Nie pójść na II turę, czyli powiedzieć: „wynik jest mi obojętny”

  @wavey
27.05.2025

Druga tura wyborów prezydenckich. Dwóch kandydatów. Dwie opcje - obie nie nasze, obie dalekie od doskonałości. Wielu ludzi staje wtedy przed pytaniem: co robić? Iść czy nie iść?

Coraz częściej słychać głosy: „Nie idę, bo żaden z nich mnie nie reprezentuje”. „Nie dam się wciągnąć w tę grę”. „Nie poprę zła, ani mniejszego ani większego”. Dla wielu to forma sprzeciwu, próba pokazania dystansu do systemu, który - ich zdaniem - nie daje prawdziwego wyboru.

Brzmi godnie. Brzmi stanowczo. Problem w tym, że - czy to akceptujemy czy nie - jesteśmy częścią tego systemu. Stało się to w dniu naszych narodzin i póki ktoś go nie obali, jesteśmy w dużym stopniu od niego zależni.


Co tak naprawdę oznacza druga tura.

W pierwszej turze wyborów rzeczywiście głosujemy na kogoś, kogo uważamy za godnego poparcia. To jest ten moment, kiedy głosem i wspieraniem kampanii komunikujemy: jakie są nasze wartości, jakie są nasze ideały, jaki kierunek, naszym zdaniem powinien przyświecać Polsce. Jeśli stratuje kandydat, który w naszym przekonaniu reprezentuje powyższe - głosujemy z czystym sumieniem. To jest nasz głos tożsamościowy.

Ale druga tura to już zupełnie coś innego. To nie jest już czas na manifestowanie, kto nam się podoba, ani kto jest najbliższy naszej wizji świata. To jest moment, w którym trzeba przyjąć do wiadomości, że większość społeczeństwa już dokonała wstępnego wyboru. Dwóch kandydatów zostało wyłonionych i to się nie zmieni. Koło zostało wprawione w ruch.

W drugiej turze nie pytamy już siebie „kogo popieram?”, tylko: „która z dostępnych dróg będzie mniej szkodliwa?” Próbujemy przewidzieć, którą trasą to koło się potoczy i która z nich mniej rozjeżdża to, co jeszcze chcemy ocalić. 

To nie jest wybór „za kimś”. To jest wybór między dwoma scenariuszami - i tylko tyle, ale aż tyle.


Dlaczego „nie głosuję, bo protestuję” jest iluzją?

Niektórzy uważają, że niepójście na wybory to forma sprzeciwu. Że to komunikat: „nie zgadzam się na żadnego z kandydatów, nie akceptuję tego systemu”. Ale tu tkwi błąd - system nie czyta intencji. On widzi tylko liczby i jest tak ułożony, aby być odpornym na bojkot.

Twój brak udziału nie trafia do żadnego specjalnego rejestru z dopiskiem: „obywatel się buntuje”. Niska frekwencja nie sprawia, że wybory stają się nieważne. System odczytuje brak głosu jednoznacznie: „jest mi wszystko jedno”. Bo skoro miałem okazję wpłynąć na wynik, a nie skorzystałem - to znaczy, że jest mi obojętne, który scenariusz stanie się faktem. 

Druga tura to nie jest plebiscyt sympatii. To chłodna kalkulacja: która z opcji może okazać się mniej szkodliwa dla mojego świata wartości. Tu nie trzeba być entuzjastą żadnego z kandydatów.


Różnice między opcjami naprawdę istnieją

Wielu ludzi mówi: „to jedno i to samo”. „PiS i PO jedno zło”. Jest to pewne uproszczenie.

Owszem, w praktyce jedni jak i drudzy bardzo szkodzą Polsce. Jedni jak i drudzy drenują nasz kraj. Nawet metody i sposoby działania mają podobne - jednak narzędzia, których do tego używają są diametralnie różne!

Naprawdę nie chcę,  aby wyglądało to na agitację. Artykuł jest o tym, co naprawdę oznacza nieoddanie głosu, a nie o tym, na kogo głosować. Fakty są takie, że jedni bezpośrednio walczą z wartościami katolickimi, drudzy potrzebują tych wartości aby osiągać swoje polityczne cele - co także jest niemniej haniebne. Jedni grają na „wartościach europejskich” - drudzy na wartościach patriotycznych. Jedni używają sierpa tęczowego - drudzy używają kosy katolickiej. Jedni i drudzy, odpuszczają swoje wartości kiedy sie to opłaca. Pan Rafał oddaje flagę LGBT - Pan Karol mówi, że aborcja po gwałcie to wybór kobiety.

Fakt jest jednak taki, że w związku z tym narzędzia, narracja i tempo działań są inne, a dla nas oznacza to, że możemy próbować przewidzieć pewien ogólny bieg wydarzeń.

I tu pojawia się kluczowe pytanie: czy jedna z tych dróg jest bardziej bezwzględna wobec Twoich wartości? Czy jedna bardziej zagraża temu, co dla Ciebie ważne: mojej rodzinie, kulturze, przyszłości?

Jeśli odpowiedź brzmi „tak” - to właśnie w tej różnicy masz jeszcze pole manewru i to tutaj rozgrywa się sedno tego, czym jest głos w drugiej turze.


Czy naprawdę jest Ci wszystko jedno?

Ostatecznie wszystko sprowadza się do tego: czy niepójście na wybory oddaje to, co naprawdę czujesz i myślisz? Bo system - od którego jesteś zależny, czy tego chcesz czy nie - interpretuje to jednoznacznie: „zgadzam się na wszystko”. Warto więc zastanowić się i zapytać samego siebie: 

Czy naprawdę jest mi obojętne, kto wygra?

Bo jeśli odpowiedz to szczere „TAK”, zostanie w domu będzie spójne z tym co myślisz i jak najbardziej masz do tego prawo. Jeśli jednak jesteś gdzieś w głębi przekonany, że jedna z tych dróg jest bardziej niebezpieczna, że jedno z tych rozwiązań niesie więcej szkód - to zostanie w domu nie będzie aktem wierności ideałom. Będzie aktem sprzeczności z własnym sumieniem. Będzie przekorą nie wobec systemu, ale wobec siebie samego i wartości, które rzekomo są dla ciebie ważne.

Sam w pierwszej turze głosowałem na pana Grzegorza nie dlatego, że był kandydatem bez skazy, ale dlatego, że jako godny przedstawiciel wartości, które są mi najbliższe, dawał szansę, że one nie tylko przetrwają, ale może nawet zakiełkują w duszy tego narodu. Teraz, w drugiej turze, będę więc głosować na tego, kto w moim przekonaniu mniej tym wartościom zaszkodzi. Nie wybieram człowieka, tylko przewidywaną drogę, która daje większą szansę na przetrwanie moich wartości w społeczeństwie.


Nie jesteś poza wyborem. Jesteś w nim – czy chcesz, czy nie.

System nie zapyta Cię o motywy. Nie wyświetli Twojej intencji. Jeśli chcesz obalić ten porządek rzeczy, jeśli naprawdę chcesz się zbuntować - niepójście na wybory nie jest do tego narzędziem. To tylko iluzja działania, która w rzeczywistości niczego nie zmienia. System czyta to prosto: nie głosujesz - znaczy, jest ci obojętne jaki będzie wynik. A prawda jest taka, że pierwsza tura już zdecydowała, jakim autokarem jedziemy. W drugiej nie chodzi już o to, kogo lubisz. Nie pytają Cię, jakim busem chcesz jechać, bo ten już ruszył. Teraz pytają tylko: którą trasą ma jechać.

Czy jest ci to obojętne?

Dla katolika sprawa jest jeszcze prostsza - choć wcale nie łatwiejsza. Wybór między dwoma kandydatami, nawet jeśli żaden nie jest godziwą opcją, to nie kwestia wygody, ale odpowiedzialności. Papież Pius XII jasno nauczał, że w sytuacji dwóch złych opcji, naszym obowiązkiem jest wybrać to, co przyniesie mniej zła i da większą szansę na ochronę dobra.

Celowo nie wspominałem o tym wcześniej. Nie dlatego, że to mniej ważne, ale dlatego, że ten tekst nie powstał po to, by przekonać katolika, który i tak powinien wiedzieć, co należy zrobić. Napisałem go po to, żeby każdy, kto chce bronić zdrowego rozsądku w rozmowach z innymi - z rodziną, ze znajomymi, z tymi, którzy „nie chcą brać udziału w tej farsie” - miał w ręku konkretne argumenty. Bo czasem nie wystarczy wiedzieć, że coś jest słuszne. Trzeba jeszcze umieć to wytłumaczyć.

Komentarze