W Tradycji bardzo pociąga mnie Prawda. Wszędzie poza Tradycją, czyli katolicyzmem, napotykałem na relatywizującego gluta ludzkich interpretacji, który, jak to glut, nie stanowił żadnego oparcia dla stopy. Dla mężczyzny sytuacja zabójcza. W katolicyzmie jest prawda. Można jej dotknąć, można przycisnąć, można próbować przesunąć, a ona jest ciągle w tym samym miejscu. Nie zmienia kształtu jak dziecięca zabawka "gniotek". Ta prawda jest czymś wspaniałym. Najcenniejszym materiałem na ziemi. Drogocennym surowcem, który w tym świecie trzeba odkopywać spod wielu warstw fałszu. Ale jest też dostępna dla wszystkich, choć bez łaski można patrzeć i jej nie widzieć. Najcenniejszy surowiec jest jednocześnie dostępny w nadmiarze. A gdy raz się go dotknie, wszystko inne potem wydaje się gliną.
Komentarze
Jak się odnajdzie Tradycję życie nie jest już takie jak wcześniej. W Prawdzie czyli niezmąconym katolicyzmie jest dużo lepiej, choć niekoniecznie łatwiej. W konfesjonale sie słyszy: "Jak się grzebie w śmietniku to się wygrzebuje śmieci", a nie szuka takiego, gdzie księża za bardzo nie ganią. Jednocześnie zaczyna się prawdziwa walka bez żadnych kompromisów, by wyzbyć się tego całego, obrzydliwego brudu na duszy. Wie się, że Zbawienie jest tylko przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, a nie we wszystkich religiach. Wie się też, że jest się tylko prochem i wszystkie ziemskie zasługi są dla chwały Pana Boga. Pycha staje się zaciekłym wrogiem, którego trzeba ujarzmić. Tylko w Prawdzie trzeba miłować każdego, nawet swojego nieprzyjaciela. Do tego czuje się tę nieustanną tęsknotę za Wszechmogącym Stwórcą. Natomiast możliwość obcowania z Nim staje się wielką radością i szczęściem. Dlatego Msza Święta to kawałek Nieba tu na łez padole, a nie przykry obowiązek lub spacer z piknikiem. Kapłana całuje się po rękach, bo jest on darem od Pana Boga. Życie w Prawdzie to nieustanna praca nad sobą i troska o innych ludzi. Często mozolna, ciężka i niewdzięczna praca bez użalania się nad sobą. Trudy i zgryzoty przemieniają się w Krzyż, który uszlachetnia. Natomiast Ci co Prawdę poznali ochoczo potrafią za nią oddać życie, bo wiedzą, że to winda do raju. Droga jakże trudna i kręta, lecz jedyna właściwa. Przecież tu jest tylko na chwilę. Zdecydowanie to nie jest "gniotek".
Muszę powiedzieć a właściwie napisać, że Mszę wszech czasów zobaczyłem po raz pierwszy w 2007 roku. A więc także niby przyszedłem z tzw. Novusa. A jednak, tak tego nie czuję. Jak tylko zacząłem studiować teologię w 1989 roku, natychmiast zauważyłem modernizm i natychmiast uznałem go za złośliwy i zgubny nowotwór. Po tradycyjne lektury i czasopisma sięgnąłem natychmiast jak tylko zaczęły być w Polsce wydawane a więc w połowie lat 90-tych. Zawsze Wiernych zacząłem prenumerować od 2004 r. Od mojej pierwszej Mszy św. tradycyjnej korzystam z posługi kapłanów FSSPX. Więc co czuję? Czuję, że zawsze byłem katolikiem a jeśli błądziłem, to po prostu z ludzkiej słabości i grzeszności. Nie czuję, żebym jakoś "przeszedł do Tradycji", odmienił swoje życie. Ja zwyczajnie na Nią czekałem i jak tylko się pojawiła, to oczywiście i mnie przywołała.
Dlaczego o tym tutaj piszę? Bo widzę, że wielu katolików trwających w neostrukturach wierzy i czuje po katolicku, nie są żadnymi modernistami. Nawet na NOMie trwają jakby tych różnych nowinek nie widzieli, jakby one albo oni byli nie obecni.
Wniosek? Prawda jest nam dostępna i za pomocą naszych nie wypaczonych władz, ale i za sprawą łask, do których my katolicy, jak może nikt inny mamy specjalny dostęp. Za co Bogu niech będą dzięki.
Szanuję to co Pan mówi i Pana podejście. Ja akurat, kiedy w końcu w pełni zagłębiłęm się w Tradycję poczułem ulgę, że już nie muszę przymykać na nic oczu. W niektórych kwestiach przeżyłem terapię szokową, ale powoli wszystko staje się już jasne i klarowne. Wcześniej łudziłem się, że nie jest przecież tak źle i wszystko jakoś w tej mojej walce duchowej idzie. Za wszelką cenę nie chciałem wyjść z tego w czym tkwiłem i niewidzialna siła trzymałą mnie za ręce i nogi. W końcu mi się jednak udało. Nie chcę za bardzo w to wchodzić. Moje stanowisko na tę kwestię jest w innym temacie o Novus Ordo Missae. W pełni się z Panem zgadzam, że jest masa ludzi, którzy nawet nie mają pojęcia, że jest Msza Wszechczasów i są pobożnymi katolikami. Chcę zaznaczyć - nie mam się za nikogo lepszego i nie krytykuję tych co praktykują NOM. To ich sprawa. Odpowiadam wyłącznie za siebie. Moja babcia jest wspaniałym katolikiem, a w życiu nie słyszała o Mszy Wszechczasów. Większość moich bliskich i znajomych chce jednak tkwić w NOM i modernistycznej nauce, bo im tak wygodnie. Tam można żyć po rozwodzie w konkubinacie, bo się przecież "kocha", tam ksiądz powie osobie nadużywającej alkoholu "przecież wszyscy piją" itp. itd. W Prawdzie tego już nie ma. Dla mnie NOM i szeroko pojęty modernizm po prostu nie pochodzą z Prawdy, a są zwyczajnym zamachem na Prawdę. Mówi o tym wiele duchowych autorytetów. To nie jest moje widzimisię. Abp Lenga mówił, że NOM nie jest godny. Św. P. ksiądz Kneblewski mówił, że w swoim stanie świadomości nie może już akceptować NOM. Kardynał Ratzinger mówił o nowej liturgii: "fabrykat, wątpliwej jakości produkt" itp. itd. Dlatego NOM i związane z nim "problemy" dla mnie nie pochodzą od Prawdy. To "gniotek", którego już więcej nie chcę oglądać i każdego namawiam, żeby chodził tam gdzie jest "godnie" ;)
Tak, zgoda!