Szczęść Boże!
Od dłuższego czasu przychodzi mi myśl na którą odpowiedzi do końca nie znam pytania. Co ważne, jestem młodym zaręczonym pracującym mężczyzną.
Proszę wyobrazić sobie następującą sytuację: jutro z rana na terytorium Polski wjeżdzają wojska rosyjskie. Mam dwa wyjścia:
1) zostać w Polsce i walczyć
2) uciec z Polski
Pytanie brzmi: co jest słuszne?
Nie będę przedstawiał na razie swojej opinii, a także zalet i wad każdego z wyborów, bo nie chce jakby toku myślenia z góry. Czekam na Waszą odpowiedź co byście zrobili na moim miejscu.
Pozdrawiam z Panem Bogiem!!
Komentarze
Myślałem, że jestem jedynym człowiekiem, który ma takie przemyślenia... :)
Najprostsza metoda to niezawrazanie sobie tym głowy do przesady. Od razu mówię: wiem, że to ultra trudne dla człowieka, który żyje poważnymi tematami. Polityka czy tego chcemy, czy nie dotyka nas coraz mocniej. Ludzie mają jednak tendencję to czekania na apokalipsę, antychrysta, wielki ucisk, stan wojenny, wojnę itp. itd. Zapominają przy tym, że to praca nad duszą powinna być priorytetem, bo tu to i tak jest tylko na chwilę. Człowiek zajęty pracą nad duszą nie ma przesadnie dużo czasu na rozmyślanie o wojnach. Przynajmniej tak mi się wydaje i próbuję w sobie taki stan względnie wzbudzić. Oczywiście różnie mi to wychodzi...
Inna sprawa, że niestety perspektywa wojny w naszych czasach staje się coraz bardziej realna. Chciał nie chciał ignorować tego całkiem nie można. Mam swój taki czarny dowcip: "Jeśli jutro spadnie na mnie bomba atomowa to obym tylko w łasce uświęcającej wtedy był...". Przy okazji to taka dodatkowa motywacja, żeby tę walkę duchową jakoś mozolnie posuwać.
Też uważam, że niestety nie żyjemy w niepodległym kraju. Po kilku latach śledzenia polityki doszedłem do wniosku, że nasz kraj może uratować tylko Pan Bóg. Tylko w tym nadzieja. Samo podejście do ciężkich czasów trzeba roztropnie rozważyć i dopasować do swojego życia. Czy mogę oddać swoje życie jeśli jakiś obcy generał będzie chciał mnie posłać jako mięso armatnie? No raczej nie. Czy mam iść na jelenia piorącego gacie, kiedy dzieci zamożnych ludzi zostaną wykupione i będą się bawić w dyskotekach? Też tak średnio. Co mogę zatem zrobić?
Ja akurat mam rodzinę. Dla moich dzieci muszę być w jakimś stopniu przygotowany na ciężkie czasy. Trudno sobie wyobrazić okropieństwa wojny i ciężkich czasów komuś kto tego nie doświadczył. Jakbym żył samotnie to chyba jakoś bym potrafił takie cierpienia przekuć w swój własny "krzyż". Jednak jakbym widział głodujące i cierpiące dzieci to chyba by mi serce pękło. Dlatego jakieś sensowne przygotowanie "na wszelki wypadek" wydaje się wskazane dla odpowiedzialnego za rodzinę człowieka. Obycie z samoobroną to też nie jest zły kierunek. Wojna to nie tylko główny front, ale np. obrona rodziny przed grupami zbirów w biedującym kraju. Obycie z bronią nie oznacza, ze koniecznie trzeba jej użyć, ale brak obycia wiąże się z bezbronnością. Pan policjant już dzisiaj w większości przypadków spóźni się o 2 godziny, a co dopiero w czasach wojennego chaosu...
Natomiast ja ucieczki z kraju na ten moment nie biorę pod uwagę. Trzeba będzie cierpieć w niestabilnym kraju to trudno. Być może taka będzie wola Pana Boga, by nasz naród po raz kolejny wziął swój krzyż. Jakoś będzie trzeba sobie z tym radzić. Oczywiście jeśli sytuacja w kraju zrobiłaby się tak fatalna i jedynym wyborem dla ratowania rodziny byłaby ucieczka to zrobiłbym to. Św. Józef też uchodził do Egiptu. Tylko to już trudne. Rodzi się wiele pytań. Co mi z ucieczki do takiej np. względnie bezpiecznej Turcji jak nie miałbym tam dostępu do Kościoła. Ewentualnie do bezpiecznego kraju zachodniego, gdzie nie byłoby np. FSSPX, tylko gitary i tańce.
Nie ma złotych rozwiązań. Róbmy swoje i starajmy się być tymi "sprawiedliwymi" o których targował się Abraham. Jak znajdzie się nas trochę to może targi się powiodą i deszcz siarki, akurat Polskę ominie ;)
Tego Panu i sobie życzę i dziękuję za bardzo ciekawą aktywność na forum. Pozdrawiam i z Panem Bogiem!
Bóg zapłać Panu za tak głęboką odpowiedź. Bardzo wiele mądrych wskazówek.
Ja tylko dodam od siebie, że jakbym naprawdę uciekał to na pewno nie do żadnego kraju NATO lub kraju związanego z NATO jak Australia, Japonia, Korea (które i tak pewnie by miały w takim wypadku jeszcze gorszą wojnę z Chinami). W tym wypadku chyba by została tylko Afryka albo Ameryka Południowa, na pewno musiałby być to katolicki kraj - może np. Argentyna lub Chile - tam jest w miarę bezpiecznie biorąc pod uwagę realia Ameryki Południowej. Plusem Argentyny jest to, że jest tam już Polonia.
Z Panem Bogiem :)
Do mądrości to mi wciąż bardzo daleko ;)
Apropo mądrości i ucieczki. Na moim aktualnym etapie świadomości ciężko by mi było rozstać się z udziałem we Mszy Wszechczasów i z mądrością, która płynie z kazań księży FSSPX w moim przeoracie. Ogólnie jak już Pan Bóg mi dał łaskę, że niezasłużenie odkryłem gdzie jest prawdziwa nauka katolicka, to już do końca życia będzie to dla mnie wyznacznik dobrego miejsca do życia. Nieważne, że muszę teraz jeździć spory kawałek samochodem. Wiem po co jadę i zawsze czekam na to z utęsknieniem. Czasem sobie marzę, że w mojej parafii nastąpi kiedyś otrzeźwienie, ale na razie się nie zanosi.
Nie jestem jakimś szczególnym obieżyświatem i za bardzo nie wiem w jakim stanie jest prawdziwa religia katolicka w innych państwach. Żyjemy w czasach gdy ktoś kto się nazywa katolikiem może być jednym z największych orędowników aborcji itp. itd. Dlatego "kraj katolicki" to teraz już może być złudne pojęcie. Bazuję na informacjach Pana Dawida, niektórych portalach i czasem ktoś znajomy zna relację. Wszyscy dobrze wiemy, że raczej za różowo to nie jest. W Polsce też, ale tu jest jeszcze jakoś "znośnie". Ostatnio np. znajomy opisał mi fajnokatolicyzm w Hiszpanii z wszechobecną Komunią na rękę. Czy tam też mają swoją "oazę na pustyni" w malutkich kapliczkach tak jak ja mam tu w Polsce? Nie mam pojęcia i na razie wolę się nie przekonywać. Może w nowym kraju będę miał najbliższą kaplicę FSSPX np. 5h drogi. Albo nie będe miał dostępu wcale. To dopiero byłoby wyzwanie...
Idąc dalej. Nie wiem czy są takie państwa, które w obecnych czasach mogą czuć się bezpiecznie. Kierunki, które Pan przedstawia wydają się sensowne na pierwszy rzut oka. Z Europy może jeszcze dorzuciłbym Węgry jako kraj z jakimiś sensownymi perspektywami. Tylko czy tam odnajdę to co tu odnalazłem? Czy nie będę gnił w swoich bezpieczeństwie w tęsknocie za Mszą Wszechczasów i prawdziwą nauką katolicką? Nie mam pojęcia. Dlatego trzeba to roztropnie dopasować do swojej sytuacji i sytuacji w kraju. Może dla mojej duszy lepiej być jeszcze ze 2 razy na Mszy Wszechczasów i umrzeć śmiercią męczęńską niż uciec w świat i do końca życia umierać z tęsknoty? To trudne.
Ja już nie potrafię się odnaleźć na NOM. Czasem muszę tam być z powodu np. ślubu w rodzinie. Jestem na etapie wypracowania w sobie właściwych postaw w takich sytuacjach i może założe rozmyślunek na ten temat, żeby się dowiedzieć jak "ziomki" doradzą :)
Podsumowując, wydaje się, że chyba lepiej się skupić na swoim dążeniu do świętości niż na przejmowaniu się do przesady tymi "apokalipsami". Dzięki pracy świętych kapłanów oraz takim portalom jak ten Pana Dawida ziarenko wciąż będzie rozsiewane. Może kiedyś znowu będę mógł spokojnie iść na piechotę na Mszę Wszechczasów we własnej parafii... a może jutro spadnie mi na głowę bomba atomowa... i OBYM WTEDY BYŁ W STANIE ŁASKI UŚWIĘCAJĄCEJ. Przepraszam. Musiałem ;)
Z Panem Bogiem.
z Panem Bogiem, za to rozmyślanie też dziękuję 😊
Trudna kwestia. W pierwszej chwili przychodzi na myśl: oczywiście trzeba stanąć do walki w obronie Ojczyzny. Ale już po chwili zastanawiam się, walczyć? Tak, ale czym jeszcze możemy się bronić? Rządzący niefrasobliwie rozdali nasze zasoby militarne, nie patrząc, że rozbrajają kraj. Przecież Polacy nie mają prywatnej broni. Mamy rzucać kostką brukową we wroga? Przy zdecydowanej przewadze militarnej agresora, walka z nim stanie się praktycznie pójściem na pewną śmierć. Czy o to chodzi by wybić kolejne młode pokolenie? Nie sztuką jest głupio zginąć dla Ojczyzny, sztuką jest dla nie żyć i ją budować. Z drugiej jednak strony mamy poddać się bez walki? Ojczyzna to nasza tożsamość, ukochane miejsca, dom rodzinny, rodzina, znajomi, rodacy, ludzie, którzy tak samo kochają to, co nasze - polskie, którzy podobnie myślą, znają naszą historię i chcą następnym pokoleniom to przekazać. Czy możemy o to nie walczyć? Ucieczka przed wojną z punktu widzenia jednostki ma sens. Ocalone zostaje własne życie. I można je poświęcić dalej dla czynienia dobra, można tę "polskość" ocalić w tej mikro skali. Ta decyzja z punktu widzenia Polski jest jednak zła. Jeśli nie będziemy bronić Polski to Ona zniknie i może już na zawsze. Czy wtedy będziemy jeszcze mogli sobie spojrzeć w twarz? Stanisław Michalkiewicz odpowiadając na pytanie: komu potrzebna jest Polska mówi, że nam - Polakom. Modlę się by nie doszło do wojny. Mamy patrona św. Andrzeja Bobolę. Powinniśmy się do niego zwrócić o pomoc. Ale powinien to być zryw całego Narodu. A jaka jest kondycja moralna Polaków dzisiaj? Oj, coś wydaje mi się, że kiepska. Czy stać nas na taki narodowy, modlitewno - pokutny zryw? Cud nad Wisłą został wybłagany takim zrywem. Kościoły były wtedy pełne modlących się ludzi. Ale czy dzisiaj jest to możliwe?
Bóg zapłać za tak długą i głeboką odpowiedź! Na pewno kosztowała dużo czasu.
Myślę bardzo podobnie - chciałbym bronić ojczyzny. Tylko no właśnie czym i jak? Przecież większość młodych chłopaków by poszło do boju jako mięso armatnie bez wyszkolenia i bez broni.
Kolejną rzecz jest pytanie dla kogo by się miało walczyć? Dla "niepodległej" Polski? Przecież nasz kraj już teraz nie jest niepodległy, krajem rządzą w tym momencie szkodnicy, którzy niszczą nasz potencjał i demoralizują. Nie chciałbym walczyć o prawie że niemiecką kolonię, o kraj "świecki" i oddać swoje życie za Niemcy czy Francje w pewnym sensie dążące do wojny z Rosją. Nie chcę zostawiać ludzi którzy mnie kochają idąc niemalże na samobójstwo.
Z drugiej strony nie można patrzeć na to czysto fizycznie, nie można zapomnieć kto jest prawdziwym Królem i Królową Polski. Tylko czy zlitują się nad nami gdy większość narodu odeszła od Boga? To jest trudne - my będziemy się modlić, ale co z resztą narodu? Czy wystarczy nasza modlitwa?
Nawiasem mówiąc, dlaczego polski naród do dziś nie zmądrzał? Jest jak w Pieśni V Jana Kochanowskiego - Polak i po szkodzie głupi. Dlaczego Polacy nie widzą, że bez Boga tak naprawdę nie istniejemy? Biada tym Polakom którzy odeszli od Boga niczym Żydzi
Ma Pan rację, ważne jest jeszcze to za jaką Polskę mamy walczyć. Czy kolejny raz mamy walczyć dla czyichś interesów? Za waszą i naszą wolność (przy czym ta nasza wolność jakoś zawsze była na drugim planie, bo taki był układ polityczny, bo tak trzeba było)? Gdy przychodziło podejmować walkę Polacy dzielnie stawali do niej, mając nadzieję, że wywalczą dobro dla Ojczyzny, tymczasem ci, od których oczekiwaliśmy przynajmniej lojalności (nie mówiąc o wdzięczności i honorze) bez problemu dla własnych korzyści odwracali się od nas. Czy kolejny raz mamy przechodzić przez to samo? Czy mamy oddawać swe życie, bo nasi rządzący robią wszystko by wypełniać wolę (bynajmniej nie Narodu) - czyją wolę oni nam każą wypełniać?
Dokładnie.
Niech Pan Bóg zachowa nas od zdrajców...
Myślę, że warto się postarać o zaufany kontakt wysokiego szczebla, zadzwonić do niego i spytać czy warto. Bo zostawiać w kraju kwiat narodu tylko po to, żeby rzucić go na pierwszą linię frontu na przemiał, to na pewno nie jest patriotyzm. Odtworzyć naród można tylko z żyjących. Wystarczy nam już martyrologii i kultu porażek.