Stawiam tezę, że jedną z kluczowych spraw dla prawdziwej i niezmąconej wiary katolickiej jest
. Często zapominamy przy tym, że jesteśmy żołnierzami Kościoła Walczącego. Stawiam robocze pytanie: C
Celowo chcę pominąć modlitwę, uświęcanie duszy, realizację obowiązków stanu, Msze Święte w intencjach i inne akty wiary. Oczywiście jest to kluczowe i samo w sobie daje owoce i pożytek dla Kościoła Świętego.
Mam na myśli realne działania zewnętrzne.
Zrobiłem sobie taki swój wstępny "risercz" w środowisku tradsowym z mojego otoczenia.
Otwarcie mówię, że jestem wiernym FSSPX, wiele im zawdzięczam i wiem, że tam mogę iść i wszystko będzie tak jak być powinno. Nie rozumiem w jaki sposób świadomy katolik może mówić o nich, że są schizmatykami, albo, że coś jest nie tak. Uważam, że robią w Kościele kolosalną robotę i bez nich to być może nie byłoby już co zbierać. Główny zarzut jaki się pojawia w środowisku wobec Bractwa to "pycha" i że mają się za lepszych. Osobiście nigdy tego nie doświadczyłem. Usłyszałem natomiast o przypadku katoliczki, która na pielgrzymce FSSPX została tak "dociśnięta" przez innych wiernych o Novusa, że się zniechęciła i Tradycję odpuściła. To tylko pokazuje jak bardzo to wszystko jest delikatnym i trudnym tematem...
W którymś odcinku Sprawek Pan Dawid mówił, że nie obraziłby się jeśli będzie musiał podziękować FSSPX za tę tytaniczną pracę i wrócić na Mszę Wszechczasów do swojej parafii. Ja też bym tak chciał. Tylko do tego daleka droga. Nie mam zamiaru czekać w tym przypadku na cud, a w ramach moich skromnych możliwości coś z tym robić. Pisałem jakiś czas temu o akcji "Zagaj proboszcza". Sam nie wiem jakie są szanse powodzenia czegoś takiego. Ile by z tego wyszło pożytku, a ile by było spojrzenia z poirytowaniem. Może by się pojawiła jakaś wrogość, że robię jakąś "krecią robotę"? Sam nie wiem. Sklecić takie pismo i wysłać do biskupa miejsca z adnotacją do proboszcza to pikuś. Tylko czy to ma jakikolwiek sens i da jakieś sensowne owoce?
Każdego znajomego katolika szczerze i otwarcie zachęcam do udziału we Mszy Wszechczasów. Marne mam na razie efekty, ale się nie zniechęcam. Uczę się przy tym cały czas jak przy delikatności tematu to robić. Może kiedyś chociaż z jedna osoba da się przekonać i już uznam to za sukces.
Po Traditionis Custodes prześledziłem sobie losy Mszy Wszechczasów w niektórych miejscach. Wniosek jest prosty: w znakomitej większości struktury Kościoła MW chcą sprowadzić do "archaicznego przeżytku". Następuje próba "powolnego gotowania żaby", żeby MW całkowicie umarła śmiercią naturalną.
Już sam art. 1 Traditionis Custodes "Księgi liturgiczne promulgowane przez świętych papieży Pawła VI i Jana Pawła II zgodnie z dekretami Soboru Watykańskiego II, są jedynym wyrazem lex orandi Rytu Rzymskiego" pokazuje jaki ma być stosunek do MW. Taki też jest.
Jakże wymowny jest też wywiad z biskupem Grzybowskim po Traditionis Custodes:
Dlaczego jednak papież dał konkretne wytyczne, by ograniczyć odprawianie właśnie tzw. mszy trydenckiej?
Wydaje mi się, że ze względu na to, co sam dostrzegł, ale także na mocy informacji, jakie otrzymał od biskupów z całego świata – że w wielu kościołach lokalnych i diecezjach stosowanie rytu nadzwyczajnego po prostu przekroczyło właściwą miarę. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że w Stanach Zjednoczonych Ameryki i we Francji były już całe parafie, w których kapłani w ogóle nie sprawowali liturgii według Novus Ordo Missae. Wszystkie sakramenty, msze święte, działania duszpasterskie i liturgiczne były realizowane według mszału rzymskiego z 1962 roku i rytuałów przedsoborowych. Gdy tak jest i wierni Kościoła katolickiego spotykają się z takimi nieustannymi praktykami w parafiach na bardzo szeroką skalę, to pojawia się logiczne pytanie: po co zatem była reforma liturgii zapoczątkowana przez Ojców Soboru i zrealizowana po Soborze?
Msza Wszechczasów wciąż została w Bractwie Świętego Piotra, Bractwie Świętego Piusa X, placówkach Instytutu Dobrego Pasterza, miejscach wyznaczonych do tego po Traditionis Custodes i zapewne wśród kapłanów, którzy jakoś tam lawirują i są przywiązani do Tradycji. Nie miałem w ogóle do czynienia z FSSP więc nie mam zdania. Trochę więcej z Instytutem Dobrego Pasterza. Serdecznie tym kapłanom współczuję. Zobrazowałbym to tak: FSSPX ma teoretycznie trochę mniej jedności ze Stolicą Apostolską i łatkę "schizmatyków", ale mogą mówić bez obaw całą niezmąconą naukę katolicką. IBP ma trochę więcej jedności ze Stolicą Apostolską, ale przez to nie mogą mówić bez obaw. Stają przez to przed koszmarnym wyborem, czy trwać w Prawdzie, czy lepiej nie narażać się biskupowi. Wiele też zależy od tego jakiego biskupa trafią nad sobą. Tak być nie powinno.
Chyba najlepszym przykładem pięknego działania IBP jest ksiądz Grzegorz Śniadoch. Jest raczej powszechnie znany w środowisku tradycyjnym, a jego kazania bez problemu można znależć na YouTube. Wiem, że piękne rzeczy robił w Częstochowie. Z tego co mi wiadomo szło za dobrze, więc zapewne z tego powodu został "odesłany". Teraz robi piękne rzeczy w Olsztynie.
Pytanie w jakim stanie są inne placówki pod "większą" jurysdykcją Stolicy Apostolskiej i na ile taki ksiądz może sobie pozwolić w Kościele, który niechętnie takie coś wspiera. Odpowiedź jest prosta: może sobie pozwolić na tyle na ile będzie zainteresowanie świadomych wiernych. Teraz pojawia się dylemat:
1. Mogę to wszystko olać i iść do FSSPX. Niby dość daleko, ale mam święty spokój 2. Mogę starać się wspierać lokalne struktury i powalczyć o ludzi, żeby "utrzymali z Tradycją łączność". Dzięki temu mam też bliżej i nie oddaję walkowerem "walczących o MW bastionów".
Sam nie wiem jaką drogę wybrać...
Świętej Pamięci Roman Kneblewski mówił, że dla dobra swojej parafii i Tradycji zdarzało mu się nawet odprawić "cywilizowanego Novusa"... Natomiast w jego stanie świadomości pozostaje mu tylko Msza Wszechczasów. Kapłani FSSPX z kolei powiedzą, że Novusa wystrzegać się jak ognia...
Temat jest bardzo delikatny. Już same podziały nawet w stosunkowo niewielkim środowisku tradycyjnym pokazują jak trudno jest się w tym odnaleźć. Od razu mówię, że nie zaakceptuję postawy "Novus też jest ok, więc już dajmy z tym spokój". Ja tego nie kupuję bo to postawa "ciepła". Ja chcę zawrócić. Wiem, że mam marne szanse na jakikolwiek efekt, ale chcę chociaż próbować.
Będę wdzięczny za podzielenie się doświadczeniami osób, które z tematem mają do czynienia i być może pomogą mi obrać właściwy kierunek.
Komentarze
Co do naszej indywidualnej aktywności. Proszę zauważyć, tzw. tradycjonaliści nie stanowią jakiejś ściśle określonej grupy, czy to wiekowej, czy zawodowej, czy określonego poziomu wykształcenia, czy zasobności majątkowej. Do tego prawie zawsze, za każdym wiernym tradycji podąża jakaś jedna, może dwie inne osoby, często najbliższa rodzina (mąż, żona, dzieci). Ale nie widzimy raczej szerszych rodzin (rodzeństwa i ich rodzin, kuzynostwa itd), nie przychodzą za nimi znajomi z ich sąsiedztwa, z ich parafii, z ich szkół czy uczelni, kolegów i koleżanek z pracy itd, itp. A przecież, bardzo często, zdeklarowanym wiernym jest ktoś, kto od tej pory jest wyrzutkiem w swoim środowisku. Co to oznacza? Otóż, ni mniej ni więcej tylko to, że od tych około trzydziestu lat obecności tradycyjnego katolicyzmu w Polsce, wszelkie ludzkie wysiłki i metody osiągają bardzo, bardzo ograniczoną skuteczność. Rozejrzyjmy się wokół siebie i spróbujmy znaleźć jakąś zasadę definiującą to co, od kiedy i dlaczego jesteśmy tu. Prawda, że jej nie ma? Jeśli zdarzyły się jakieś większe fale napływu wiernych, to były to zdarzenia niespodziewane, niezaplanowane i poza nami. Konkretnie były to: "Summorum Pontificum" oraz Covid.
Ostatecznie trzeba przyznać, nie istnieją skuteczne metody nawracania wzięte ze świata socjologii, mediów, psychologii czy pedagogiki. Powinniśmy pracować nad tą wielką sprawą, każdy na swoim miejscu i w swoim zakresie. Ale obfitość owocowania nie zależy od nas.
Co do konkretów. Czy iść do proboszcza? Trzeba to samemu ocenić. Jeżeli widzimy w nim jąkąś szczerą gorliwość w Służbie Bożej, bojaźń Bożą, miłość do Pana Boga i rzeczy świętych, uszanowanie kiedy wypowiada święte Imię Pana Naszego, to może jest nadzieja. To może warto spróbować. Tylko zawsze trzeba pamiętać: my tylko narzędziami nieużytecznymi jesteśmy i niczym innym.
To prawda. Odkąd doszedłem to miejsca w którym obecnie się znajduję czuję się czasem jak "wyrzutek". Z tego co do tej pory słyszałem taka jest naturalna kolej rzeczy, dlatego się tym jakoś specjalnie staram nie przejmować. Uświadomiłem sobie, że jestem jak to Pan napisał "nieużytecznym" grzesznikiem i prochem. Uświadomiłem sobie ile mi brakuje i jak wiele muszę nad sobą jeszcze pracować. Tyle dobrze, że chociaż w końcu wiem kim jestem. Wczoraj w rozważaniach różańcowych przeczytałem jak Abp Levebvre zakładał, że jako grzesznik trafi do Czyśćca... To gdzie ja trafię na moim obecnym beznadziejnym poziomie i ze zmarnowanymi latami życia...
Odspawanie od spraw tego świata wiąże się zawsze z problemami. 95% ludzi są do nich przyspawani. Przekonanie kogoś do wyjścia z szeroko pojętego "modernizmu" graniczy często z cudem. Oznacza to właśnie odspawanie się od spraw tego świata i wyjście ze swoich przyzwyczajeń, przekonań i wygodnego konformizmu. To jest mega trudne. Wiem najlepiej po sobie, bo sam tkwiłem tak ładne 8 miesięcy. Dziś już wiem gdzie jest właściwa droga. Wiem też, że jest trudna, kręta i wypełniona wieloma problemami i wyrzeczeniami. Nie każdy chce to zaakceptować. Mi wciąż jest ciężko z niektórymi rzeczami. Czasami włącza się ta obawa, czy ja zdąże to wszystko odpokutować i wypalić to co złe...
Nie oznacza to jednak, że nie trzeba próbować. Ja nie mam zamiaru się kryć, bo skoro już jestem bliżej Prawdy, to nie widzę nic złego w manifestowaniu Prawdy w otoczeniu. W rodzinie zawsze dyskutuję, znajomych którzy mają jeszcze jakąś łączność z wiarą zachęcam. Myślę (jak z tym proboszczem), co jeszcze mógłbym realnie zrobić. Nie chcę sobie żadnych zasług przypisywać, ale może gdzieś te moje działania dadzą chociaż jakiś mały promil pozytywnego efektu. Tutaj na tym portalu też lubię pisać, bo widzę, że są tu takie osoby jak ja. Może lepiej byłoby jednak oddać się modlitwie, niż stukać w Internecie? Sam nie wiem. Chciałbym, żeby stąd wychodziła na świat iskra "dobrych" ludzi. To jedno z ostatnich miejsc w Internecie na które warto jeszcze zerkać. Kto wie, może za jakiś czas tak nas już "dojadą", że już takich miejsc nie będzie w ogóle. Póki jest możliwość warto się jednoczyć i działać.
Moim zdaniem przepaść pomiędzy Tradycją a "posoborowiem" będzie się pogłębiała i wzajemna koegzystencja będzie coraz trudniejsza i coraz to bardziej pozorna. Wzajemne oddziaływanie jeszcze w tej chwili jest minimalne a już niedługo zupełnie stanie się niemożliwe. "Posoborowie" będzie się staczać ku coraz to ciemniejszym manowcom i w postępie geometrycznym zacznie wymierać a Tradycja musi trwać, choć nie liczyłbym na spektakularny rozwój (raczej stabilny powolny wzrost).
Podstawowy problem stanowi pytanie: "co będzie że środowiskami indultowymi"? Jakaś część (miejmy nadzieję, że niewielka) przedłoży jedność z "posoborowiem" ponad wierność Tradycji i pozwoli sobie na pójście drogą coraz to bardziej absurdalnych kompromisów. To oczywiście droga ku zgubie. Ale, mam nadzieję, że większa część tych środowisk powie w końcu "non possumus"! I w tym miejscu chciałbym wyrazić nadzieję, że przejście księży i świeckich po prostu do struktur FSSPX nie będzie jedyną drogą. Już dziś te środowiska a przede wszystkim tradycyjne instytuty, powinny rozważać i przygotowywać się do wejścia na drogę, po której cały czas skutecznie i bezpiecznie kroczy FSSPX. Ważne byłoby nawiązanie kontaktów (już dziś!) z Bractwem, żeby w momencie "ZERO" pracować niezależnie, zachowując własne struktury, ale we współpracy a nie w wyniszczającej wojnie.
Ja proponuję wygasić tutaj tę "pretensjonalność". Szukać pojednania, a nie omawianej "kości niezgody". Wydaje mi sie, że Panowie bez problemu byście się dogadali, ale jak zwykle "diabeł tkwi w szczegółach" i wygląda jakby to był spór. Takie drobne sprzeczki prowadzą do niezgody, a niezgoda rujnuje. Nikt z nas nie jest papieżem, biskupem ani nawet kapłanem. Nikt z nas nie ma jakiegoś wielkiego wpływu na kształt Kościoła. Natomiast swoim postępowaniem możemy przyczynić się do pozyskania dla Kościoła dusz. Proponuję na tym się skupić, a nie uwypuklaniu różnic, które dzielą poszczególne frakcje tradycyjnej odnogi Kościoła. Jedni niech pracują w FSSPX. Inni niech pracują w IBP. Jeszcze inni we własnych parafiach. Przecież nikt na siłę nie musi w jakiś strukturach tkwić prawda? Ważne, żeby działania były w zgodzie z prawdziwą nauką katolicką, którą należy wszędzie szerzyć. Oprócz tego w zgodzie oraz w prawdziwej, katolickiej miłości do bliźniego. Wtedy i owoce z tego będą.
To właśnie wyraziłem w ostatnim zdaniu swojego tekstu. Nie rozumiem dlaczego tak błędnie zostałem odczytany.
Ja nie zauważyłem w Pana poście przesadnego radykalizmu i dążenia do eksluzywizmu. Ewentualnie wizję "trudnych czasów" dla środowiska tradycyjnego, które mogą w przyszłości nadejść.
Nie zauważylem też chęci odłączenia się od Rzymu. Dlatego może to po prostu niezrozumienie. Ja tu nie widzę nic kontrowersyjnego. Wygaśmy te nieporozumienia i dalej razem w słusznej sprawie.