Powiedzieć, że nawyki żywieniowe ludzi zmieniły się pod dyktando przemysłu spożywczego to jak nic nie powiedzieć. Pan Bóg, w swojej mądrości i dobroci, do wielu pożytecznych dla człowieka czynności dodał element przyjemności. Aby odwrócić porządek i przypisaną do czynności przyjemność uznać za cel tej czynności, kiedyś człowiek musiał sam z siebie na to wpaść. W przypadku jedzenia problem ten dotykał ewentualnie bogaczy.
Potem pojawił się układ sił i zjawisk, który niezwykle dużo popsuł. Mowa o wielkim biznesie i mass mediach, szczególnie Internecie. Wielki biznes uznał, że zamiast zaspokajać potrzeby człowieka, dużo więcej pieniędzy zarobi gdy wytworzy potrzeby sztuczne, nakieruje swoją ofertę na przyjemność i przekona człowieka, na przykład w przypadku jedzenia, że przyjemność nie jest efektem ubocznym, ale CELEM jedzenia. Jeżeli wyda się odpowiednią ilość pieniędzy na coraz bardziej zaawansowane techniki manipulacji podświadomością (a prościej - coraz lepszy marketing) i połączy z bezpośrednim dostępem do każdego niemal umysłu przez smartfona, wystarczą 2 czy 3 pokolenia, by ze świata pełnego ludzi normalnych gabarytów mieć świat pełny ludzi otyłych.
Kiedyś jedzenie było oczywistym elementem dnia, uporządkowanym w pewne bloki czasowe, na przykład trzy - śniadanie, obiad, kolacja. Trzeba oddychać i trzeba jeść. Mija dosłownie chwila i dziś, patrząc na przykład na dzieci, widzi się częste przerywanie czynności by coś podjeść, popić, młodzież chodzi z jakąś butelką czy puszką, albo jakimś opakowaniem pełnym wyprodukowanego w fabryce oszukaństwa, np. chrupków. Mama wychodzi z dzieckiem, powiedzmy 5-latkiem, na plan zabaw. Kiedyś było raczej oczywiste, że bierze się ze sobą ewentualnie trochę wody. Jesteśmy po śniadaniu, następny posiłek to obiad, na który wrócimy. Po co zabierać ze sobą na wszelki wypadek coś do przekąszenia, bo dziecko zrobi się głodne?
Żeby tematu nie przegadać - kiedyś jadło się by zaspokoić głód i mieć siły funkcjonować, dziś często je się by dogodzić zmysłom, lub co gorsze, zaspokoić inny rodzaj głodu, podobny do nikotynowego lub narkotykowego - np. głód cukru. A nawet gorzej - głód miłości, relacji... Ten przecież też ludzie próbują zaspokoić jedzeniem. Jeszcze innym, dość powszechnym nieuporządkowaniem, jest rozładowywanie napięcia za pomocą jedzenia. Powstaje zatem pytanie: czy fakt użycia na nas całej tej socjotechnicznej sieczki, w wyniku której zapomnieliśmy, jaki jest cel jedzenia, zdejmuje z nas odpowiedzialność za nasze nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu? Nie wygląda na to.
A dlaczego mamy zachowywać umiar w jedzeniu i piciu? W nowoczesnym, antropocentrycznym, przesiąkniętym modernizmem podejściu do katechezy otrzymałbyś Mój Drogi Czytelniku szereg argumentów - coś o zdrowiu, coś o wolności wewnętrznej, być może o godności, ponieważ obżarstwo stawia człowieka w jednym szeregu ze zwierzęciem i to raczej tym, które tuczy się specjalnie... I to wszystko miałoby w sobie element prawdy. Natomiast w nauczaniu katolickim sprawa jest prosta: zachowuj umiar w jedzeniu i piciu, ponieważ nieumiarkowanie w jednym z nich to poważny GRZECH.
Komentarze
Tak tylko dodam od siebie, że brak umiaru działa w dwie strony, można też przesadzić z niejedzeniem.
Mój dziadek powtarzał, że z głodu się nie umiera, tylko z niedożywienia. A doświadczanie głodu pomaga doświadczyć wdzięczności za Boże dary.