NA ROCZNICĘ ŚMIERCI ARCYBISKUPA

25.03.2025

Zawsze gdy ktoś w komentarzach lub w kontakcie bezpośrednim mówi mi, jak beznadziejnie widzi wszystko dookoła, szczególnie jak trudno mu do czegokolwiek przekonać zarówno znajomych progresistów jak i letnich katolików, przypomina mi się fragment biografii arcybiskupa Lefebvre'a, którego 34. rocznicę śmierci dziś obchodzimy.

Gdy zacząłem chodzić na Mszę Tradycyjną do Bractwa, czułem się w obowiązku dowiedzieć się kim był Arcybiskup którego nazwiskiem straszyło się w mojej młodości dzieci. Lefebrysta to, lefebrysta tamto, bądź grzeczny bo Cię zje, niczym wilk. Okazuje się natomiast, przynajmniej według wszystkim materiałów na które ja trafiłem, że to tylko prymitywna modernistyczna propaganda i że Arcybiskupowi niż do wilka zdecydowanie bliżej do świętego Atanazego, który około 1700 lat wcześniej przyjmował bardzo zbliżone postawy. W przypadku obu mowa była o ekskomunice, obaj byli jednymi z ostatnich na placu boju wobec walca modernizmu, pierwszy został świętym Kościoła, kto wie, czy nie zostanie nim też drugi.

Natomiast wróćmy do fragmentu jego biografii, który zrobił na mnie wrażenie. Oto jeszcze przed Soborem Arcybiskup, już wtedy nie lubiany przez postępową hierarchę Francji jako zbyt konserwatywny, dostał malutką zapomnianą diecezję Tully. Zobaczył w niej spustoszenie, niskie frekwencje na Mszach, dużo mniejsze niż w poprzednich dziesięcioleciach liczby zarówno kleryków w seminariach jak i posługujących księży. Zaczął jeździć po parafiach i spędzać z każdym proboszczem 2-3 dni, co było postrzegane jako bardzo wyjątkowe zachowanie dla arcybiskupa. On dodawał sił i zachęcał do wytężonej pracy, przede wszystkim tłumacząc kapłanom, że najważniejsze jest przywrócenie we wszystkim wymiaru nadprzyrodzonego.

We Francji był to czas mocnego przesterowania zarówno kleru jak i akcji katolickiej z działań stawiających wymiar nadprzyrodzony na pierwszym miejscu na działania czysto społeczne, od ludzi dla ludzi, tu doprowadźmy wodę a tam wywalczmy podwyżki. Był to początek lat 60-tych ubiegłego wieku. Jeden z proboszczów żalił się Arcybiskupowi: "Ekscelencjo, nie wiem po co zostałem księdzem, dostałem 3-4 podupadające parafie, na Mszy mam 2-3 starsze osoby, a na lekcjach religii kilkoro dzieci i młodzieży, którzy po bierzmowaniu raczej nie przekroczą już progu kościoła". I wtedy Arcybiskup Lefebvre udziela odpowiedzi, która moim zdaniem już wtedy, przed Soborem, ukazała w pełni jego rozumienie sposobu działania, którym katolicy mają przezwyciężać kryzys w Kościele.

Arcybiskup najpierw zapytał o podstawowe warunki materialne, w których funkcjonuje młody ksiądz, chodziło o zupełne podstawy takie jak ogrzewanie, woda oraz sprawność samochodu, którym ksiądz porusza się między parafiami. Następnie dał taką wskazówkę: "Niech ksiądz przygotowuje bardzo starannie codzienną Mszę. Niech się ksiądz przede wszystkim troszczy o Mszę. Odprawiając ją, wykonuje ksiądz najważniejszą cześć swojego powołania kapłańskiego. Niech ksiądz nie traci wiary w te łaski, które spływają z każdej Mszy świętej, nawet, jeżeli uczestniczą w niej tylko dwie lub trzy osoby". Arcybiskup przekierował uwagę młodego kapłana z czysto ludzkiego aktywizmu na bycie jedynie narzędziem Pana Jezusa, gdyż to On ma działać, a wszelka działalność własna, czysto przyrodzona, prowadzi do zniechęcenia nieskutecznością apostolatu.

Podobne rozmowy Arcybiskup prowadził z wieloma księżmi swojej diecezji, podkreślając zawsze, że rodzący się wtedy w Kościele czysto przyrodzony aktywizm, jakby działać się miało w oparciu o ludzkie siły, jest ślepą uliczką. Że troszczyć się należy głównie o świętość kapłanów i świętość zakonnic i że z tego brać należy ufność w poprawę sytuacji. Jakże cenne są to wskazówki również na te czasy, gdy wielu ludzi załamuje ręce, że nie wiadomo co zrobić ani z pogańską cywilizacją zalewającą świat zachodu, ani z kryzysem w Kościele. Że trzeba by się organizować, jakoś walczyć, ale nie bardzo wiadomo jak. A tymczasem to nie my mamy tu zwyciężać, ale Chrystus.

My mamy walczyć o świętość. Kapłan i świecki, każdy wypełniając swoje obowiązki stanu w sposób jak najbardziej katolicki, czyli po pierwsze, tylko przez wzgląd na miłość do Pana Boga i po drugie, najlepiej jak się da.

Komentarze