Ostatnio ustaliliśmy jaką odpowiedź lepiej podawać dziecku, gdy pyta dlaczego ma wykonać polecenie rodzica. Odpowiedzią tą jest "bo rodzic tak każe", a nie najlepsze nawet uzasadnienia swojego polecenia i przekonywanie dziecka, że warto to zrobić. Dziś, mój Drogi Czytelniku, chcę podzielić się z Tobą swoim wyobrażeniem o roli rodzica w wychowaniu dziecka. Choć role te będę przypisywał czasem ojcu, a czasem matce, należy na role te patrzeć całościowo i rodzić wychowujący dziecko samotnie musi usiłować, najlepiej jak to możliwe, spełniać obie te role.
Do czego porównałbym dziecko? Czy do plasteliny, którą rodzic od najmłodszych lat może formować w przeróżne kształty? To porównanie do mnie nie przemawia, gdyż bardzo wiele cech naszego dziecka jest poza naszą kontrolą, o czym świadczy fakt, że w tej samej rodzinie można spotkać dzieci zupełnie różniące się od siebie temperamentem, charakterem, mentalnością czy zainteresowaniami. Z pewnością rodzic nie spełnia tu roli Boga i niedobrze, gdy przypisuje sobie pełen wpływ na to, jakie będzie dziecko. Czy zatem dziecko jest jak modelina? Raz zastygnie i nie da się już zmienić niczego? To jest moim zdaniem obraz jeszcze dalszy od prawdy niż ten pierwszy.
Do czego zatem proponuję porównać dziecko? Do rzeki. Lub do strumyka, który z każdym dniem coraz bardziej staje się rzeką. Strumyk, rzeczka, rzeka, będą dokądś płynęły. Na to, że będą płynęły rodzic nie ma wpływu, natomiast ma wpływ na to dokąd. Naszym zadaniem jest wyznaczanie i umacnianie brzegów oraz usuwanie - a przynajmniej nie stawianie - zapór rzecznych. Idealnym stanem jest silny nurt rzeki, który przez wrodzoną wolę życia rwie coraz szybciej do przodu, jednak między wyznaczonymi i wzmocnionymi brzegami. Czym są te brzegi rzeki? To zasady. Zdrowe, katolickie zasady, których to brzegów rzeka nie przekracza, nie rozlewa się na boki, nie opuszcza koryta rzeki i nie traci swojego nurtu.
Wyznaczenie, zbudowanie i wzmocnienie tych brzegów to zwykle rola ojca. Płyń wartko nurcie, ale między brzegami, które ojciec ustanowił i trzyma. Gdy brak ojca, brzegi te musi określać i trzymać mama. Gdy brak jest tych brzegów, rzeka rozlewa się na boki i zamiast rwącego nurtu mamy rosnącą kałużę. Brzegi muszą być skonstruowane tak, by nurt rzeki był optymalny. Jest oczywiste, że niedobrze ustanowione zasady spowodują, że zamiast brzegami będą zaporą, tamą i wtedy nurt naszej rzeki zostanie zakłócony, po czym znajdzie jakieś ujście i zacznie wylewać na boki. Powiedzieliśmy, że wyznaczanie i trzymanie brzegów rzeki to raczej rola ojca. A jaka w tym rola matki? Matka troszczy się o to, żeby źródło rzeki nie wyschło. Nie będzie silnego nurtu, jeżeli źródełko będzie biło słabo.
Ja często tak widzę swoje dzieci. Płyń wartko nurcie. Mama troszczy się o to, żeby źródło biło coraz mocniej. Tato stawia brzegi, co zamienia cieknącą, rozlewającą się w kałuże wodę w rwący potok. Mój Drogi Czytelniku, napisz w komentarzu, czy przemawia do Ciebie porównanie dziecka, młodzieńca, a potem młodego dorosłego do strumyka, rzeczki i rwącego potoku oraz porównanie zasad wpojonych przez rodzica do brzegów rzeki. Czekam na Twój komentarz.
Komentarze
Zgadzam się w 100 % z tym porównaniem.
Mam za to pytanie, co w sytuacji jeśli ktoś nie miał taty od 2 roku życia i czuje że w życiu dorosłym ma wiele niespełnionych celów/powołań, ponieważ nie było w życiu kogoś kto by ukierunkował tą osobę lub pokrzepił w dążeniu do celu?
Mówię tu o sobie ;)
Dopiero w życiu dorosłym zauważyłam że jestem trochę jak owca we mgle. Bardzo pomagają mi książki przedsoborowe np. kształcenie charakteru lub kazania tradycyjne które nijako pokazują jak i gdzie powinna ta rzeka płynąć.
Może macie jakieś rady lub spostrzeżenia co powinna czynić osoba wychowana bez ojca?
Z Bogiem:)
Nie zgodzę się z tą najlepszą odpowiedzią "bo rodzic tak każe". Może ona być tylko najlepszą w tym sensie, że najważniejsza, ale musi być też poparta innymi argumentami, które co prawda jako mniej ważne są również konieczne. Ponieważ można wtedy zbudować w dziecku przeświadczenie, że wszystko co rodzice każą wynika z ich autorytetu, ale broń Boże nie z racji. Wtedy wychowamy albo bezwolną istotę, która nie będzie znała racji dlaczego tak czynić a nie inaczej, a jedynie autorytet (tak jakby Bóg nie popierał swojego autorytetu racjami rozumowymi), albo totalnego opornika.
Ciekawe porównanie. Jednak ja dam 2 nieco przeciwne cytaty:
„Dajcie mi dziecko, nim skończy siedem lat, a pokażę wam mężczyznę” św. Ignacy z Loyoli
"Dajcie mi dziecko spłodzone przez dowolną parę rodziców i dajcie mi pełną kontrolę nad środowiskiem, w jakim będzie ono wzrastać – a sprawię, że wyrośnie na wybitnego uczonego, artystę, politycznego przywódcę, czy też, jeśli tylko będę tego chciał, zostanie pospolitym przestępcą." John Watson. Amerykański psycholog prekursor nurtu behawioryzmu.