Przez wiele już lat karmieni byliśmy wizją katolika, który nigdy nie walczy o swoje. Jeżeli ktoś Cię atakuje, odpuść mu. Jeżeli ktoś nie chce ustąpić w jakiejś sprawie, która was dzieli, ustąp Ty. Jeżeli ktoś Cię obraża, uśmiechnij się i pomódl się za niego. I inne, podobne, osiągające dziś status niemal dogmatu przekonania jak: "mówić coś ostro jest nie po katolicku", "sprawić komukolwiek przykrość jest zdecydowanie nie po katolicku" , "mówienie czegoś z przekonaniem czy wręcz pewnością jest objawem pychy, więc absolutnie katolikowi nie przystoi" itp.
Wszyscy praktycznie w tym wyrośliśmy. Czy z taką postawą jest jakiś problem? Czy ja chcę powiedzieć Wam, że katolik ma walczyć o swoje? Otóż mój Drogi Czytelniku, absolutnie nie. Katolik nigdy nie powinien walczyć o swoje. Jeżeli będzie walczył o swoje, będzie to zbliżone do postawy Lucyfera, od której zaczęły się wszystkie problemy tego świata. Czy więc dobrze ktoś uczył nas: połóż uszy po sobie, wycofaj się, machnij ręką... odpuść? I to mój Drogi Czytelniku jest - uwaga - czyste duchowe AIDS.
Katolik nigdy nie powinien walczyć o swoje, natomiast powinien, a wręcz musi, do upadłego, walczyć o.... sprawiedliwe. Jeżeli ktoś wyrządził Ci niesprawiedliwość, Ty masz wybaczyć i odpuścić odpłatę. Natomiast w tym samym czasie ten ktoś wyrządził niesprawiedliwość... sprawiedliwości. Jeżeli zawsze w takiej sytuacji mówisz: jestem katolikiem, wycofuję się, odpuszczam, to oddajesz świat ludziom niesprawiedliwym. Za każdym razem, gdy ktoś wymusi na Tobie cokolwiek co jest sprzeczne z porządkiem naturalnym lub społecznym, to ulegnięcie mu najprawdopodobniej będzie błędem.
I tutaj pojawia się temat sumienia. To w sumieniu należy ważyć, czy walczysz o sprawę, bo doszło do głosu twoje EGO, chcesz mieć rację, chcesz, żeby twoje było na górze. Takie pobudki są niekatolickie. Natomiast gdy ktoś proponuje Ci czy wręcz wymusza na tobie rozwiązanie niesprawiedliwe, gdy przystaniesz na to bez oporu, pozwalasz na gwałt na sprawiedliwości. Niezrozumienie tego przyniosło zgniłe owoce w postaci całych pokoleń mężczyzn miękkich, mężczyzn niemęskich, mężczyzn bez tożsamości, mężczyzn ciepłych kluch. Ja tam z nikim walczyć nie będę, jestem katolikiem. Dla siebie nie walcz, ale dla sprawiedliwości, dla obrony porządku naturalnego, dla zachowania porządku społecznego, walcz z całych sił. Nie wolno bez walki oddać swojej ojczyzny, rodziny, czy jakiegokolwiek powierzonego mężczyźnie terytorium ludziom niesprawiedliwym.
Czy katolik powinien się mścić? Nigdy w życiu. To ideologia satanizmu. Czy jednak po ataku na swoje terytorium ma nigdy nie ruszać na najeźdźcą? To zależy. Jeżeli możemy odzyskać to co najeźdźca nam niesprawiedliwie odebrał, trzeba spróbować. Jeżeli istnieje zagrożenie, że najeźdźca powróci, wyruszenie za nim, by go zneutralizować, nie może być zemstą, bo zemsta należy do Boga, ale rozsądnym środkiem zabezpieczającym to, co zostało nam powierzone. Mój Drogi Czytelniku, zwłaszcza mężczyzno, jeżeli do tej pory byłeś przekonany, że będąc katolikiem masz mieć zawsze ten ciepły uśmiech na twarzy, zawsze odpuścić, zawsze się wycofać, bo to przejaw najwyższej katolickiej dojrzałości, to myślisz tak dlatego, że wszyscy żyjemy w czymś, co w Kościele rozpoczęło się zaledwie kilkadziesiąt lat temu... To zresztą powód kolosalnego odpływu z Kościoła mężczyzn na całym świecie.
Zdejmij ten wymuszony uśmiech z twarzy. Oczywiście zaprzyj się samego siebie i nie walcz o swoje, bo to byłoby niekatolickie. Natomiast zawsze walcz o sprawiedliwe. Dla siebie, dla swojej żony, dla swoich dzieci, dla Kościoła i dla samej sprawiedliwości. Odwagi.
Komentarze
Jakiś czas temu w pobliskiej miejscowości miało miejsce pewne zdarzenie:
2 młodych chłopaków napadło na sklep spożywczy. W sklepie początkowo była tylko sprzedawczyni. Jeden z chłopaków miał pałkę teleskopową, a drugi atrapę pistoletu. Chcieli od sprzedawczyni pieniądze. W pewnym momencie do sklepu wpadł właściciel, który w amoku rzucił się na jednego z chłopaków z nożem. Zadał mu bodajże kilka ran. Obaj chłopcy zdołali uciec, ale ten który otrzymał kłute rany umarł gdzieś na chodniku.
Od zawsze mam problem z moralną oceną takich zdarzeń:
W jakim momencie "nadstawić drugi policzek", a gdzie zastosować obronę konieczną.
Tutaj każdy od razu stwierdził, że to oczywiście była obrona konieczna. Młody chłopak stracił przy tym życie. Przez swoj głupi czyn stracił życie. Gdyby nie te rany kłute być może ukradłby pieniądzę i by żył. Z drugiej strony łatwo mówić, kiedy nie było się w sytuacji właściciela, który ratował swoje mienie i sprzedawczynię przed zagrożeniem utraty życia.
Trudne to.
Podobnie mam z karą śmierci i Limbusem.
Wiem czego Kościół nauczał przez tysiące lat na temat kary śmierci. Mimo to trudno mi tę karę godzić z Ewangelią. Mój Zbawiciel mówił, że należy wybaczać aż 77 razy, więc kim jest człowiek, żeby kogoś skazywać na śmierć. Czy człowiek może być panem życia i śmierci w imię sprawiedliwości społecznej?
Kiedy szukam kogoś, żeby mi naprawdę sensownie wytłumaczył zasadność kary śmierci to nigdy nie jest to dla mnie w wystarczającym stopniu satysfakcjonujące. Jestem świadom, że nauczanie Kościoła jest ciągłe, ale zawsze myślę sobie przy tym, że mój Zbawiciel mówił przecież wcześniej "wybaczaj 77 razy". Skąd wynika i na jakiej podstawie Kościół uznał karę śmierci za zasadną i w jakich przypadkach?
Limbus z kolei to na chłopski rozum kompletny brak sprawiedliwości.
Człowiek został przecież stworzony z wolną wolą. Abortowany mały człowiek lub mały człowiek, który nie został z winy rodziców ochrzczony odbiera karę nie za swoje winy. Zostaje pozbawiony możliwości oglądania Pana Boga. Ochrzczony człowiek idzie do Nieba, nieochrzczony (nie z własnej woli) nie idzie do Nieba. To się kompletnie kłóci z wolną wolą.
Ciężko mi to zaakceptować i po prostu zostawiam to, bo nie mam na to wpływu.
Może ktoś się podejmie, żeby te sprawy wystarczająco rozjaśnić? Ewentualnie będe wdzięczny za jakieś dobre wskazówki z artykułami lub literaturą.
Tu jest artykuł o Limbusie:
https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/1086
Dziękuję.
Znam naukę Kościoła o Otchłani/Limbusie i ja tego absolutnie nie miałbym odwagi wszystkiego kwestionować. Mogę to oczywiście wszystko brać "na wiarę", bo tak nauczał Kościół przez wiele setek lat. Tylko czym się wtedy różnię od modernisty, który może mi powiedzieć, że takie Fiducia Supplicans to nauczanie Kościoła i trzeba to brać "na wiarę"?
Mam się za człowieka rozumnego, a mój rozum każe mi myśleć. Dlatego mam z tym zaakceptowaniem taki problem. Tu zwyczajnie w świecie obiektywnie mówiąc brakuje sprawiedliwości. Mały człowiek jest w takiej sytuacji pozbawiony WOLNEJ WOLI. Nie ma kompletnie żadnego wpływu na swój los. Zabiera mu się jakąkolwiek szansę dostąpienia zaszczytu oglądania Pana Boga. Gdzie tu jest zatem sprawiedliwość?
Pójdźmy dalej, żeby zobrazować to wszystko. Przed ustanowieniem sakramentu Chrztu Świętego tacy Abraham, Mojżesz, król Dawid trafili do Otchłani. Dopiero Pan Jezus "zstąpił do Piekieł" i ich stamtąd zabrał. Co z malutkimi dziećmi, które zostały przed narodzeniem Pana Jezusa np. zabite w łonie matki, albo umarły zaraz po narodzinach? Pan Jezus im powiedział jak zstąpił do Piekieł - Stop, Wy zostajecie i będziecie trwać w stanie "neutralnej szczęśliwości"? Czy może zabrał ich też?
Wszyscy byli wtedy splamieni grzechem pierworodnym. Abraham, Dawid, Mojżesz też. Różnica była taka, że Abraham, Dawid, Mojżesz mieli możliwość "wykazać się". Dziecko zabite nie miało takiej możliwości. Morderca w brutalny sposób zabrał im tę możliwość. Wtedy Chrztu Świętego nie było. Na człowieczy rozum barbarzyńskie prawo.
Ja rozumiem jakie znaczenie ma Chrzest Święty. Wiem po co on jest. Nie zmienia to faktu, że skazywanie człowieka na stan "neutralnej szczęśliwości" BEZ JEGO ŻADNEGO WPŁYWU na to wszystko to nie jest sprawiedliwość wg mojego małego, człowieczego rozumu.
Jeśli tak jest jak naucza Kościół to po prostu wezmę to "na wiarę". Skoro Pan Bóg w swoim Bożym Planie dał ratunek Abrahamowi, Mojżeszowi i Dawidowi to może i przy końcu świata ma zarezerowany jakiś ratunek dla takiego niewinnego małego człowieka, pozbawionego bez swojej winy wolnej woli. Ja tego nie wiem i jakoś specjalnie się tym nie jaram, bo jestem za duży teologiczny cienias na to wszystko. Po prostu rozum mi każe to rozważać, co powyżej czynię.