Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Stare chińskie przysłowie mówi "obyś żył w ciekawych czasach". Wiele wskazuje, że nam przyszło w takich żyć. Niektórzy, co bardziej odważni po znakach upatrują, że mogą to być nawet czasy apokaliptyczne. Warto zatem przezornie trzymać porządny zapas oliwy, utrzymywać ogień w lampie i wypatrywać przyjścia Pana Młodego.
"Czuwajcie, bo nie wiecie w którym dniu Pan wasz przyjdzie".
"(...) bądźcie gotowi, bo o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie."
Nie mam absolutnie na celu nikogo straszyć. Po prostu sygnalizuję, że z pewnością w kontekście Życia Wiecznego lepiej skoncetrować się bardziej na sprawach duchowych, a nie sprawach tego świata. Mam z tym osobiście wielki problem i nieustannie staram się nad tym pracować. Nie umiem tego w pełni wyważyć. Zwłaszcza martwię się o los bliskich, Polski i rodaków. Tak trudno to wszystko przezwyciężyć. W książeczce Tomasza a Kempisa "O naśladowaniu Chrystusa" można przeczytać wielokrotnie - porzuć sprawy tego świata to wtedy w pełni odnajdziesz Pana Boga. Zaprzyj się samego siebie, a wtedy przejrzysz na oczy.
Sprawy tego świata nas wciąż przygniatają i wielu osobom absorbują praktycznie cały czas. Nieprzyjaciel robi co może, żeby nas poprowadzić prostą autostradą na zatracenie. Z pewnością Kościół Walczący nie ma łatwego zadania.
Dziś mamy pierwszy piątek miesiąca - szczególny dzień modlitwy do Serca Pana Jezusa. Śpiewamy przepiękną pieśń:
"O Zbawcza Hostio, godna czci. Co lud do niebios wiedziesz bram. BÓJ SROGI NĘKA WIERNYCH CI. Daj siłę, pomoc ześlij nam."
Chyba bardziej dobitnie nie da się powiedzieć, gdzie my priorytetowo powinniśmy zwracać o pomoc w naszym "srogim boju" na tym ziemskim padole?
Zaraz zaraz. Ja miałem coś tam napisać o Donaldzie Trumpie. Jest sporo osób, które doznało wielkiej i niepanowanej euforii z powodu Donalda Trumpa i "cudów", które on ostatnio wyprawia. Upatrują w nim niemal "zbawienia" świata, po szopkach które odprawiali jego poprzednicy. Już nic nie trzeba z siebie dawać, bo wszystko załatwi Donald Trump. W całym tym "olśnieniu" absolutnie nie dopuszczają możliwości, że może być tu wielkie ZWIEDZENIE. Widzą tylko pozytywy, a za nic nie chcą dostrzegać zagrożeń.
Tymczasem człowiek ten już zdążył zamanifestować chęć deportacji umęczonych Palestyńczyków do Egiptu i Jordani. Zdążył już zaprosić jako pierwszego gościa Białego Domu zbrodniarza wojennego wg wyroku Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadzie. Po wizycie tego "zbrodniarza" zadeklarował, że Stany Zjednoczone wejdą i zrobią porządek w Strefie Gazy. Można nawet zobaczyć jak temu "zbrodniarzowi wojennemu" krzesło przysuwa, kiedy ten ma usiąść.
Ambasadorem w Polsce został natomiast Thomas Rose - wg portalu wolnosc24 - ortodoksyjny Żyd, ale też zagorzały syjonista. "Znany z silnie proizraelskich poglądów. W ostatnim czasie publicysta zabierał głos w sprawie Polski na platformie X, krytykując rząd Donalda Tuska za grożenie aresztowaniem premiera Izraela Benjamina Netanjahu oraz chwaląc prezydenta Andrzeja Dudę za przekonanie Tuska do zmiany decyzji. Gratulacje dla Andrzeja Dudy za uniknięcie rozłamu w stosunkach USA-Polska i stając w obronie Polski, przekonując Donalda Tuska do cofnięcia tej okropnej decyzji – pisał 9 stycznia."
Kto wie... może jeszcze zatęsknimy za Dżordżettą, bo z nią to były tylko igraszki.
Zaznaczam. Ja nie wiem na ile Donald Trump jest trzymany za gardło, a na ile robi to wszystko z premedytacją. Nikt z nas tego nie wie. Bardzo polecam podchodzić do tych spraw na chłodno - owszem cieszyć się, że są jakieś pozytywne zmiany w niektórych sferach, ale zauważać też wielkie zagrożenia "na drugą nóżkę".
Warto też się zastanowić się czy przypadkiem nie lepiej porzucić tę tematykę dla dobra duszy. Mówią "nieważne, że nie interesujesz się polityką, ale polityka interesuje się tobą". Tylko czy to ma wielkie znaczenie w kontekście naszej duchowej walki?
Ostatnio powróciłem ponownie do interesowania się polityką, ale mam mieszane uczucia. Dlatego, bo w pewnym kandydacie upatruję jeszcze jakiejś nadziei dla naszego umęczonego i upodlonego państwa. Drażni mnie też ta wszechobecna przesadna "euforia" na prawicy po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta. Wszystko to sprawia, że z jednej strony jest to strata czasu, a z drugiej strony bez polityki i "obudzenia narodu" nie odzyskamy przecież nigdy niepodległości naszego kraju.
Tak cięzko roztropnie wyważyć czas pokładany na sprawy duchowe i sprawy tego świata...
Komentarze
Mam tak samo. Wewnętrzny głos podpowiada mi, żeby na czas Postu odciąć się od tych negatywnych treści. Jeszcze się jednak waham, bo inny głos zarzuca mi, że nic nie będę wiedzieć. A wybory... Ale tak jak pan napisał, czy ta "wiedza" przyczyni się do mojego rozwoju duchownego? Czy mnie przybliży do Pana Boga czy oddali? Już widzę, że oddala...
Właśnie można to określić takim dylematem.
Co jest lepsze dla mnie, dla mojej rodziny i dzieci, dla mojej społeczności, dla mojego narodu? Każdy z nas musi to przemodlić i CODZIENNIE oddawać te sprawy Panu Bogu. Myślę, że prędzej czy później znajdzie swoją właściwą drogę.
Poszedłbym trochę dalej. Dla samej "wiedzy" raczej nie warto się w to wszystko angażować. Cóż z tej wiedzy zwykle wynika? Przeważnie nic specjalnego i pożytecznego. Już kiedyś żartowałem, że odkąd się dowiedziałem, że pierwsza dama Francji z wielkim prawdopodobieństwiem ma jaja jakoś niewiele to na moje życie wpłynęło.
Tutaj chodzi o coś więcej niż tylko "wiedzę". Jeśli patrzymy na to przez pryzmat walki o nasze państwo, o świadomość rodaków i przyszły los naszych potomków wygląda to już zgoła inaczej. W jednym z ostatnich programów Pan Dawid mówił o tym, że w końcu ma takiego kandydata na prezydenta dla którego chętnie pobiegłby "z szabelką". Ja też tak mam, choć nie wiem czy są tu jakiekolwiek szanse na sukces. Tak jak Pan Dawid mówił też bym wolał mieć czołg lub 1000 dronów, ale nie mam. Zażartowałbym w czarnym stylu, że wszystkie pojechały na Ukrainę.
Mogę jedynie dorzucić tę swoją marną szabelkę...
Trzeba od czegoś tę odbudowę zniszczonego państwa zacząć, a być może pozostawienie tych nielicznych bojowników samych sobie sprawi, że zostaną skazani na sromotną porażkę. Dziś mogę jeszcze spokojnie pójść na Mszę, ale kto wie co będzie jutro? Może dziś powinienem wzmożyć swoje działania by mi tego nie zabrali? Może wszyscy powinniśmy?
Już kryzys klimatyczny w ramię pokazał jak łatwo nas spacyfikować i podporządkować.
Jeden z kolegów "Korwinowców" krytykował Grzegorza Brauna za słynne wywalenie choinki z sądu. Generalnie jest przeciwko wszyskim "herezjom" z bombek, którymi byla "przyozdobiona". Po prostu twierdził, że takie zachowanie nie przystoi. Spytałem go: Czy ty miałbyś jaja chociaż wyrzucić jedną bombkę? Zaniemówił.
Tak jest zawsze. Każdy jest mocny w ciepłym fotelu i kapciach przed monitorem swojego komputera, ale w realnych działaniach jest już znacznie gorzej.
My świadomi Katolicy stajemy przed dylematem. Czy wyłącznie zamknąc się w czterych ścianach, okopać się, modlić, oddać obowiązkom stanu, pracować nad swoją duszą i uświęceniem.
Czy jednak mamy też obowiązek dorzucić do tego element walki o nasze państwo, bo być może to jest dla niego i rodaków chwila dziejowa?
To już jednak musi każdy przemodlić i zdecydować ostatecznie sam, bo i sam będzie potem odpowiadał za to przed Panem Bogiem.
Z zasadniczą tezą – co do Trumpa - się zgadzam, ale o tym później. Odnośnie tego czy jest sens zajmować sobie głowę polityką; czy też może należałoby więcej czasu poświęcić na rozwój duchowy – uważam, że to fałszywa alternatywa. Owszem, celem naszego życia na ziemi jest Bóg, ale czy Pan Bóg udzieli nam swej łaski, gdy nie będziemy wypełniać naszych ziemskich zadań? Zadań, do których nas powołał? A jeżeli odpowiedź na to pytanie powinna być twierdząca, to czy można nie interesować się w ogóle rzeczywistością i nie zawracać sobie głowy polityką rozumianą po arystotelesowsku jako troską o dobro wspólne? Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie wezwanie, że nie należy przesadnie zajmować się polityką. A w szczególności, gdy czynimy to ze szkodą dla rozwoju duchowego.
Szczególnie dziwnie brzmi mówienie o tym, że szkoda czasu na politykę w ustach kogoś, kto jednocześnie wierzy w demokrację. Kto wierzy, że zwykli ludzie mają realny wpływ na to kto nimi rządzi (od razu zaznaczę, że tej myśli nie adresuję pod adresem konkretnej osoby – to taki ogólny wniosek). Jak można bowiem dokonywać wolnych wyborów będąc ignorantem?
Zupełnie inną kwestią pozostaje to, że nawet wykazując zainteresowane polityką, w dzisiejszych czasach bardzo ciężko rozeznać kto, co i jak. Poprzestawanie wyłącznie na tym co dany polityk deklaruje (mówi), czy też na informacjach kolportowanych przez mainstreamowe media, nie pozwoli na należyte rozeznanie rzeczywistości. Ustalenie gdzie leży prawda jest trudne, gdyż nie istnieje jedno źródło, które pozwoli na uzyskanie odpowiedzi na wszystkie pytania, w każdej dziedzinie. Dodatkowo ludzie mają tendencję do utożsamiania się z partiami/politykami. Jak już postawią na jakąś partię, to będą za nią obstawać do upadłego. I to nawet jeżeli ta partia będzie realizowała jawnie sprzeczne postulaty z tymi, które deklarowała. Skrajną postacią takiej postawy jest szantaż sprowadzający się do twierdzeń: „Jesteś przeciwko Nawrockiemu to znaczy, że popierasz Trzaskowskiego” czy „Nie idziesz na wybory? Nie chcesz zagłosować na Trumpa? To znaczy, że popierasz Harris”. Takim odpowiadam z reguły pytaniem: kogo poparliby w 1941 r. gdy III Rzesza atakowała ZSRR?
Z powyższym wiąże się kolejna zasadnicza kwestia. Uważam, że istotną cechą dzisiejszych czasów jest to, że za sprawą zakłamanych mediów, są nam przedstawiane fałszywe alternatywy. Jest to działanie o tyle skuteczne, że ludzie żywią przekonanie, iż naprawdę o czymś decydują; że naprawdę – przynajmniej w dniu wyborów - mają władzę nad politykami. Jest to szczególnie ciekawe w przypadku tych, którzy jednocześnie mają świadomość w czyich rękach OD WIELU LAT są główne media, popkultura, kto ma władzę nad kreacją pieniądza, kto zarządza najpotężniejszymi na świecie megakorporacjami, czym jest wolnomularstwo a także jaki wpływ na naszą codzienność mają proglobalistyczne organizacje, planujące do przodu w wieloletniej perspektywie, jak CFR, Grupa Bilderberg, Komisja Trójstronna czy WEF. Dlaczego ciekawe? Ano dlatego, że często odrzucają całkowicie hipotezę, że te partie różnią się wyłącznie prezentowaną retoryką, która dopasowana jest do wyborców. Doprawdy trudno o lepszy przykład niż „Polska Morawiecka” by wykazać, że nie ma znaczenia kto rządzi – agenda globalistyczna posuwa się do przodu.
I po tym przydługim wstępie – kwestia Trumpa. Jak wspomniałem - zgadzam się z zasadniczą tezą autora artykułu, że mamy do czynienia z quasi obłędem. Nie wiem co z życia osobistego tego człowieka, z jego działalności biznesowej i celebryckiego zaangażowania sprawia, że ludzie pokładają w nim nadzieję dla świata. A w szczególności dla Polski!? Mam tu na myśli realne działania, a nie deklaracje. Choć w jego przypadku i same deklaracje są – mówiąc oględnie - wątpliwe.
Wśród katolików kluczowy bywa argument dotyczący uchylenia wyroku SN w sprawie Roe vs Wade (24.06.2022). Mnie on nie przekonuje z kilku powodów.
Po pierwsze - zło nie może czynić wyłącznie zła, bo zostałoby zdemaskowane. Tymczasem żeby podtrzymać ułudę demokracji trzeba się czasem jakoś zalegendować w „prawym elektoracie”. Nie trzeba chyba przekonywać, że od działań jawnie wrogich/lewackich skuteczniejsze są działania dwuznaczne. Dlatego politycy zagospodarowujący prawą stronę muszą czasem prawemu ludowi rzucić jakiś ochłap.
Po drugie – o czym wielu zdaje się nie pamiętać – uchylenie Roe vs Wade spowodowało jedynie przekazanie stanom decyzji o wprowadzaniu regulacji dotyczących składania ofiar Molochowi. Myślę, że argumentem przemawiającym za moim sceptycznym podejściem, jest także łącznie większa liczba aborcji przeprowadzonych w USA w 2023 w stosunku do tych z lat 2020-2022 https://www.guttmacher.org/fact-sheet/induced-abortion-united-states Dlatego z dużą rezerwą podchodzę do informacji o tym ile istnień udało się ocalić wyrokiem z 24.06.2022 r.
Po trzecie – przy okazji listopadowych wyborów prezydenckich w USA mieszkańcy dziesięciu stanów uczestniczyli więc w referendach aborcyjnych. W siedmiu opowiedzieli się "za", a tylko w trzech wygrali przeciwnicy aborcji. Czy w chwili gdy decydowano o uchyleniu Roe vs Wade pomocnicy Molocha mogli mieć świadomość, że komplikacje z tego wynikające nie będą dolegliwe i długotrwałe? Ja odpowiadam twierdząco.
Po czwarte – zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że Trump jest politykiem który jest gotów powiedzieć wszystko. Osoby śledzące kampanię prezydencką pamiętają zapewne jego wolty w tej kwestii. Dla tych co nie pamiętają – przypominam artykuł red. Grzegorza Górnego https://wpolityce.pl/swiat/705340-dlaczego-trump-zmienil-zdanie-w-sprawie-ochrony-zycia
Przy okazji tego artykułu chciałbym zwrócić szczególną uwagę na cytowaną przez red. Górnego wypowiedź aktualnego wiceprezydenta J.D. Vance’a zwanego „katolikiem” oraz wspomnienie pasma referendalnych klęsk ruchu pro-life po uchyleniu wyroku Roe vs Wade.
Na deser, po piąte – w „Sprawkach” swego czasu wspomniano o książce, którą wydała miesiąc przed wyborami prezydenckim przekatolicka małżonka prezydenta Trumpa, Pani Melania Trump. Zaprezentowała w niej stanowisko w przedmiocie aborcji, którego nie powstydziłaby się inna przekatoliczka Nancy Pelosi i przeczcigodny Joe Biden. I tak na marginesie – media pisowskie dość oszczędnie o tym informowały. Przypadek? Nie sądzę.
Całokształt powyższych okoliczności sprawia, że jakkolwiek oczywiście dobrze, że wyrok uchylający zapadł, skłaniam się ku opinii, że było to wydarzenie, które miało na celu odwrócenie uwagi, zalegendowanie Trumpa pośród prawicowych wyborców i pogłębienie podziałów między Amerykanami. Czyli w istocie to bardzo podobna sytuacja do tego co mieliśmy w Polsce jesienią 2020, gdy zapadł wyrok TK w sprawie aborcji. Czy nieprawdopodobne jest, iż taka była wówczas cena pomocników Molocha za to, aby Polacy zamiast zjednoczyć się przeciwko covidowo-locdownowemu zamordyzmowi, zaczęli sobie skakać do oczu? Tak działa w praktyce "dziel i rządź".
Na koniec zaznaczę, że „argumenty chabadowo-syjonistyczne” dotyczące Trumpa są dziś chyba powszechnie znane, więc pozwolę je sobie pominąć.
Ufff. Myślałem, że to tylko ja mam tendencję do rozpisywania się.
Co do części pierwszej wypowiedzi zasadniczo się zgadzam. Trzeba jednak parę spraw uściślić.
Matka wielodzietnej rodziny nie będzie miała możliwości zajęcia się szeroko pojętą polityką. Ma ważniejsze zadania i robi przecież tak wiele dla dobra wspólnego. Jednocześnie poprzez dobrą realizację swoich obowiązków stanu wzrasta w rozwoju duchowym.
Z kolei młody człowiek wchodzący w dorosłość ma dużo wolnego czasu, więc może oddać się np. roznoszeniu ulotek lub zostaniu wartościowym zapleczem politycznym od czarnej roboty. Wystarczy, że ma ku temu trochę chęci i woli walki o ideały.
Są też osoby, które mają w swoim życiu sytuację pośrednią. Załóżmy że mówimy tutaj tylko o osobach, które pretendują do optymalnego wykorzystania swojego czasu. Inaczej mówiąc - nie trwonią zbyt wiele swojego czasu na głupstwa. Co będzie lepsze? Zajęcie się szeroko pojętą polityką, czy może poświęcenie czasu swoich dzieciom, co będzie potem miało ogromny wpływ jakimi będa ludźmi w przyszłości.
Grzegorz Braun w ostatnich wywiadach mówił, że nikt nie wróci mu tego czasu, który poświęca na politykę. Ten czas jest czasem zabranym jego rodzinie. To są naprawdę trudne wybory. Wymagają tak wiele poświęcenia.
Ja za młodu też kiedyś zaangażowałęm się politycznie w lokalne wybory. Na swoje ugrupowanie ciężko pracowałem przez kilka miesięcy. Myślę, że była to merytoryczna i bardzo dobra kampania dla ludzi. Oponenci jednak zastosowali inne metody. Wpuścili w lokalną społeczność informację z fałszywymi plotkami. Do kolportowania tej informacji wykorzystali środki publiczne. Zamiast merytorycznych spotkań z mieszkańcami postawili na dżemy z wizerunkiem kandydata i grilla z kiełbasą. Jaki był finał? Kiełbasa wyborcza, dżem i kłamliwe plotki zdeklasowały mojego merytorycznego kandydata. Jaki z tego morał?
Polityka to brudna gra. W wielu przypadkach można się załamać i zdołować. W prawdziwą ideową politykę niewiele osób chce wchodzić. Do jej robienia potrzebne są szerokie kadry, dobra strategia, specjaliści i pieniądze. Od kliknięcia serduszka w Internecie nic na lepsze się nie zmieni. Trzeba oddać swój cenny czas często kosztem innych ważnych dla siebie rzeczy. Nie każdy jest na takie poświęcenie gotowy.
-----------------------------------------------
Co do drugiej części. Ze wszystkim się zgadzam. Mógłbym jeszcze dodatkowo wrócić do Donalda Trumpa i do tego jak miał wybawiać świat od Deep State jako Qanon w 2020 r., ale już wszystkim oszczędze. Pozostanę przy swojej zachęcie do ostrożnośći i brania wszystkiego "na obie nóżki".
Serdecznie pozdrawiam
Trump 447 czas spłacić haracz. Co nie znaczy że nie ma dobrych pomysłów.