W swojej działalności publicystycznej usiłuje zawsze mówić prawdę i robić to najuczciwiej i najlepiej jak potrafię. Jednak bardzo wcześnie nauczyłem się rozróżniać dwa rodzaje prawd. Prawdy do przekazania proste i prawdy... kontrowersyjne. Prawda prosta to coś, co się wypowie - część to przyjmie, część odrzuci, jednak nie rozpęta to trzeciej wojny światowej. Prawda kontrowersyjna to taka, która rozpali emocje, rozpęta niekończące się dyskusje i - co gorsza - kłótnie.
Czy to powinno mnie stopować? Otóż, uwaga: stopuje. Dlaczego? Ponieważ kłótnie w mediach społecznościowych różnią się od sporów w tzw. realu tym, że pozostaje po nich ślad, a toczą się na oczach wielu użytkowników. To rodzi takie problemy, że jak ktoś impulsywnie opowie się po jednej ze stron sporu, potem niezwykle ciężko jest mu zmienić zdanie. To znany fakt i właśnie dlatego tak świetnie mają się zjawiska takie jak gender czy ekologizm. Jak się raz złapie użytkownika na te kłamstwa i doprowadzi do tego, że zamieści sobie tęczową flagę na profilu, wejdzie w niekończące się dyskusje, nazwie kogoś faszystą, będzie bronił czyichś praw, nie upewniwszy się, że rzeczywiście są one zagrożone, istnieje ryzyko, że do końca życia będzie już po tej stronie sporu, bo zmiana stron oznaczałaby przyznanie się do błędu przed dużo szersza publicznością niż było to konieczne w epoce przed nastaniem mediów społecznościowych.
Dlatego prawdy takie o jakich napiszę dziś nazywam prawdami kontrowersyjnymi i boję się, że rozpęta się potem dyskusja i że ci, którzy się ze mną nie zgodzą na zawsze już będą zmuszeni pozostawać po drugiej stronie barykady. Dlatego staram się unikać takich tematów. Ale nie da się robić tego w nieskończoność i zważywszy na częstotliwość tego pytania, dziś wreszcie na nie odpowiem. Pytanie to brzmi: czy warto posyłać dzieci na religię w szkole?
W trakcie ślubu para zobowiązuje się, że przyjmie i po katolicku wychowa potomstwo, jeżeli Pan Bóg je takim obdarzy. Potem zobowiązanie takie powtarza przy okazji sakramentu chrztu. Sprawa jest więc poważna. Co to znaczy wychować po katolicku? Zadbać o to, żeby dziecko znało Prawdy Wiary i nimi żyło. Pomóc może w tym lekcja religii w szkole. Pytanie: czy pomaga? Czy w czystym modelu, w świecie idealnym, religia w szkole do dobry pomysł - nawet tego nie wiem. A my nie żyjemy w takim świecie i dziś mamy system, w którym istnieje ogromne ryzyko, że dzieci będą katechizowane przez modernistę, ekumenistę, osobę, która rzeczy prawdziwe przeplatać będzie z fałszem.
Odpowiedź więc na pytanie czy dziecko powinno chodzić na religię do szkoły zależy od naszego postrzegania wpływu jaki na duszę dziecka ma błąd w nauczaniu. Ja każdy błąd, a szczególnie te współczesne, o tym że Panu Bogu miłe są wszystkie religie, że prawdzie i fałszowi należy się taki sam szacunek i setki innych dużych lub małych przekłamań, każdy z tych błędów, nawet jeden, postrzegam jako dewastację i spustoszenie w duszy dziecka. Rodzice pamiętający o swoim zobowiązaniu do katolickiego wychowania dziecka nie mogą z ulgą przerzucić tej odpowiedzialności na instytucję szkoły, ponieważ w przypadku katechizacji fałszywej nie będą mogli brać tego za wymówkę. Kiedyś to rodzice katechizowali dzieci. To wymaga oczywiście stałej katechizacji siebie, ale taką trudno nazwać stratą czasu.
Czy posyłać dziecko na religię do szkoły - niech każdy rodzić pamiętający o swoim zobowiązaniu zdecyduje sam. Ja nie posyłam i Bogu niech będą dzięki.
Mój Drogi Czytelniku, życzę powodzenia i rozwagi. A to było przedstawienie tego co uważam za prawdę. Czy jest to kontrowersyjne? Czekam na komentarze i będę je czytał uważnie. Tylko proszę, bardzo proszę, bez wojenek.
Komentarze
Czasami mam wrażenie, że my katolicy "Tradycji" musimy aktualnie podejmować bardzo trudne decyzje. Jesteśmy w krytycznym momencie i sytuacja wygląda bardzo poważnie.
Wyobrażam sobie, że jesteśmy na wojnie i aktualnie znajdujemy się w zdecydowanym odwrocie. Przeciwnik zmasowanym i potężnym atakiem naciera na nasze fortece. Fortece są w fatalnym stanie. Jeszcze jakoś stoją, ale dziura na dziurze. Obsada fortecy to też często kompani, którym w pełni nie da się zaufać. Czasami bardziej szkodzą niż w tej obronie pomagają...
Co w tej sytuacji zrobić?
Czy porzucić niektóre fortece, czy pomimo ich przeogromnych braków dalej ich bronić? Czy warto te fortece jakoś lepić, czy może iść w spokojne miejsce, żeby przegrupować i odbudować siły? Może w przyszłości przy bardziej sprzyjających warunkach uda się te fortece odbić?
Wgryzłem się w temat jak wygląda religia w szkole. Przynajmniej w moich okolicach. Informacje mam z pierwszej ręki, bo od katechetki. Wygląda fatalnie. Opowieści jakie słyszałem mrożą krew w żyłach. Nie wydaje mi się, żeby w skali kraju było jakoś specjalnie lepiej. Katechetka mi opowiadała, że jest do wyboru religia lub dla bardziej wybrednych etyka. W praktyce religia też nie ma często wiele wspólnego z prawdziwym nauczaniem Kościoła. W wielu przypadkach nawet jakby katecheta chciał nauczać jak należy to i tak skutecznie mu to uniemożlwią.
Jeśli sam papież gani za prozelityzm to jak ma sobie poradzić świecka katechetka? Przecież nie może powiedzieć Prawdy, bo może ktoś zostanie urażony.
Jeśli ktoś wpadłby z prawdziwym nauczaniem na tę religię to prawdopodobnie góra po miesiącu pracy miałby 2 skargi od rodziców i wezwanie na dywanik do dyrektora. Taki katecheta zostałby postawiony przed "wyborem": "Jeśli się nie opamiętasz to się pożegnamy". Taki mamy klimat i trzeba to zrozumieć.
To dotyczy nie tylko religii. Jeśli religia może spaczyć myślenie dziecka, to czy w ogóle nie jest wielkim ryzykiem pozostawić dziecko w pierwszej lepszej placówce szkolnej? Czy pozostawienie dziecka pod nadmiernym wpływem rówieśników w tych czasach jest rozsądne? Wielu ludzi ma problem ze swoją parafią. Wiedzą, że w dobie modernizmu nie jest tak jak być powinno, ale żal im ją pozostawić. Chodzą bo blisko, rodzina i ogólnie jest swojsko...
Takie dylematy będą pojawiać się teraz wszędzie. Trzeba wiele siły i zaufania Panu Bogu, żeby w tych trudnych czasach podejmować właściwe decyzje.
O ile się orientuję w programach nauczania dominują treści bardzo podstawowe. Proszę mi wierzyć, dzieci czasami tygodniami nie mogą opanować znaku krzyża czy modlitw, które onegdaj poznawało się we wczesnym dzieciństwie podczas pacierza z rodzicami. Msza Święta to dla nich wydarzenie równie nudne, co niejasne, niektóre dzieci nie pamiętają, kiedy ostatnio były w kościele i czy w ogóle. Religia w szkole to często jedyna dla nich szansa, aby zetknęły się z podstawowymi prawdami wiary. Że nie wygląda to współcześnie pokazowo. Nie wygląda, to prawda. A niby jakim sposobem, w obecnych warunkach, miałoby tak wyglądać?
Jak to powinno wyglądać? Już Pani mówię. W kraju katolickim, którego Królem jest nasz Pan Jezus Chrystus dzieci powinny iść na religię ze świadomością, że to najwazniejszy przedmiot w szkole. Nawet 3 razy w tygodniu. Powinny same chcieć tam iść z uśmiechem i radością, że mogą uczyć się rzeczy najważniejszych. Rodzice z kolei powinni z czystym sumieniem te dzieci katechetom oddać, bo wiedzą, że odpowiednio kształtują dusze ich pociech.
Jak to Pani słusznie zauważyła "w obecnych warunkach" nie ma na to najmniejszych szans. Dziś już nie tylko dzieci, ale i wielu rodziców kombinuje jak tu na religię nie chodzić. Sama religia dopasowuje się do każdego, tylko nie do prawdziwego nauczania Kościoła. Wyobraża Pani sobie, że wchodzi katechetka i mówi: "Macie wybór. Jeśli będziecie z Panem Jezusem zbawicie się, jeśli nie to potępicie się." Przecież to od razu by była wielka afera na całą szkołę, że katechetka śmiała komuś powiedzieć, że może się potępić! Ona straszy dzieci! Nawet muzułmanom tak powiedziała! Jak śmiała! Przecież oni wierzą inaczej i uraziło to ich uczucia. Tatuś muzułmanin już jedzie na sygnale...
Jeśli iskierki nie będzie w domu w prawdziwych świętych rodzinach, jeśli iskierki nie będzie w oficjalnych strukturach Kościoła opartych na bożych kapłanach to taka katechetka niestety jest samotnym, nieuzbrojonym wojownikiem z reguły skazanym na porażkę. Dodatkowo "ministra" zmierza do tego, żeby tych wszystkich katechetów "ucywilizować" i zmienić ich profil nauczania. To po prostu w tym kształcie nie może się udać. Lepiej się wycofać tam, gdzie jest prawdziwe nauczanie Kościoła i może w przyszłości przy Bożej Pomocy uda się to wszystko odbić.
Zgliszcza powoli się dopalają i niebawem przyjdzie czas na stawianie nowych fundamentów. Ja już przestałem szukać pocieszenia w takich rzeczach:
- niech już będzie ta religia, bo chociaż dziecko przeżegnać się nauczy nie rozumiejąc po co
- już idźmy do tego modernistycznego kościoła i przyjmijmy na stojąco/na rękę "opłatek"
- idźmy na tę byle jaką modernistyczną spowiedź, chociaż kontakt z Panem Bogiem jest jakoś utrzymany
- poślijmy dziecko do pierwszej lepszej szkoły, zawsze się czegoś tam nauczy.
Myślę po męsku. Około 8 miesięcy tkwiłem w zawieszeniu pomiędzy swoją parafią a przejściem do FSSPX jak już wiedziałem, że w mojej parafii nie jest tak jak być powinno. To było całe 8 miesięcy za długo. Półśrodki przestały mi już smakować. Widzę, że mogą mieć jakieś tam umiarkowane plusy "utrzymywania na powierzchni", ale to nie dla mnie. W ten sposób nie zbudujemy Polski prawdziwie katolickiej.
Pozdrawiam
Nie chciałabym komentować ani oceniać osobistych decyzji rodziców, wszak najlepiej znają oni swoje dzieci, mają orientację w środowisku szkolnym, być może dla duchowego dobra niektórych uczniów i uczennic lepiej będzie w katechezie szkolnej nie uczestniczyć. Uważam natomiast, że warto sprawie przyjrzeć się wnikliwie, a katolicy tego nie robią. Przyjęło się bagatelizować szkolną katechezę; "jakaś tam świecka katechetka", taki "niby nauczyciel", pewnie nawet nie po studiach, coś tam opowiada, pewnie jakieś farmazony. Tymczasem katecheza w Polsce ma swoją Podstawę programową, poszczególne diecezje korzystają z konkretnych programów nauczania. W mojej archidiecezji, przykładowo, korzysta się z Wydawnictwa Św. Wojciech. Można sobie sprawdzić, co też za treści będą dzieciom przekazywane. Czy ociekają one modernizmem- nie sądzę. Problemy są raczej zupełnie inne. W szkołach ponadpodstawowych zostaje na katechezie garstka uczniów, w podstawowych statystyki są lepsze, natomiast jest gros uczniów, którzy są wręcz impregnowani na katolickie treści, gdyż katecheza szkolna to jedyne ich źródło w życiu tych dzieci. To nie jest katechizacja lecz ewangelizacja, i to na bardzo opornym "materiale". Dlaczego więc te dzieci uczestniczą w katechezie, skoro to dla nich wyłącznie "opowieści dziwnej treści"? Szykują się do sakramentów. W szkole ponadpodstawowej jest już po wszystkim, więc i uczniów nie ma. Katecheza bywa walką o uwagę, a czasami- walką o przetrwanie. I tego obawiałabym się bardziej. Dla wrażliwych, rozwiniętych duchowo, formowanych w domu i Wspólnocie dzieci to może być trudne doświadczenie. Chociaż pozostaje kwestia dawania świadectwa. Bywa, że sporo odwagi trzeba, aby w gronie szyderców wykazać się autentycznym zaangażowanie podczas lekcji religii. Szczególnie w starszych klasach. Jak tak dalej pójdzie, katecheza zostanie wyprowadzona ze szkół rękami lewicowych ideologów przy obojętnym przypatrywaniu się temu procederowi przez katolików, bo to przecież "tylko katecheza", szkolny "Michałek", nie wygląda to tak, jak byśmy chcieli itd. itp. Mam wrażenie, że często przeciwnicy religii w szkole traktują ją poważniej, niż katolicy. Taka jedna gazeta np. co wrzesień zamieszczała serię artykułów o "strasznej katechezie" w polskich szkołach i marnotrawieniu środków publicznych, aby wspomóc rodziców w decyzji- zapisywać dzieci na katechezę, czy też nie. Przynajmniej było wiadomo, jakie mają cele i widać było pewną konsekwencję działania. To, jakie regulacje odnośnie katechezy szkolnej i w jakim stylu wprowadziło już w tym roku MEN też mogłoby dawać do myślenia. Tymczasem katolicki lub niby katolicki rodzić np. wypisuje dziecko z religii, bo się nie chce juniorowi na nią chodzić na ostatniej lekcji w piątek i przez myśl rodzicowi nawet nie przejdzie, żeby chociaż zerknąć do podręcznika, aby sprawdzić, jakie treści dzieciaka ominą, bo to przecież "tylko" religia. A żeby szerszą refleksją temat objąć? Bez szans.
Przez "świecą katechetkę" nie miałem na celu nikogo obrażać. Pan Dawid często mówi, że jest tylko "świeckim publicystą". Ja z kolei jestem tylko "świeckim gawędziarzem".
Chciałem po prostu zaznaczyć, że jeśli pasterze powołani do dbania o nasze dusze krytykują nawracanie to jak ma sobie poradzić katecheta w tak nieprzyjaznym miejscu jak obecna 'uśmiechnięta szkoła" Oficjalne struktury Kościoła nie zezwalają na nawracanie. To czemu ten "świecki" mi tu dzieciaka męczy? Kto mu dał upoważnienie? To miałem na myśli.
Sytuacja oczywiście zależy od miejsca. W jednej szkole będzie dyrektorem zagorzały katolik i nie pozwoli na kompletną ruinę. W drugiej szkole będzie zlewaczały ateista i pójdzie gładko i łatwo. Problem jest złożony. To rodzic musi zdecydować czy jest o co walczyć. To rodzic musi zdecydować czy można zaufać miejscu, w którym będzie katechizowane jego dziecko. To rodzic musi szukać miejsca, gdzie dziecko będzie miało do czynienia z PRAWDĄ.
Rzecz wydaje się być oczywista, jeśli nie chodzę na NOM m.in. ze względu na nauczanie tam obecne to jakże mógłbym dziecko posłać na katechezę szkolną.
Bardzo to przykra sprawa, bo gdyby rzeczywiście tam uczono czym jest katolicyzm, młodzi by się garnęli do Kościoła.
Marnujemy wielki potencjał a efekty jeśli tego są, to przeciwne do zamierzonych. To jedna z wielu win naszych biskupów.