Współczesne błędy w nauczaniu przesiąknięte są czymś, co nazwałbym "duchowym pacyfizmem". Ludzi uczy się, że katolik nie walczy, chyba, że wewnętrznie, ale i o tym usłyszeć można coraz rzadziej. Na zewnątrz natomiast ma być "braterstwo" i "jedność". Nie chodzi jednak o właściwie rozumianą katolicką jedność, ale jedność z całym światem.
Nauczanie takie ma wielorakie skutki. Co bardziej krewkich katolików wprowadza w poczucie winy; chcieliby zawalczyć, ale przecież to nie przystoi. Tych bardziej tchórzliwych uspokaja - oto nagle ich nieumiejętność postawienia się złu staje się... cnotą. Oto są, po prostu, mniej prymitywni niż katolicy, którzy z kimś walczą. Z czasem jedynym przeciwnikiem, z którym katolik - duchowy pacyfista jest gotowy walczyć jest... katolik krewki, wyrazisty, otwarcie sprzeciwiający się złu. Dla duchowego pacyfisty "w porządku" są wszyscy, z wyjątkiem, katolików walczących. Ci są solą w oku świata, a co za tym idzie, również duchowych pacyfistów. Katolicy walczący czemuś zaprzeczają, czemuś się stawiają, zabierają głos i, o zgrozo!, coś oceniają. Jakże to, według duchowego pacyfisty, niechrześcijańskie.
O jakiej walce mowa? O walce wiary z niewiarą. O walce katolicyzmu z antychrystem. O walce kultury z antykulturą. O walce z tą potężną rewolucją niewiary, która nie tylko pochłania swoje dzieci, ale też, za wszelką cenę, chce pochłonąć i nasze. Katolicyzm to światło, kultura, fundament cywilizacji europejskiej. To na gruncie katolicyzmu wyrosło na przykład równouprawnienie kobiety z mężczyzną (nie mylić z postulatami pseudo-feminizmu). To wiara stworzyła podwaliny dla wiedzy, sztuki i kultury dwóch tysiącleci. Wiarę symbolizuje wspaniałość katedr w zestawieniu z ohydą tzw. architektury współczesnej. Wiarę symbolizują malowidła i rzeźby Michała Anioła w zestawieniu z widelcem przyklejonym do ściany w wykonaniu tzw. artysty współczesnego. Szatańskimi i zbrodniczymi musimy nazywać wszelkie dążenia zaślepieńców by podkopywać wiarę w Boga nie tylko u siebie, ale przede wszystkim u innych. Pływają oni w duchowym i rozumowym szambie, ale zamiast z niego wychodzić, robią wszystko, żeby reszta pływała z nimi. A duchowy pacyfista - sam nie chce, (czy to z powodu tchórzostwa czy lenistwa), podjąć pod sztandarem Chrystusa walki z szatanem i przyczyniać się do ratowania dusz i nie chce też, żeby robili to inni, bo wzbudza to u niego dyskomfort porównawczy.
Nie jestem duszpasterzem, a wszystko co piszę poddaję pod ocenę - czy my katolicy nie musimy walczyć? Najpierw wewnętrznie, żebyśmy dzięki pobożności i praktykom religijnym zapałali ogniem wiary i aby sprawy Boga i Jego Królestwa były jak najbliższe naszym sercom. A następnie na zewnątrz, w imię Boże, walczyć póki starczy sił, żeby rewolucja niewiary rozbiła się o Kościół. Jak walczyć? Nie sposób wymienić sposobów, każdy tam gdzie jest postawiony. Oczywiście wpierw są obowiązki stanu i troska o swoje życie duchowe. Ale jest też sprawa większa. Sprawa wspólna. Sprawa katolicka. Zacząć można od wspierać działaniami i finansowo tych katolickich dzieł i inicjatyw, które uważamy za pożyteczne. Poza tym - zawsze stawać w obronie prawdy. Nigdy nie wstydzić się swojego katolicyzmu i nie zważać na szydercze spojrzenia ofiar niewiary.
Z kim jest ta walka? Z fałszywymi ideami i z bezbożnictwem. Z człowiekiem, z tego co rozumiem, raczej nie należy walczyć, chyba że poprzez zdecydowany opór, gdy nastaje na wartości. Na ludzi bezbożnych patrzę jak na ofiary własnego ateizmu - największego okrucieństwa jakie człowiek sam sobie może wyrządzić. Gdy jednak usiłuje wyrządzić je również społeczeństwu, w tym naszym dzieciom, trzeba się ocknąć i podjąć z tym walkę zanim będzie za późno.
Nie dajmy się już usypiać duchowemu pacyfizmowi.
Komentarze
Myślę, że dało się już odczuć, że na obecnym stanie swojej świadomości nie jestem wielkim fanem Novus Ordo Missae. Są osoby w środowisku Tradycji, które uważają, że trzeba to "zaorać". Dla mnie to brzmi za ostro, bo przy całej delikatności tematu kojarzy się z jakimś burzeniem kościołów. Zwłaszcza laikom i niedoinformowanym. Zdecydowanie lepsza taktyka to wyławiać stamtąd osoby i wtedy samo się będzie naprawiać. Staram się rozmawiać z innymi katolikami na ten temat jeśli przejawiają jakieś zainteresowanie. Z reguły bez wielkich sukcesów, ale zostaje taka nutka zainteresowania. Zawsze zachęcam, żeby sami poszli na Mszę Wszechczasów i się przekonali na własne oczy. Zostawiam to ziarenko. Może tak jak niegdyś ja otrzymają łaskę by tam w końcu trafić. No właśnie
Tylko jak mają zobaczyć Mszę Wszechczasów, skoro sam Kościół spuścił ją do przykościelnych kaplic? Po Traditonis Custodes pilnuje się, żeby przypadkiem ktoś się nie dowiedział, że coś takiego istnieje... Ja miałem szczęście, że w sąsiednim mieście "podziemna" MW się jeszcze ostała. Tam byłem pierwszy raz i potem już zacząłem jezdzić do Bractwa Św. Piusa X. Moim zdaniem FSSPX dwoi się i troi, żeby katolik Mszę Wszechczasów miał. Wg mnie to święci i oddani sprawie kapłani. Tylko przeciętny katolik od razu ma obawy jak o takim Bractwie słyszy. Spacer do swojej parafii jest przecież przyjemniejszy niż wyszukiwanie odległych kaplic jakiś dziwnych "schizmatyków". Z drugiej strony wyraźnie widzę, że w samym środowisku tradycyjnym często da się odczuć usprawiedliwanie NOM. Nie masz MW to idz na NOM i też będzie git.
Z takim podejściem być może będziemy niebawem na NOM skazani... ZAWRÓĆMY! W głowie od jakiegoś czasu tli mi się szalony pomysł o roboczej nazwie "Zagaj proboszcza". Kiedy odnalazłem Mszę Wszechczasów siłą rzeczy musiałem porzucić rodzinną parafię. Próbowałem rozmawiać o soborze, ekumenizmach, błogoslawieniu sodomii, Komunii na rękę itp. itd., ale nie było woli by się w to zagłębiać. Teraz myślę czy nie wrócić... tylko już z pismem z prośbą do biskupa, że bardzo bym chciał spacerem chodzić nie na NOM, a Mszę Wszechczasów. Wiem, to szalone i nie ma prawie żadnych szans na powodzenie. Tylko od czegoś trzeba zacząć. Czy są tu osoby, które w ramach walki o MW razem ze mną sporządziłyby takie pismo? Skoro Kościół tak chętnie dostosowuje sie w wielu miejscach do sodomitów to może i dostosuje się do starego i nudnego tradycjonalisty. Gdyby się okazało, że biskupi takich pism dostają tysiące to kto wie...
Kilka miesięcy temu byłem u kapłana (nie proboszcza, może to błąd) w swojej parafii i dostałem taką odpowiedź, że miejsca w których będzie odprawiana MW już są nie do poszerzenia i musiałaby być zgoda biskupa lub papieża (nie pamiętam, choć zgoda papieża to wątpię bo on się raczej nie zajmuje takimi pojedynczymi przypadkami w skali światowej).
Druga sprawa to to że to też musiałoby współgrać z Bractwem FSSPX mając na myśli konkretne miejsce. Są miejsca gdzie MW odprawiają miejscowi księża, redemptoryści lub inne zgromadzenia. Nie ma wtedy gwarancji co do katolickiej nauki z ambony, a tego nie wolno pominąć. Ja wybieram FSSPX. Redaktorze Dawidzie, jeśli możesz dodaj dwa słowa, ten temat poruszaliśmy ;)
Pozdrawiam
Bardzo dziękuję za te działania i podzielenie się doświadczeniami. Po zajrzeniu do Traditionis Custodes rzeczywiście jest taki artykuł:
Art. 3. W diecezjach, w których dotychczas jest obecna jedna lub więcej grup celebrujących według Mszału sprzed reformy z 1970 r., biskup:
§ 6. niech zatroszczy się o to, by nie zezwalać na tworzenie nowych grup.
O ile dobrze to rozumiem biskup ma być nieprzychylny tworzeniu nowych grup związanych z MW i uniemożliwianie tego. Na zasadzie powolnego gotowania żaby pozostawiono jakieś "ochłapy" w przykościelnych kaplicach, żeby przypadkiem się gdzieś bardziej nie rozlało. Przerażający krok. Strach pomyśleć co zostanie wymyślone dalej dla dobra "jedności" Kościoła.
Prawnie jest jak jest, ale wydaje mi się, że nie przeszkadza to w zamanifestowaniu "posoborowiu" przywiązania do Mszy Wszechczasów. Mocno się waham czy dać święty spokój proboszczowi mojej rodzinnej parafii, czy może jednak go trochę pomęczyć. To wyświęcony kapłan, więc nie chcę popaść w jakąś pychę lub przemądrzałość. Wiem oczywiście, że dzięki Bogu zawsze mam ostoję w postaci FSSPX, ale jak inaczej walczyć o pozostałe dusze tkwiące w szeroko pojętym modernizmie? Od biedy mam też prawie pod domem jedną właśnie z tych "podziemnych" kaplic i tam staram się na start kierować tych, których namawiam. Jeśli poważnie podchodzą do wiary to samo zetknięcie się z MW powinno wystarczyć.
Uczciwie mówiąc to takie pomysły tlą mi się w głowie od niedawna. Muszę to wpierw dobrze przemyśleć, żeby był z tego jakiś pożytek...
Sam z własnego doświadczenia wiem, że samemu, na własną rękę nic się nie zdziała żeby zaszczepić tak głęboką wiarę w Boga i Bogu oraz Miłość do Niego i rozumne postępowanie jak np. wybieranie MW zamiast NOM. Myślę, że powinniśmy się modlić w jedynej słusznej intencji tj zbawienie, oczywiście w odniesieniu do żyjących ale także do dusz czyśćcowych by jak najszybciej były zbawione. Oddawajmy wszystko Trójcy Przenajświętszej i nie martwmy się ponad tyle ile pomoże nam się to przez miłość do bliźniego zmotywować do modlitwy, postu czy jałmużny w intencji tych osób, siebie samego czy wogóle wszystkich ludzi.
Z jednej strony byłoby pyszne gdybym powiedział, że mam dużą wiarę, że Bóg istnieje. Z drugiej zaś mam za sobą namacalne spotkanie z demonem w momencie kiedy zostałem wyrwany z grzechów śmiertelnych w tym uzależnień przez PRAWDOPODOBNIE Boga (no napewno przez Niego bo wszystko na to wskazuje). Czuje się trochę jakbym był tym co włożył palec w ranę Jezusa. Przepraszam jeśli zbyt mocnych stwierdzeń użyłem lecz chcę przekazać, że nie mogę pominąć pewnych epizodów z życia i wiem również po tytm co się dzieje praktycznie każdego dnia po dzień dzisiejszy w moim życiu że ta perfidna bestia jest tak inteligentna i tak przebiegła że my duuużej większości jej haków na nas nie dostrzegamy i prawie że nie da się nie upaść a jedynym sposobem żeby wstawać jest Jezus Chrystus obecny w Sakramentach, zdrowa nauka Chrystusowa, oddawanie czci Jemu w MW i głoszenie Jego królestwa.
Módlmy się do Dobrego Boga o miłosierdzie dla każdego (jak w Koronce do Bożego Miłosierdzia) a przede wszystkim dla siebie i bliskich, do Maryji o matczyną opiekę i wstawiennictwo do Boga, do osobistych aniołów stróżów, do Archaniołów, do Świętych o pomoc. Nawet jeśli ten bliski nie będzie uczestniczył w MW to nie jest wykluczone że Bóg wysłucha nas i się spotkamy w Niebie wtuleni w naszego Tatusia.
Rodzi się to pytanie: co ja mogę z siebie dać, by działać? Jak zmierzać do bycia gorącym, a nie ciepłym? Wydaje się słusznym, że wpierw trzeba zacząć od siebie. Kiedy już widzę "belkę" we własnym oku, to próbuję ją wyjąć i nieustannie staram się trenować w sobie pokorę i ujarzmiać pychę. W dużym skrócie: pracuję wpierw nad sobą i swoją relacją z Panem Bogiem. Kiedy już widzę te śmieci na własnym podwórku i próbuję je posprzątać to mogę się pokusić o zerkanie na inne podwórka. Wpierw z najbliższego otoczenia. Zależy mi na tych osobach, więc logiczne, że chcę ich Zbawienia. Po tym jak już sam coraz więcej rozumiem muszę się nauczyć jak wskazywać innym właściwy kierunek. To bardzo trudny i delikatny temat, bo do każdego trzeba podejść indywidualnie. Łatwo się też zniechęcić, bo efekty są często odwrotne od zamierzonych. Wzorem niech będzie Św. Monika, która 18 lat walczyła a nawrócenie swojego syna. Pracuję nad sobą, drążę skałę w najbliższym otoczeniu i co dalej? Pojawia się multum możliwości. W ramach wdzięczności przejawiam np. aktywność na stronie "Igi Świątek" szeroko pojętego środowiska Tradycji. Internet z całym swoim brudem jest coraz większym zgorszeniem ludzkości, ale tu jest sens. Już sama myśl, że są też inni, którzy prowadzą tę arcytrudną batalię buduje. Warto też wspierać takie dzieła finansowo. Co dalej? Chciałbym, żeby ta myśl była osobno, więc przepraszam, ale napiszę 2 posty obok siebie.