BRUDNA KAŁUŻA MODERNIZMU

24.04.2025

Statystyczny katolik XXI wieku wychowywał się w Kościele przesiąkniętym modernizmem. Wielu wciąż mówi: o nie, ja nie, my mieliśmy bardzo pobożnego proboszcza, a ja źle reaguję na nadużycia liturgiczne, więc mnie jakoś modernizm ominął. Tymczasem wszystko to odnosi się do objawów choroby, a nie samej choroby.

Czy ktoś zarażony jest jakimś wirusem jest kwestią zero-jedynkową. Albo patogen jest w organizmie, albo go nie ma. I nie ma znaczenia, że jeden organizm reaguje stanem podgorączkowym, a inny jest rozpalony, kaszle, krwawi i się dusi. Albo wirus jest, albo go nie ma. Czy umysł katolika zarażony jest modernizmem jest kwestią zero-jedynkową. Jedynie objawy mogą być inne. Gdy zmysł wiary jest większy, objawy są lżejsze i trudniej zauważalne. Gdy zmysł wiary jest słabszy, pojawiają się klauny na Mszach. Ludzie dość często uważają, że modernizm to objawy. U nas w parafii nie ma gitar basowych na Mszach więc u nas nie ma modernizmu. A nasz Ksiądz celebruje zreformowaną liturgię z wielką starannością, więc u nas nie ma modernizmu. Tymczasem, jak już mówiliśmy, to są objawy. Choroba jest głębiej i jest czymś trudniej dostrzegalnym.

Czym jest ta choroba? Kiedy umysł zarażony jest modernizmem? Zawsze wtedy gdy dopuszcza odejście od doktryny choćby o milimetr. Reszta to objawy. U jednego nastąpi przekonanie, że Prawda Objawiona dawana jest człowiekowi na bieżąco i że sporo w tej kwestii jeszcze przed nami. Inny dopuści subiektywizm w religii - wiesz, każdy to przeżywa inaczej, na wszystko można patrzeć z różnych stron. To prawda, że na wszystko można patrzeć z różnych stron i że różni ludzie mogą zupełnie inaczej przeżywać katolicyzm, ale chodzi o to, że w katolicyzmie wszyscy patrzymy, nawet jeżeli z różnych stron, dokładnie na to samo. Różnice mogą pojawić się w ujęciu istoty, ale nie w samej istocie. W katolicyzmie wszystko jest JEDNO, w modernizmie od razu pojawia się brak spójności. Co więcej, umysł zarażony modernizmem, jeżeli ma skłonności do pychy (a kto ich nie ma!), zaczyna uważać, że dwuznaczności i nieokreśloności są przejawem dojrzałości i szerokości spojrzenia, podczas gdy ci, którzy widzą JEDNO i TO SAMO i mówią TAK TAK, NIE NIE, to są ludzie twardogłowi i zamknięci.

Obcując całe życie z katolicyzmem modernistycznym, czyli nie-katolicyzmem, przeżywałem intelektualne katusze. Naprawdę wtedy musiałem przyjąć, że niezrozumiałość jest miarą wiary. Im bardziej ktoś jest w stanie przyjąć, że możliwe są jednocześnie dwie sprzeczne ze sobą tezy, tym bardziej on jest WIERZĄCY, a ja taki młotek, ciągle albo-albo. Pamiętam też, z jakim trudem przyjmowałem wtedy, że TEOLOGIA jest, uwaga, NAUKĄ. Teolog to był ktoś, kto opisuje jakieś w miarę spójne ze sobą tezy, ale nie ma problemu jeżeli inny teolog opisze inne, w miarę spójne ze sobą tezy, ale już niespójne z tym co mówił tamten. Piękna mi nauka. Tymczasem po odkryciu, że to co znałem to nie katolicyzm ale modernizm, i że katolicyzm ma 2 tysiące lat a modernizm kilkadziesiąt i że katolicyzm jest dla rozumu tym czym krystalicznie czysta woda dla spragnionego organizmu... bardzo odżyłem. Teraz mój rozum nie jest gwałcony.

Modernista zapyta: to co, objąłeś rozumem całą wiarę? To pytanie to jest kwintesencja tej intelektualnej brei. Nie, drogi modernisto, rozumem całej wiary nie objąłem, ale nie natrafia on na sprzeczności. Podobnie jak nie objąłem rozumem całej matematyki, ale umiem rozpoznać matematyczne błędy na niższym lub średnim poziomie. Spójność nauki katolickiej z rozumem nie polega na tym, że całość łatwo zmieścisz w rozumie. Każdy ma zresztą rozum innej pojemności. Ale żaden rozum, mniejszy czy większy, nie napotka w nauce katolickiej rozumowej sprzeczności. To jest coś przepięknego i zachęcam każdego, żeby nie pić wiedzy katolickiej z brudnej kałuży ale z górskich źródeł krystalicznie czystej wody.

Czyli jakich? Przedsoborowych.

Tagi: modernizm

Komentarze