W rozprawkach zawsze staram się mieć największą możliwą pewność, że wszystkie treści są prawdziwe i zgodne z nauką katolicką. Dzisiaj chcę podzielić się pewnymi przemyśleniami, ale nie jest to żadne oficjalne nauczanie katolickie. Jeżeli uznasz, mój Drogi Czytelniku, że rozważania te są zbyt naturalistyczne, nie krępuj się napisać to w komentarzu. Chodzi o pojęcie, które dla siebie nazywam "Dorobkiem Cierpienia."
Jestem ciekaw, czy zauważyłeś kiedyś, że ludzie, którzy dużo wycierpieli, zakładając, że udało im się wyjść z problemów i zachować lub odzyskać względną równowagę psychiczną, są przeważnie ludźmi jakby odrobinę głębszymi? Nazywam to dorobkiem cierpienia. Mądre źródła mówią, że Pan Bóg ze zła umie wyciągać dobro. Nie czyni to zła dobrym i nasz ludzki rozum powinien zło uznawać zawsze za zło. Ale w tajemniczej i przecudownej logice Pana Boga potem, gdy zło zostało już porzucone, w jego miejscu może wyrosnąć dobro, które inaczej by nie wyrosło.
Niemal wszyscy ludzie, którzy sprawiają na mnie wrażenie bardzo umiejętnych, mają w swojej historii cierpienie, niejednokrotnie spowodowane życiem grzesznym, życiem pełnym błędów, życiem w nałogach. Zakładam, że jasnym jest, że odbieranie powyższych słów jako zachęty do grzechu i nałogów może ewentualnie wynikać ze złej woli, bo z pewnością taką zachętą nie jest. W tej rozprawce chodzi mi o to, że chcę namówić każdego do wdzięczności za swój dorobek cierpienia i do niemarnowania tego daru. Zły lubi pokazywać nam przeszłość, żeby wzbudzić poczucie winy, żalu i wpędzić nas w rozpacz. Czy to oznacza, że lepiej w ogóle nie odnosić się do przeszłości? Moim zdaniem nie - myślę, że poczucie winy powinno od razu przemieniać się w wielką wdzięczność za to, że Pan Bóg nas krwią Swojego Syna, a naszego Pana, Jezusa Chrystusa odkupił.
Ale do wdzięczności za odkupienie można dodać wdzięczność za dorobek cierpienia, z którego możemy czerpać. Przykłady. Być może ktoś odbierze je jako kontrowersyjne, ale proszę o dobrą wolę. Jeżeli ktoś w swojej przeszłości ma epizody depresji, czy można powiedzieć, że zmuszony jest do końca życia żyć tak, jak w zasadzie powinni żyć wszyscy? Uważnie i higienicznie, zarówno duchowo jak i psychicznie. Czy ktoś, kto był w nałogach i zgodnie z przyjętą definicją jest już nałogowcem do końca życia, nie jest zmuszony żyć tak jak powinni żyć wszyscy? Uważnie. Starannie. Bardzo higienicznie dla swojego systemu nerwowego?
A w kwestiach duszy - kto ma większą szansę zrozumieć swoją nędzę i niemoc bardziej niż ktoś, kto cierpiał na nałogowy grzech? Przy czym zrozumienie swojej nędzy i niemocy nie ma być powodem rozpaczy, ale jednym z najważniejszych wniosków życia, z jakiegoś powodu tak trudno dostępnym dla ogółu. Dopiero pełna świadomość własnej nędzy otwiera nas na działanie łaski. To tylko kilka przykładów. Dorobek cierpienia powinien służyć nam do wzbudzania wdzięczności oraz do czerpania z tego dorobku. Tam, w pewien Panu Bogu jedynie do końca znany sposób, kryje się wiele skarbów.
Mój Drogi Czytelniku, co o tym sądzisz?
Komentarze
W życiu katolika trudno jest wytłumaczyć sens dwóch rzeczy:
1. Zaakceptowanie trudów/cierpienia/śmierci za wiarę.
2. Miłowanie nawet najgorszych wrogów.
Ostatnio jak czytałem synowi życiorys i finalnie jaką śmiercią skończył Św. Maciej syn stwierdził "tato ja to się chyba trochę boję, że mnie zabiją". Nie oszukujmy się. Generalnie jak dzieciom czytam życiorysy wielu Świętych to nie są to zbyt "leciutkie" historie. Tego ukamieniowali, tamtą ścięli. Tak po ludzku bardzo "pozytywnie".
Cóż. Dorosłemu cięzko takie coś zaakceptować, a co dopiero dziecku. No bo tak czysto po ludzku, jak można kochać zaciekłego wroga lub jak można postrzegać cierpienie jako wielki dar?
Na takie coś trzeba być po prostu gotowym. Mówił o tym ksiądz Szydłowski. Każdy z nas w pewnym momencie zostanie doświadczony Krzyżem. W wielu przypadkach cierpienie czy krzywdy wyrządzone przez bliźniego będą zbyt przytłaczające. Dlatego trzeba wielkiej wiary, żeby sobie z tym poradzić. Trzeba się do tego odpowiednio przygotować.
Swego czasu uczęszcząłem na spotkania biblijne. Jedna z pań stwierdziła, że jak patrzy na tę młodzież aktualną to wg niej już jest "wielki ucisk". Odpowiedziałem, że siedzimy sobie w ciepłym pomieszczeniu, mamy pełne brzuchy i dyskutujemy. Czy to naprawdę jest wielki ucisk?
Ostatnio usłyszałem na kazaniu, że wielu ludzi ma lekkie życie tutaj, ponieważ już tutaj odbierają swoją nagrodę. Da się to tak często zauważyć, że "złego diabli nie biorą". Tylko będzie jak w przypowieści o bogaczu i Łazarzu. Kiedy zamkniemy oczy wszystko zostanie każdemu odpowiednio wyrównane.
Szanowny Panie Dawidzie,
Obawiam się - a przynajmniej takie spostrzeżenie może być dokonane po przeczytaniu niniejszego tekstu - że całkowicie nie zna Pan zagadnienia, o którym usiłuje Pan wypowiadać się. Podkreślając jednocześnie ogromne uznanie dla pracy zarówno Pańskiej jak i całego środowiska, pozwalam sobie jednak poprosić abyście nie usilowali wypowiadać się Państwo na tematy, o których nie macie pojecia. Proszę nie nazywać "nałogu" (który człowiek może wybrać władzą swojej Duszy rozumnej czyli Wolą) z ciężką chorobą (będącą skutkiem grzechu pierworodnego, nie zawinioną grzechem uczynkowym - zachorowanie człowieka w pierwszch kilku 4-6 latach życia, kiedy czlowiek ma oczywiście Duszę rozumną, ale ma ograniczone z uwagi na wiek używanie rozumu i woli). Zapewniam, zapewniam Pana i Państwa ze środowiska "Sanhedrynu" nie dotknionych żadnymi ułomnościami ciała i Ducha, że mówienie o zawinieniu choroby oraz nazywanie cierpieniem nałogu jest nadużyciem zaslugującym raczej na kroki prawne w imieniu ludzi chorych i cierpiących niż na rozmowę z Państwem, niemniej jeżeli Pan oraz Państwo chcecie porozmawiać i dowiedzieć się podstawowej wiedzy w przedmiocie o którym usiłujecie się Państwo wypowiadać proszę o Państwa odpowiedź w komentarzu z podaniem formy możliwej rozmowy telefonicznej.
Pozostaję z wyrazami szacunku.