Polityka z X, dlaczego Mentzen nie poprze Brauna

16.02.2025
Pan Dawid na platformie X rzucił w eter pytanie dlaczego Sławomir Mentzen nie wycofa się z wyścigu o pałac prezydencki i nie przekaże swojego poparcia Grzegorzowi Braunowi. Traktowałbym to pytanie jako balon próbny, bo rzeczywiście reakcje ludzi w jakimś stopniu mogą być pouczające, ale Pan Dawid podkreślił, że pyta na 100% poważnie, dlatego zdecydowałem się odnieść do tego pytania.

I Dlaczego miałby?
Postawienie takiego pytania mogą uzasadniać chyba tylko dwa przekonania.
Pierwsze, że obaj Panowie mają bardzo zbliżony lub tożsamy program, kompatybilne elektoraty i ich rywalizacja jest niepotrzebnym rozbijaniem głosów, które można zsumować. Mogłoby się wydawać, że skoro jeszcze do niedawna szli ramię w ramię w ramach Konfederacji, to tak zaiste może być. Niestety jest to błędne mniemanie, każdy z tych punktów jest nieprawdziwy. Program owszem, pozornie ma wiele punktów stycznych, ale w praktyce różnice są głębokie, a jeszcze głębsze równice w przywiązaniu do swojego programu. Elektoraty jak się okazuje potrafią być zgoła dla siebie wrogie - sam się zastanwiałem czy pójdę do wyborów poprzeć SM i raczej byłem na nie. No i w konsekwencji te elektoraty się na pewno nie zsumują, tym bardzij o żadnym efekcie synergii czy premii za jedność można zapomnieć. Dlatego ja uważam, że w tym wypadku dwie kandydatury są mimo wszystko lepsze niż jedna.
Drugie przekonanie, że Sławomir Mentzen uważa Grzegorza Brauna za równie dobrego lub lepszego od siebie kandydata, i potrafi wielkodusznie zrezygnować ze swoich ambicji i przekazać mu swojego poparcia. To chyba nie wymaga komentarza, wszystko temu przeczy.

II Różnice środowiskowe
Trzykrotnie w moim życiu, pod wpływem impulsu, że trzeba jakoś się zaangażować, zbliżałem się do lokalnych struktur politycznych. Dawno dawno temu do UPRu, później do KNP, niedawno do KKP. Pozwoliło mi to trochę zajrzeć za kulisy.
Środowisko upeerowskie oceniam najgorzej. Ludzie z przerostem ambicji, lubujący się w jałowych sporach wewnętrznych, gotowi do upadłego walczyć, byle tylko swoje położyć na wierzchu. Często o bardzo odległych poglądach, od wojujących antyklerykałów po katolickich konserwatystów. W KNP było trochę lepiej, ale ludzie nadal byli tam na wskroś pragmatyczni w złym sensie tego słowa, rozgrywki wewnętrzne dominowały, nieczyste zagrania między frakcjami to codzienność, walka o władzę. Ludzie porządni też byli, i owszem, ale bez siły przebicia.
Nie przypadkiem JKM nieustannie zakładał nowe partie. Przecież sam chcąc grać demiurga opowiadał o kulisach prawyborów, gdzie wbili nóż w plecy Dziamborowi, czy jak później promował Wilka, chcąc ograć Karinę Bosak. A to tylko dwa przykłady z brzegu. Jest charakterystyczne, że sam lider tego środowiska traktował działalność polityczną w pewnym stopniu jak rozrywkę intelektualną, jak partię szachów. Mając własne obserwacje oraz relacje z najbliższego otoczenia korwinowskiej wierchuszki mogę śmiało napisać, że są to ludzie o wątpliwej moralności i cynicy. Zwrócić proszę uwagę, że liderem środowiska przez dekady był człowiek dość swobodnie podchodzący do przysięgi małżeńskiej. Aktualnie zastąpił go człowiek, przy okazji zostawiając mu nóź w plecach, kojarzony głównie z sukcesem materialnym, który ostatnią kampanię do parlamentu sprowadził właśnie do dobrej rozrywki - piwko, dobra fura i grill. I bardzo licznie stoją za tym środowiskiem właśnie ludzie, którzy też tak myślą - niech państwo pozwoli nam pracować, bogacić się i wygodnie żyć a do reszty niech się nie wtrąca. Proszę przypomnieć sobie jakie ostatnio poparcie w drugiej turze miał Trzaskowski wśród osób popierających Bosaka. I że niektórzy politycy Korwiny wprost poparli RT. Proszę spojrzeć na woltę polityczną, którą wykonał Dziambor. Proszę pamiętać o Wiplerze i Tyszce.
Wreszcie poznałem ludzi z KKP, i to jest inny świat. Świat rozsądnych katolików, dający pewną nadzieję. Ludzi o dużo wyższych standardach, ale dla odmiany mniej licznych, mniej medialnych, mniej skutecznych politycznie, rzekłbym nawet mniej zaradnych. Bo i świat polityki, w którym wygrywa się mocnymi łokciami, ze swej natury musi cierpieć na deficyt ludzi prawych czy skromnych.
I te różnice między środowiskami znakomicie widać aktualnie.
Pójście GB własną drogą uruchomiło dwie grupy - pierwszą, która na SM by nie zagłosowała i z entuzjazmem przyjęła wiadomość o starcie GB, oraz drugą, która rozbrat GB z konfederacją przyjęła z entuzjazmem, bo widzą świat jak Ryś, Warzecha, albo jeszcze wielu innych, dla których GB jest szkodnikiem, albo ze względu na formę, albo ze względu na treść. Jako dość świeży użytkownik platformy X jestem mimo wszystko zaszokowanym liczbą obelg ciskanych tam między użytkownikami, ale również sympatycy SM i GB sobie tych obelg nie szczędzą. A osoby znające realia panujące w samej Konfederacji też muszą widzieć, że ta wzajemna niechęć od szczytu po doły struktur jest obecna. GB został z Konfederacji w sposób celowy, skutecznie wypchnięty.

III Złudne przeświadczenie
o tym, że stoimy przed dziejową szansą. Przekonanie to jest po obu stronach. Z jednej, że GB jest dla nas niepowtarzalną okazją, by sprawę polską pchnąć do przodu (i ja się przychylam do przeświadczenia, że prędko drugiego takiego Niebiosa Polsce nie ześlą). Owszem, modlę się, by stał się cud, ale z drugiej strony mam świadomość, że Opatrzność wiele nam już dała i być może więcej ponad tę chorągiew, pod którą możemy się skupić, nie dostaniemy. Z drugiej podniósł się lament, że GB wbił nóż w plecy, bo SM już był prawie w drugiej turze i w zasadzie to zaraz by ją wygrał, gdyby tylko GB murem za nim stanął. Dla mnie to mrzonki. Ale gdyby nawet okazało się, że złagodzenie przekazu, pójście szeroko przyniesie sukces wyborczy, to przecież to jest najlepsza droga do powtórzenia scenariusza zachodnich chadecji. Owszem, władzę może i będą mieli, ale którz ich dzisiaj odróżni chadeka od socjaldemkraty.

Ba, powiem więcej. Gdyby nawet Grzegorz Braun został prezydentem, byłby to dopiero pierwszy zdobyty przyczółek na długiej wojnie, żaden sukces per se. Problem jest ustrojowy, jest nim demokracja. Wystarczy poczytać trochę sympatyków PiSu, lewicy czy Koalicji. Smutek człowieka ogarnia. Ale lektura zagorzałych konfederatów pokazuje, że jest w tym środowisku tylko trochę lepiej. Postawienie GB na czele naszego społeczeństwa nie uleczy go z dnia na dzień (a na pewno wzmoży manifestację Złego u opętanych).

IV Podsumowując
Poparcie GB przez SM lub odwrotnie w praktyce jest bez znaczenia. Problem jest z jednej strony ustrojowy - ludzie NIGDY nie będą dość mądrzy, by mogli w swej masie decydować o losach państwa. Problemem jest demokracja i jej natura. Zawładnięcie ludzką świadomością jest w tym złym ustroju metodą sprawowania władzy. Dlatego szkoły, uczelnie, wydawnictwa, kultura, media, socialmedia, NGOsy, itp. itd. To wszystko ludziom formatuje umysły tak głęboko, że jest tylko jedna siła, poza interwencją Bożą, która może ten proces powstrzymać - Kościół. I tu mamy prawdziwy problem. Obejrzałem ostatnią rozmowę kard. Rysia w PCh24 i to jest źródło prawdziwego smutku. "Ostatnia nadzieja białych", która zawodzi. Jeśli my jako społeczeństwo będziemy prawi, władzę też będziemy mieć prawą. Tylko tyle i aż tyle.
Dlatego docenić trzeba wszelką aktywność sanacyjną, leczącą ludzkie serca i umysły. Ukłony dla Pana Dawida za tę platformę, za pracę jego i jego zespołu.  Wierzę, że to jest właściwy kierunek. W polityce trzeba być, zaznaczać naszą obecność, Bogu dzięki za GB,  jego Pobudkę i zaangażowanie w sprawy publiczne. Walczyć trzeba w pierwszej kolejności o dusze i panowanie Chrystusa Króla w naszych domach, reszta przyjdzie, kiedy Pan Bóg zechce.

Komentarze