśnia motywacji. We wszystkich mądrych źródłach dotyczących ludzkiego działania znajduję pouczenie, że wszystko należy czynić jedynie po to, żeby podobać się Panu Bogu. Człowiek nie powinien znajdować zadowolenia z samego dążenia do rzeczy miłych Panu Bogu, gdyż łatwo może dojść do sytuacji, że zacznie karmić się chciwie tymi dobrymi i duchowymi rzeczami, nadal dążąc jedynie do własnej wygody i przyjemności, pozostając, niczym poganin, nastawionym na samego siebie. Jeżeli człowiek zacznie pragnąć tego samego, czego pragnie Pan Bóg, wciąż może pragnąć tego nie ze względu na Jego Wolę, ale ze względu na smak tych dobrych rzeczy.
No to Dawid skomplikowałeś. Nie udawaj mądrzejszego niż jesteś, nie doszukuj się ciągle drugiego dna, upraszczaj. Chętnie, ale skomplikowane tu nie jest to, co staram się przytaczać. Skomplikowane jest rozplątywanie supełka, który zawiązano ludziom przez ideę dobroludzizmu, która głosi, że w życiu katolickim chodzi o to, żeby być dobrym człowiekiem. Jeżeli chcemy to uprościć, to trzeba jasno powiedzieć, że nie. W życiu katolickim chodzi o to, żeby wyrzec się swojej woli i we wszystkim chcieć tylko Woli Bożej. To ona ma być przyczyną i celem naszego działania i naszych myśli.
Jakże przebiegłe są oszustwa naszej upadłej natury, która zawsze po kryjomu dąży do spełniania samej siebie, a co ukryć może, gdy zapragnie rzeczy dobrych. Nakarmić biednych, wybaczyć komuś, być uprzejmym, nie oddawać złem za zło. Tyle, że te rzeczy nie są dobrem samym w sobie, stają się dobrem gdy czynimy je ze względu na chęć zlania się z Wolą Bożą, a nie ze względu na nie same. W mądrych źródłach napisane jest, że ćwiczenie tego, by wszystko czynić ze względu na Wolę Bożą na początku jest trudne, ale że nie wolno się poddawać, bo z czasem stanie się to łatwiejsze.
A potem (wyobraźmy sobie jakie to musi być wyzwalające!), osiąganie jakichkolwiek celów już nie warunkuje naszego szczęścia, bowiem wola zlana z Wolą Bożą z jednakowym spokojem i zadowoleniem przyjmuje powodzenie i niepowodzenie, jeżeli tylko usiłowała coś osiągnąć ze względu na Wolę Boża. Jedynym celem nie ma być bowiem cel sam w sobie, ale działanie umotywowane Wolą Bożą. W mądrych źródłach piszą też, żeby nie usiłować przyjąć takie postawy jedynie o własnych siłach, ale żeby nieustannie prosić o nią Pana Boga.
Mój Drogi Czytelniku, bardzo Cię proszę o komentarz, czy udaje mi się przedstawić to w sposób zrozumiały. Oraz co myślisz o tym co dziś napisałem.
Komentarze
LJCH!
Poddanie się woli Bożej jest myślę jednym z warunków życia wiecznego!
U mnie niestety jest moje "ja" na pierwszym miejscu.
Walka trwa a ja się nie poddaję.... Więc może z Bożą pomocą uda mi się odrzucić moje "ja"
Wszystko na chwałę Bożą należy czynić.
Ja rozumiem, że nawet robiąc coś takiego jak pomagając biednym, można mieć zły motyw (np. chęć zaimponowania komuś), ale jeśli ktoś robi to ze względu na miłość do bliźniego, to twoim zdaniem jest to zły motyw i przez to jest złe? Kolejna kwestia - czy, gdy powiedzmy swędzi mnie nos i się podrapię, to twoim zdaniem powinienem to robić po to, żeby zlać się z wolą Bożą? Czy uważasz, że w innym wypadku byłoby to grzeszne? Ciężko mi wyobrazić sobie takie funkcjonowanie. Poza tym nie wydaje mi się, że wola Boża co do naszego życia określała dokładnie każde nasze działanie co do najmniejszego szczegółu (a po twoim tekście takie można odnieść wrażenie) - przykładowo, nie sądzę, że Bóg ma określone oczekiwania co do dokładnego sposobu, w jaki uderzam każdy klawisz podczas pisania tego tekstu. Czy twoim zdaniem człowiek zawsze, gdy siada do klawiatury powinien się zastanawiać jaka jest wola Boża co do dokładnego sposobu w jaki uderza w klawisze i robić to w ten sposób aby zlać się z wolą Bożą? Kolejny przykład - człowiek stoi przed wyborem smaku lodów, czy twoim zdaniem powinien myśleć jaka jest wola Boża i wybrać czekoladowe, żeby "zlać się z wolą Bożą". Wydaje mi się, że wybór czekoladowych, podoba się Bogu tak samo jak jakichkolwiek innych i możemy się kierować innymi kryteriami - np. własnym kaprysem.
Nie myśl przez moje przykłady, że mam lekceważące podejście. Ciekaw jestem co o tym myślisz i chętnie zobaczę odpowiedź :)
Rozumiem, o co Panu chodzi, ale chyba nie ma Pan racji.
Pan mówi o wyborze ŚRODKÓW działania. Wolę Bożą powinniśmy rozeznawać odnośnie CELÓW naszego działania. Czy ważniejsze jest w tej chwili, żebym się umartwił i nie zjadł lodów, czy trochę zrelaksował i - na chwałę Bożą! - zaznał przyjemności zjedzenia lodów, by potem móc lepiej i skuteczniej działać. A smak lodów to już nasza sprawa, jaki wolimy. ;-)
Inna sprawa to, że czasem trudno tak wolę Bożą rozeznać w konkretnych sprawach (sprawkach, hihi) i sytuacjach. Módlmy się o to!