MOJA NIENAWIŚĆ DO MODERNIZMU

14.04.2025

Dziś o mojej nienawiści do modernizmu. Czy katolik może nienawidzić? Oczywiście. Nie wolno mu nienawidzić człowieka. Ale też nie wolno mu nie nienawidzić błędu. Nienawiść do błędu jest fundamentem umiłowania prawdy. Za co więc nienawidzę modernizmu? Za to, co przez wiele lat robił z moim życiem oraz za to, co zrobił przez ostatnie kilkadziesiąt lat z moją Matką Kościołem.

Po pierwsze: utrzymywał mnie i nadal utrzymuje miliony w stanie ciągłego rozdarcia między miłością do Jezusa Chrystusa a niechęcią do kościółkowych klimatów. Ja z jednej strony byłem przekonany, że obcuję z prawdą, gdyż oczywiście modernizm nie zdążył wypłukać całej prawdy z Kościoła. Na to na szczęście kilkadziesiąt lat nie wystarczy. Wierzyłem więc, że obcuję z prawdą i wierzyłem w moc sakramentów. Z drugiej strony przeżywałem katusze, gdy moje męskie serce miało zmieścić się w klimatach rzewnych przyśpiewek, sztucznych uśmiechów i drętwych żartów. I nie, to nie złośliwość z mojej strony. To prawdziwa złość, gdyż takie rzeczy niejedno męskie serce albo zmiękczyły, rozciapkały, zniewieściły, albo - jeżeli serce nie było w stanie wyrzec się całej swej męskości - odepchnęły od Kościoła.

Po drugie: za lata utrzymywania mnie i milionów w przekonaniu, że miłość polega na wywołaniu pozytywnych uczuć. Modernizm nie tylko cały ciężar z kultu Boga przeniósł na pełną koncentrację na człowieku, ale na dodatek jest to koncentracja najbardziej śliska z możliwych. Nie koncentrujemy się bowiem na rozumie człowieka, na rozwoju cnót, na wyzbyciu się wad, ale na uczuciach: elemencie najbardziej ulotnym, zmiennym, zależącym od wielu, wielu czynników, w tym choćby pogodowych. Uczucia. Gdy w tej modernistycznej wersji kościoła ktoś na przykład bredzi (czyli głosi herezję lub nawet jej z pozycji jakiegoś autorytetu naucza), nikt już z całą mocą nie stanie w obronie prawdy, w obronie doktryny katolickiej, skarbu, na którym najmniejsza rysa jest katastrofą. Nie stanie też w obronie duszy samego bredzącego, gdyż herezje zagrażają przecież jego duszy.

Dlaczego nie stanie w obronie? Bo Stefanowi, Halinie lub księdzu Jackowi, co jest równy gość, będzie... przykro. Ile razy byłem w takiej sytuacji, że starałem się dojść do prawdy i słyszałem, że potraktowałem kogoś bez miłości. Zmieniałem więc ton, przyklejałem sztuczny uśmiech, zmiękczałem tembr swojego głosu, byle tylko komuś nie było przykro. I tak było. Dlaczego? Bo prawda jest wykluczająca. Prawda jest dla fałszu przykra. Z tego miejsca chcę pozdrowić wszystkich Stefanów, Haliny i księży Jacków, przytoczenie tych imion powyżej jest zabiegiem stylistycznym i nie oznacza, iż wszystkie osoby o tym imieniu uznaję za modernistów.

Nienawidzę modernizmu za wypędzenie z Kościoła mężczyzn. Najbardziej inspirującą (ponieważ jedyną prawdziwą) religię świata modernizm dla kilku ostatnich pokoleń zamienił w intelektualną breję. Nienawidzę modernizmu za to, że utrzymywał minie i utrzymuje miliony w przekonaniu, że Pan Bóg jest niesamowicie tajemniczy i ukryty. Tak tajemniczy, że w jego Kościele co chwile jest jakaś sprzeczność. Tak tajemniczy, że stworzył mężczyznę i dał mu rozum, by potem oczekiwać od niego zaparcia się wszystkiego co w nim męskie i - przede wszystkim - zaparcia się swojego rozumu. Ile razy słyszałem, że widzę niekonsekwencję we współczesnym nauczaniu dlatego, że za bardzo używam rozumu, a za mało serca. Bóg jest taką miłością, że aż z miłości się ciągle zmienia...

Skoro bowiem kogoś prawosławni obdzierają ze skóry gdy ten mówi im "nawróćcie się na katolicyzm", po czym Kościół uznaje go za świętego, po czym zostaje on jednym z patronów Rzeczypospolitej, a już za kilkaset lat modlimy się z prawosławnymi razem, podobnie zresztą jak z Indianami, szamanami i heretykami, to znaczy że mam wyłączyć logikę, bo Bóg jest miłością tak bardzo, że się zmienia. A to już koniec katolicyzmu, jeżeli Bóg się zmienia.

Czy rozumiesz, mój Drogi Czytelniku, jaka to zbrodnia? Modernizm narysował mi obraz Boga, który powodował mój brak zaufania - czy wręcz niechęć. Jak rozdarte jest wtedy męskie serce? Na szczęście odnalazłem znów katolicyzm. Wiarę apostołów, męczenników, św. Augustyna, św. Tomasza z Akwinu, św. Andrzeja Boboli, św. Piusa X. Naukę tak logiczną, że zawstydza matematykę czy nawet samą logikę. Wiarę idealną dla mężczyzn i kobiet. Wiarę idealną. Wiarę prawdziwą. Wiarę katolicką. Nazywa się ją dziś Tradycją, ale jest to nazwa przejściowa, żeby odróżnić religię katolicką od modernizmu, dopóki ten ostatni nie zdechnie za kilka lub kilkaset lat. Tradycja to katolicyzm. Koniec kropka. A modernizmu nienawidzę.

Dla nieuważnych lub takich co chcieliby świadomie moje słowa nagiąć, powtórzę: nienawidzę modernizmu. Modernistów kocham, czyli pragnę ich dobra: żeby wszyscy jak najszybciej z modernizmu się wyrwali.

Tagi: modernizm

Komentarze