CZY TRADYCJONALIŚCI "DZIELĄ"?

27.12.2024

Ktoś kiedyś napisał w komentarzu, choć przyznaję, że w sposób kulturalny, że uważa, że radykalny nurt Tradycji katolickiej, a na pewno sposób jego przekazu, dzieli a nie łączy. Uważam za niezwykle istotne rozważyć tutaj trzy rzeczy.

Po pierwsze, prawda zawsze łączy tych, którzy do niej przylegają i dzieli ich od tych, którzy uważają, że prawda jest gdzie indziej. Po drugie, rozmowy o tym rzadko lub nigdy nie toczą się tak, że jedna strona mówi: prawda leży tutaj, a druga: a ja twierdzę, że prawda leży tutaj. Ja nie znam przypadków takich rozmów. Moim zdaniem najczęściej lub zawsze rozmowy te wyglądają tak, że jedna strona mówi: według mnie prawda leży tutaj, a druga strona na to: a według mnie nie. Chodzi o to, że druga strona neguje, odrzuca, podważa tezę pierwszej strony, ale nie daje w zamian tezy własnej. Po trzecie, w 100% przypadków, z którymi ja się stykam, a podejrzewam, że w 100% przypadków w ogóle, pada argument o sposobie przekazu. Jestem ciekaw, czy Ty, mój Drogi Czytelniku, nie stykasz się z tym za każdym razem, gdy tematyka schodzi na cokolwiek, co dotyczy prawdy.

Im dłużej trwa rozmowa, tym większa szansa, że forma przestaje być idealna, po czym strona, która chce odrzucić tezy tej, która twierdzi, że mówi prawdę, odwołuje się do formy. Odwołań do słów Pana Jezusa jako nie-teolog staram się unikać, szczególnie, gdy miałbym nimi uzasadniać cokolwiek, bo w przypadku błędu jest to być może spora odpowiedzialność, zatem tylko pod rozwagę podaję: skoro Pan Jezus mówi w jednym miejscu "aby wszyscy byli jedno", a w drugim: "przyszedłem przynieść miecz, przyszedłem poróżnić", to czy nie jest to dowód na to, że JEDNOŚĆ dotyczy tych, którzy przylegają do prawdy i nią żyją, a poróżnienie jest z tymi, którzy nie przylegają do prawdy i nią nie żyją? Niech ktoś mądrzejszy ode mnie się wypowie. Ja odczytuję to właśnie tak i wydaje mi się to niezwykle logiczne. Mam jedność z katolikami, którzy wyznają niezmienne prawdy wiary katolickiej i starają się nimi żyć. Nie mam jedności z tymi, którzy wyznają cokolwiek innego.

A zatem tak, środowisko Tradycji katolickiej może być postrzegane jako dzielące, bo zgodnie z myśleniem arystotelesowskim uważa, że prawda jest prawdą, a to co jest z nią sprzeczne jest fałszem, do którego można być uprzejmy, ale nigdy go nie uwierzytelniać. To może być odbierane jako dzielenie. Po drugie, z każdą rozmową, z każdym tygodniem, miesiącem i rokiem nabieram przekonania, że argument o tym, że sposób przekazu jest niewłaściwy, jest nie tylko naciągany, ale wręcz jest wytrychem do uniknięcia wszelkiej konfrontacji z prawdą. Gdy ktoś mówi łagodnie, że 2+2=4, a ktoś łagodnie odpowie, że nie-e, to ta pierwsza osoba może dalej mówić łagodnie i umiejętnie, albo szybko zacząć mówić niełagodnie i nieumiejętnie. Gdy jednak ta druga strona powie potem, że najważniejsza w tej rozmowie była niemiła forma przekazu, do końca życia może już nie zastanowić się przez minutę, czy przypadkiem 2+2 nie równa się cztery, czekając, aż pojawi się wreszcie ktoś, kto powie mu najsłodszym tonem na świecie, że tak, 2+2=4. Dopóki jakiś ton nie będzie idealny, nie myślimy ile jest 2+2.

Zatem zgadzam się z autorem komentarza: każdy kto ma tezę i twierdzi, że tezy z nią sprzeczne są fałszywe, jest osobą dzielącą, jeżeli osoby wyznające tezy sprzeczne poczują się w nich zachwiane. Natomiast sprawy te są tak zasadnicze dla życia każdego człowieka i dla losów jego duszy, że proponowałbym przestać już w ogóle mówić o formie. Tak, lepiej mówić prawdę w sposób pełen miłości i cierpliwości. Ale prawda jest prawdą a fałsz jest fałszem niezależnie od tego czy osoba mówiąca prawdę tak umie. Gdy ktoś wrzaśnie: "Uważaj, samochód jedzie na Twoje dziecko!" jest dość głupie ciągle mówić: "No ale czemu tak niemiło krzyczysz? Może jedzie może nie jedzie, ale ta forma przekazu do mnie nie trafia, ona bardzo dzieli."

Komentarze