DZIECI NA MSZY TRYDENCKIEJ

12.04.2025

Chciałbym dziś, mój Drogi Czytelniku, podzielić się z Tobą wspomnieniem jakie mam z pierwszych kontaktów moich dzieci z Mszą Tradycyjną. Historia ta jest tak wyrazista, że może wydać Ci się naciągana, jednak zaświadczam, że tak właśnie było.

Przed pierwszym zabraniem dzieci na Mszę Tradycyjną chodziliśmy na tzw. Mszę dla dzieci. Najmłodsze z moich dzieci w trakcie tej około 45-minutowej Mszy średnio trzy razy pytało mnie cicho: "Tato, długo jeszcze?". Było to dla mnie źródłem wręcz poczucia winy, że pomimo starań nie umiem nastawić swojego dziecka tak, żeby raz w tygodniu przez te 45 minut przeniosło się myślami w sferę nadprzyrodzoną. Drugie z moich dzieci nachylało się czasem do mnie w trakcie Mszy by zapytać o coś niezwiązanego z tym co dzieje się na Mszy. I znowu próbowałem tłumaczyć, nakłonić je by przez ten krótki czas starało się być myślami tu i teraz. A mowa jest o Mszy gdzie Ksiądz dwoił się i troił by było jak najbardziej dla dzieci, łącznie z wielkim misiem siedzącym w prezbiterium i wesołymi piosenkami śpiewanymi przez dzieci do mikrofonów.

Trafiłem na Mszę Tradycyjną i po pierwszym razie powiedziałem żonie: "Jest tak jak myślałem, że będzie". Chodźmy wszyscy w niedzielę. Poszliśmy. Msza śpiewana. Godzina i dziesięć minut. Najmłodszy jeden raz zapytał: "Tato, ile jeszcze". Od kolejnej niedzieli nie zapytał już ani razu. Wkrótce były święta Wielkiej Nocy i Triduum. Nie pamiętam już co skłoniło mnie, żeby zabrać dzieci na liturgię wielkoczwartkową, w każdym razie nie tylko je zabrałem, ale pojawiłem się 10 minut przed rozpoczęciem by napotkać kaplicę wypełnioną wiernymi, z których wielu już stało, gdyż ławki były zajęte. Rozbolała mnie głowa - oto mój synek ma stać? Powiedziałem do obu synów: "Panowie, stoimy, to moja wina, nie wiedziałem, że trzeba być z wyprzedzeniem", po czym postarałem się skupić na liturgii i nie myśleć cały czas o moim stojącym najmłodszym i ile razy pewnie zapyta mnie "Tato, jak długo jeszcze?". Nie zapytał ani razu. Wróciliśmy do domu. Żona zapytała najmłodszego: "Długo, co?" A on na to: "Długo, ale czego się nie robi dla Pana Boga". To nie były słowa, które słyszał od nas. Jeszcze kilka tygodni temu na tzw. Mszy dla dzieci, pytał kilka razy "ile jeszcze", a teraz chodzi po domu i z rodzeństwem śpiewają "Dominus vobiscum", naśladując księdza.

Od tamtej pory minęło kilka lat i ani jeden raz żadne dziecko nie dało po sobie poznać znużenia czy rozkojarzenia w trakcie Mszy. Do dziś nie wiem czy jest to reakcja na zachowanie innych wiernych, którzy zachowują się na Mszy Tradycyjnej inaczej, czy też reakcja na samą liturgię, która jest czymś pięknym, czy wreszcie - ku czemu się skłaniam - jest to reakcja na sacrum w tej liturgii obecne. Ta historia wydarzyła się naprawdę i nie jest tylko o moich dzieciach, ale też o statystycznym dziecku obecnym na Mszy Tradycyjnej.

Komentarze