+LiCh+
Kolejny wpis z mojego notatnika. Jeśli trochę przydługawy, przepraszam, jednak mam nadzieję, że nie zrazi to żadnego Sprawkowicza przed przeczytaniem. Postaram się publikować wpisy 2 razy w tygodniu (najczęściej Poniedziałek i Piątek). Zapraszam do lektury…
Różnorodność jest słowem, które w dzisiejszych czasach budzi bardzo skrajne emocje. Lewactwo bowiem, jako jedną ze swoich (anty) cnót stawia na piedestale właśnie różnorodność, np. orientacji seksualnej, płci, rasy itp. Modernizm, czyli de facto lewactwo skrojone pod katolików, także stara się iść tą drogą, głosząc różność wyznań (każda religia prowadzi do Boga), różne duchowości (wyznawaj wiarę jak chcesz, na swój sposób, byle by relacja z Bogiem była), różność prawd (ty masz swoją prawdę a ja mam swoją)…
Nic więc dziwnego, że prawdziwy katolik może mieć do tej całej różnorodności pewną awersję, objawiającą się tym, iż reagujemy negatywnie na jakiekolwiek odchyły od tego co w naszym mniemaniu jest normą. Piotrek jest zbyt głośny a mi się wydaje że katolik powinien być cichy - źle! Paweł nie lubi książki, która mnie wzniosła na wyższy poziom rozumienia wiary - coś z tym kolesiem jest nie tak! Tomek zagłosował na PiS!? - Prawdziwy katolik nie dałby się tak nabrać! Często łapię się też na takim błędzie myślowym, że skoro na mnie coś zadziałało w konkretny sposób, to zadziała to tak samo na drugiego człowieka. Irytuję się, że po pokazaniu żonie np. kazania, które dało mi do myślenia, ona mówi, że do niej to nie przemówiło jakoś specjalnie.
Kolejnym błędem wynikającym ze złego postrzegania różnorodności jest przekonanie, że muszę być jak ktoś, kto jest dla mnie autorytetem w wierze. Święta Y złożyła śluby czystości w wieku 4 lat, a ja mam 30 i dalej ciężko walczę z nieczystością w moim życiu - żałosny ze mnie katolik. Święty X spał 4h dziennie a ja śpię 8h - jestem słabym katolikiem. Mam nudne życie, tylko praca, rodzina, modlitwa… Powinienem jeździć po świecie i głosić Prawdę - ale ze mnie nudny katolik… Takie podejście, nie dość że odciąga nas od skupienia na tym co możemy zrobić tu i teraz w naszym życiu, to jeszcze stwarza ryzyko popadnięcia w zniechęcenie czy nawet rozpacz, a w efekcie może prowadzić nawet do porzucenia starań.
Czy różnorodność jest więc faktycznie taka zła? Rozsądek podpowiada mi, że nie, ale długo nie mogłem zrozumieć dlaczego. Mam świadomość przecież, że świat sam w sobie jest tak zróżnicowany, ludzkie charaktery tak inne od siebie, a jednak jak przychodzi co do czego, bardzo często łapię się na błędach opisanych wyżej. Gdzieś słyszałem, że Kościół to ciało, w którym różne członki mają różne zadania, ale w praktyce nie potrafiłem tego myślenia przełożyć na życie, podświadomie wierząc, że katolicy powinni zlać się w jednolitą masę, żyjącą tak samo wedle tych samych zwyczajów, mając te same gusta. Przez brak jasności w tym temacie, często działałem na tzw. czuja, kiedy przyszło mi rozsądzić, czy w danej sytuacji różnorodność jest dobra czy zła.
Uporządkować ten temat pomogła mi matematyczna metafora, która pewnego dnia wpadła mi do głowy. Może się ona wydawać dość dużym uproszczeniem, jednak bardzo trafnie oddaje istotę problemu i sprawia, że o wiele łatwiej jest rozpoznać dobrą różnorodność oraz o wiele łatwiej zrozumieć dlaczego katolicy tak się od siebie różnią…
Często kiedy chcę komuś uargumentować dlaczego może być tylko jedna prawda, używam przykładu że 2+2=4 i nie może równać się 5 czy 6. Czasami, aby zobrazować takiej osobie logikę lewactwa mówię: „Oni próbują przekonać ludzi, że 2+2 to nie 4, a 22, i wielu ludzi się na to nabiera, bo pozornie ma to nawet sens… Wrócę jednak do 2+2=4. Gdyby głębiej się nad tym zastanowić to 2x2 też jest 4, a także i pierwiastek z 16 jest równy 4. Dało mi więc to do myślenia, iż wiele różnych działań może prowadzić do tego samego wyniku, byleby tylko cały czas używać do tego prawidłowych zasad matematyki. Zrozumiałem wtedy, że w naszych życiach, tymi „zasadami matematyki” są zasady katolickie, i że nie liczy się to aby każdemu wyszedł ten sam wynik, a raczej to aby każdy poprawnie używał tychże zasad i dążył do wyniku, który zaplanował dla niego Bóg.
Pozwolę sobie teraz puścić wodzę fantazji… Załóżmy, że życie każdego z nas to działanie matematyczne, które ma doprowadzić do jakiegoś konkretnego wyniku. Ponadto przyjmijmy (tak jak pisałem wyżej), że Prawdy katolickie to właściwe zasady wedle, których trzeba dokonywać „obliczeń”. Jako, że każdy człowiek ma inną misję daną od Boga wyniki między ludźmi będą się od siebie różnić. Już tutaj można zauważyć, że nie każdy katolik ma dążyć do tej samej wartości. Bóg decyduje, i wie co będzie najlepsze dla danej osoby aby doprowadzić ją do konkretnego wyniku. Trzeba też wspomnieć o tym, że przeciętny człowiek nie wie co kryje się po znaku =, jednak we współpracy z Opatrznością jest w stanie dążyć w stronę właściwej liczby dość precyzyjnie. Wiemy też, że ludzie są od siebie różni oraz żyją w różnych okolicznościach, stąd też każdy zaczyna z innym numerem na start, a także może dokonywać innych działań. Błędem jest więc oczekiwać aby każdy szedł tą samą drogą co my, skoro jeden zaczyna jako 2 a inny jako 17, skoro od jednego Bóg oczekuje dążenia do wyniku 100 a od drugiego 20, czy skoro jednemu Bóg udziela łaskę pod postacią -25 a innemu +16.
Schody zaczynają się wtedy kiedy sami zaczynamy wymyślać jaki wynik chcielibyśmy osiągnąć i jakie działania chcemy podejmować, albo co gorsza, kiedy zaczynamy w tym temacie słuchać głosu świata… Media, reklamy, influenserzy dają do zrozumienia, że jak nie osiągniesz w życiu 777 to będziesz nikim, oraz podsuwają fałszywe środki aby osiągnąć tę wartość. Lewactwo idzie o krok dalej, wmawiając ludziom, że każdy sam może sobie ustalać zasady wedle których będzie liczyć, że każdy może być jakim chce numerem, i może osiągać różne wyniki w różnym czasie. Modernizm natomiast głosi, że każde zasady matematyczne pomogą dotrzeć do poprawnego wyniku… każde oprócz tych prawdziwych, tradycyjnych…
Nie chcę się przesadnie rozpisywać aby nie komplikować tematu, jednak aby jeszcze dosadniej pokazać jak różne mogą być drogi do Boga posłużę się dwoma przykładami, zostając w duchu tej metafory.
Pierwszy przykład jest z życia wzięty. Urodził mi się syn, Ignacy, który po godzinie niestety zmarł. Dzięki Bogu udało nam się go ochrzcić, więc mam pewność, iż trafił prosto do Nieba. Po ludzku sytuacja jest bez sensu, przecież zakładamy że każdy ma prawo żyć, dorastać… Jeśli jednak założymy, że Ignacy urodził się z numerem np. 11 i Bóg oczekiwał od niego wyniku 11, ta sytuacja nagle nabiera zupełnie innego znaczenia. My z żoną to akceptujemy i w tej tragedii cieszy nas to, że małego spotkało tak duże wyróżnienie, że został stworzony prosto do Nieba. Znam jednak ludzi którzy w podobnej sytuacji kurczowo trzymają się swojego pomysłu na to jak mogło żyć ich dziecko, swojego pomysłu na wynik ignorując to co postanowił Bóg, przez co po wielu latach dalej rozpaczają nad stratą ukochanego maluszka…
Drugi przykład natomiast ma pokazać, jak pozornie tacy sami ludzie mogą mieć zupełnie inne drogi. Mamy więc dwie osoby o numerze 9, które mają dążyć w życiu do wyniku o wartości 3. Jedna 9 znajdzie na swojej drodze 6 która odejmie jej wiele wad i tak otrzymamy 9-6=3. Prawidłowo! Druga 9 wybierze jednak życie w samotności, np. w zakonie i nałoży na siebie życie kontemplacyjne jako pierwiastek. A pierwiastek z 9 to także 3. Bingo!
Kiedy więc ktoś w życiu próbuje wmówić mi, że różność zasad jest cenna, wiem że to brednie, ponieważ tylko zasady katolickie są prawdziwe i właściwie kierują naszym życiem. Kiedy ktoś będzie próbował mnie przekonać, że każdy katolik ma iść tymi samymi ścieżkami i być taki sam jak reszta, wiem że to także są brednie. Natomiast jeśli ktoś chce się ożenić, inny chce tworzyć katolickie dzieła a jeszcze inny chce żyć kontemplacyjnie, to wiem, że to te piękne zróżnicowanie, które stworzył Bóg dając nam nasze własne indywidualne cechy. Wiem, że jako katolik muszę starać się dążyć do wyniku jaki zaplanowała dla mnie opatrzność, niezależnie od tego czy uda mi się go osiągnąć czy nie. Że muszę zaakceptować to jakim stworzył mnie Pan i w jakich okolicznościach przyszło mi żyć aby dobrze „wykonać działanie mojego życia”. Wiem, że „wzory”, które promuje świat zwodzą na manowce i tak komplikują sprawę, że naprawdę ciężko jest potem wrócić na prawidłowy tor.
Katolik musi także bronić Prawdy i wiedzieć, że ona jest niezmienna, i że tylko wokół niej można budować jakąkolwiek jedność. Jeśli natomiast w imię jedności i różnorodności odchodzi się od prawdy to jest to straszny fałsz.
Przepraszam, jeśli przegadałem temat, jednak mam nadzieję, że ktoś skorzysta i wyciągnie z tego wartość dla siebie. Z Panem Bogiem
Komentarze
Mam podobne odczucia. Także łapię się na tym że chciałbym żeby wszyscy postępowali i myśleli tej jak ja. Trudno mi zaakceptować różnorodność u innych prawych katolików-będę musiał przemyśleć ten temat i wdrożyć program naprawczy
Laudetur Iesus Christus!
Bardzo trafne porównania. Ma Pan wyjątkowo lekkie pióro i świetnie się Pana czyta. Proszę się nie ograniczać i o ile ma Pan czas i ochotę to, przynajmniej ja, z chęcią przeczytam dłuższe teksty.
Bóg zapłać!
Świetny artykuł, dobrze wyjaśniłeś to zjawisko.
Dla mnie osobiście najtrudniej jest przyjąć, że jestem tu i teraz i muszę grać kartami, które zostały mi rozdane. Przed nawróceniem wpakowałam się w różne zobowiązania i teraz, po nawróceniu, czuje się jak w więzieniu, z którego nie mogę uciec. Chcę mi się wyć i nie potrafię się z tym pogodzić, że przez późne nawrócenie zdążyłam sobie tak namieszać w życiu. Tracę poczucie sensu i czuje się jak największy śmieć.
Jeśli Cię to pocieszy to opowiem Ci że ja także bardzo poplątałem swoje życie. Pomijając masę uzależnień, które więziły mnie i nie pozwalały mi ruszyć z miejsca, to w młodym wieku przez złe decyzje wpadłem w wielki dług który na 7 lat przekreślił jakiejkolwiek młodzieńcze plany i marzenia. Niestety musiałem poświęcić młodość aby się odkopać, przez co niejednokrotnie czułem się jak śmieć. Jednak na swoj sposób trwałem przy Panu Bogu i starałem się krzewić wiarę jak umiałem. Na sam koniec dlugu bylo najgorzej, mialem prawie 30 lat a bylem sam jak palec bez perspektyw. Nagle przyszedl okres gdzie wszystko sie odmienilo, w pol roku stalem sie mężem, mam 2 dzieci jedno po drugim (chociaż niestety Ignacy zmarł) i moje życie ogólnie nabrało rumienców. Trzeba trwać przy Bogu, to jest najwazniejsze! Nawet jesli juz do konca zycia nie bedzie tak jak chcemy, pamietajmy ze to tylko chwila i starajmy sie szukac pereł w terazniejszych okolicznosciach. Bóg wie jak doprowadzić Cię do prawidłowego wyniku!
Bardzo do mnie przemawia takie "matematyczne" wyjaśnienie problemu. Chętnie przeczytam inne Pana rozważania.
Laudetur Iesus Christus,
Dla nas katolików, jedyny i prosty tor prowadzi do Królestwa Niebieskiego - i tego się trzymajmy. Dziękuję za kolejną rozprawkę, która wielu powinna otworzyć rozum na dobre pojmowanie katolickiej różnorodności.
Z Panem Bogiem