Jak już wielokrotnie powtarzaliśmy, modernizm nie bierze jeńców oraz nie pozostawia żadnego aspektu religii katolickiej nietkniętym. Usiłuje wypaczyć i wypłukać z katolickości każdy element naszego życia.
Omawialiśmy chociażby pojęcie miłosierdzia, przez wypaczenie którego doprowadzono nawet najbardziej letnich katolików, do przekonania, że jakoś to będzie, Pan Bóg jest miłosierny, a tym samym zapomniał już dawno o swoim drugim przymiocie - sprawiedliwości. Natomiast na tym modernizm nie poprzestaje. Na wypadek, gdyby jednak któryś katolik dopuszczał jeszcze, że grzech to sprawa poważna, a zbawienie nie jest "prawem człowieka", modernizm, jakby na wszelki wypadek, wypacza w świadomości człowieka pojęcie grzechu. Myślę, że nie przesadzę, jeżeli powiem, że ogrom katolików do niedawna całą ludzką grzeszność miał już w swoim wyobrażeniu zawężoną do spraw cielesnych. Do niedawna.
Mój Drogi Czytelniku, szybki test: czy umiesz teraz z pamięci wymienić 7 grzechów głównych? Daj sobie 20 sekund...
Pycha
Chciwość
Nieczystość
Zazdrość
Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu
Gniew
Lenistwo
Ale przecież jasnym jest, że Bogu tak naprawdę chodziło o sprawy łóżkowe, prawda? I to "jasnym" do całkiem niedawna, dziś już nie. Ma miejsce potężna ofensywa, w której nawet otwarcie homoseksualni kapłani dopuszczeni są do nauczania, a kardynałowie mówią o "niewykluczaniu" nikogo, a skoro nazywanie czegoś grzechem śmiertelnym jest wysoce nieinkluzywne, ogrom katolików na zachodzie spraw czystości również raczej już nie łączy z moralnym życiem katolickim.
Do czego więc sprowadzono grzech? Skoro najpierw słowo grzeszność zawężono do problemów z czystością, a następnie nieczystość zrehabilitowano (i już jakby grzechem nie jest), to jakie jest dziś wyobrażenie wielu katolików o grzechu?
Czy przesadzę, jeżeli napiszę, że jest to, szeroko rozumiane BYCIE NIEMIŁYM?. Coraz więcej katolików na pytanie: czy grzeszysz, wydaje się odpowiadać: oczywiście, nie zawsze jestem życzliwy i miły. Mówię tu o katoliku letnim, katoliku bezkrytycznie zanurzającym swój rozum w lepkim syropie modernizmu. Według niego Pan Bóg chce, żeby on był dobry, czyli miły.
Zapytajmy taką osobę czy skłamała, jest chciwa, nie zachowała umiaru w jedzeniu i piciu, a może była leniwa? Napotkać można często nierozumiejące spojrzenie, wydające się mówić: "czy my żyjemy w średniowieczu?. Przecież to wszystko są takie ogólne wskazówki, żeby pomóc mi być dobrym, czyli uprzejmym i miłym, czy nie"?
No nie.
Grzech ciężki jest czymś potwornym, ponieważ powoduje utratę łaski uświęcającej. Jest niewątpliwie największym nieszczęściem człowieka, ponieważ powoduje śmierć duchową i zerwanie przyjaźni z Bogiem. To jest duchowe spustoszenie, totalna duchowa pustynia.
Często pojawia się dziś pytanie - po co straszyć ludzi? Czy nie można skupić 100% sił na nauczaniu o tym co dobre? Coż za przewrotność. Jest to jak nauczanie o zdrowiu przy jednoczesnym wypaczeniu czu wręcz zupełnym przemilczeniu pojęcia choroby. Jak można pragnąć zdrowia nie mając świadomości choroby?
Czy wypaczanie lub przemilczanie tematu grzechu zupełnie nie pozbawia człowieka możliwości przyjęcia Tajemnicy Odkupienia jako centralnego elementu ich życia? Byłbym skłonny argumentować, że to dziecinne wręcz nauczanie o grzechu i jego widzialne bagatelizowanie, leży u podstaw niezrozumienia Mszy Świętej czy choćby akceptacji przyjmowania Komunii Świętej na rękę.
Nie da się traktować poważnie (czyli właściwie) religii katolickiej bez świadomości opłakanego stanu w jakim jest każdy grzesznik.
Mój Drogi Czytelniku, co o tym sądzisz? Czy gdzieś przesadzam? Czy coś uprościłem?
Komentarze
To ja może dam cytat z książeczki Abp Levebvre'a.
"Czyściec przedsionkiem nieba
(...) Bez wątpienia niektóre dusze mogą iść po śmierci prosto do nieba. Rozstrzyga o tym Bóg. Ale my zbyt dobrze WIEMY O SOBIE, ŻE JESTEŚMY GRZESZNIKAMI. Dlatego prawdopodobnie będziemy musieli się oczyśćić, pozostając przez jakiś czas w tym przedsionku nieba (...), obmyć tam nasze dusze, które muszą stać się czyste i doskonałe, aby mogłby spotkać Tego, który jest prawdą, piękne, doskonałością, świętością, i aby mogły przebywać w towarzystwie aniołów (...)"
Ja osobiście nie ukrywam, że zrobiło mi się bardzo ciężko po przeczytaniu tego, bo sobie jeszcze bardziej uświadomiłem jakie było moje podejście do tej pory. NIE MA TARYFY ULGOWEJ!!! Jeżeli taka osoba jak arcybiskup (o której wielu ma przekonanie, że jest już Świętym) twierdzi, że czeka go czyściec, to co ze mną? Modernistyczne podejście do grzechu przez długi czas trzymało mnie w tym "uśpieniu", że grzech to nie grzech. Teraz już podchodzę do tego inaczej. Wiem, że każdego, nawet najmniejszego grzechu mogę potem bardzo żałować. Dalej jestem grzesznikiem, ale przynajmniej potrafię to trochę lepiej diagnozować. To nieustanna praca nad sobą i poznawanie siebie. Nie ma usprawiedliwiania się lub odkładania, że zacznę od jutra...
Myślę, że poruszył Pan ważny temat. Człowiek żyjący w XXI wieku zapomniał czym jest grzech. W średniowieczu były ważne trzy hasła: memento mori, ars moriendi i asceza. Wszystkie te hasła zwracały uwagę na to , co czeka nas po śmierci, czyli Sąd Boży. Starano się więc tak żyć, aby zasłużyć na niebo. Bano się grzechu i dlatego korzystano ze wszystkich skarbów, jakie są wciąż obecne w kościele katolickim.
Uważam, że to zapowiedź świetnej i bardzo potrzebnej świadomym katolikom serii. Bardzo za to dziękuję. Dzisiejsza rozprawka o pierwszym grzechu pychy przypomniała mi kazanie księdza Najmowicza na temat Św. Piotra i wydarzeń nad jeziorem Genezaret. Po krótce streszczając Pan Jezus nakazał Piotrowi zarzucić sieci, ale ten za pierwszym razem wykazał się grzechem lenistwa. Wpierw zamanifestował, że nie ma chęci tego robić. W końcu te sieci zarzucił. Znacznie ciekawsza jest druga część historii. Św. Piotr po dokonanym cudzie mówi "Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny". Całe życie myślałem, że jest to właściwa postawa i piękna pokora przed naszym Zbawicielem. Nawet w nowych komentarzach biblijnych można poczytać o tym jakiż to Św. Piotr był wtedy bogobojny. Jakżeż było moje wielkie zdziwienie, gdy usłyszałem, że Św. Piotr wykazał się tu fałszywą pokorą. Czyli taką odmianą pychy o której mówi Pan Dawid w najnowszej sprawce. Można przegiąć w samozachwycie, ale można też przegiąć w drugą stronę. Św. Piotr przerażony tym cudem miał czelność w tej sytuacji mówić Panu Bogu co ma robić. Chyba to można właśnie określić "fałszywą pokorą". Ostatecznie Św. Piotr zwyciężył, bo całe te bogactwo z połowu całkowicie porzucił i poszedł za Panem Jezusem. Niewiele brakowało, a mógł w tej sytuacji zbłądzić. Wg mnie pycha to jedno z najsilniejszych narzędzi szatana. Z jednej strony zachęca do tego, żeby się mądrzyć, wywyższać, karmić własne ego i udowadniać swoją wartość. Z drugiej strony może wpędzić w poczucie beznadziei, bezsilności i braku chęci do działania. Pychę jest ciężko diagnozować. Zwłaszcza gdy sam "modernistyczny" Kościół nie tłumaczy katolikom jak właściwie do tego grzechu podchodzić.
Bez przesady - pamiętać to pamiętam. Kiedyś się to zakuwało przed Pierwszą Komunią, itd. Moim zdaniem problem jest inny: nie tłumaczy się, na czym te grzechy polegają.
Np. gniew. Kiedyś myślałem, że wkurzyć się to grzech. A potem czytam Pismo Święte, a tam Pan Jezus albo jakiś prorok się rozgniewał i - wpadam w dysonans poznawczy.
Albo zazdrość. A potem czytam w Piśmie, że Pan Bóg mówi ,,jestem Bogiem zazdrosnym''. I znowu mózg mi się wyłącza. Taak, lepiej to wszystko brać tak na uczucie, bo rozumem się nie ogarnie...
A może właśnie o to chodziło???
Podsumowując: myślę, że wielu katolików zna te grzechy, ale hasłowo, bez zrozumienia NA CZYM ONE POLEGAJĄ. I tu jest problem.
Trzeba szukać dobrych wyjaśnień od wartościowych kapłanów.
Na temat gniewu np. tutaj jest doskonałe kazanie księdza Najmowicza.
https://www.youtube.com/watch?v=GPu7nhJb_cU
Dziękuję, teraz to mniej-więcej się orientuję. Ale w podstawówce, kiedy mnie o tym uczono?
Inna rzecz, że teraz łatwiej do takich materiałów dotrzeć, wtedy o YT nikomu się nawet nie śniło...
Kościół, gdy nie będzie nauczał tak, jak Jezus Chrystus naucza, nie będzie już Duchowi Świętemu potrzebny i zniknie. Czy brak powołań nie jest zapowiedzią tego?
Zostanie tylko Kościół katolicki - ten wierny nauce Zbawiciela. Tam powołania są i rośnie ich liczba.
Poddawać się nie można i trzeba próbować, żeby ten prawdziwy Kościół rósł w siłę i ratował jak największą liczbę dusz ;)