Dziś kontynuujemy temat depresji, która według Światowej Organizacji Zdrowia do roku 2030 ma być najpowszechniejszym schorzeniem na świecie. Swoją drogą powstaje pytanie, czy jest to jedynie prognoza WHO, czy raczej ich... CEL.
Depresji w tych czasach sprzyja niemal wszystko. Gnoza, która każe człowiekowi szukać odpowiedzi i szczęścia poza Panem Bogiem. Rosnące spożycie alkoholu który, choć oczywiście dany nam przez Pana Boga, coraz powszechniej stosowany jest w sposób niezwykle szkodliwy. Niesamowite spustoszenie poczyniła tu tzw. pandemia, ponieważ jeszcze jakiś czas temu alkohol mimo wszystko kojarzył się z sytuacjami społecznymi, a picie samemu powszechnie uważane było za pierwszą oznakę złej relacji do tej używki. Tymczasem po pandemii dla ogromu ludzi szczytem "relaksu" jest ekran (np. z serialem) plus piwo, wino czy co tam jeszcze. Picie samemu stało się po pandemii czymś zupełnie społecznie akceptowalnym.
Wracając do przyczyn depresji, wczoraj pisałem o tym jak sprzyja jej smażenie mózgu dopaminą w świecie wirtualnym. Dziś chcę wspomnieć o kolejnym czynniku bardzo sprzyjającym depresji. Jest nim zupełne zafałszowanie konceptu szczęścia. Media na milion sposobów od dziesięcioleci wkładają do głowy człowieka pewną wizję szczęścia. Budzę się rano i jest dobrze. Jest ładna pogoda. Ja wyglądam dobrze. W kontaktach z innymi głównie wybuchamy śmiechem. W miłości damsko-męskiej przez większość czasu jest oczywiście bardzo romantycznie, a partner jest przez większość czasu balsamem dla mojego życia. Odnoszę sukcesy. Jestem pozytywnie nakręcony. Jeżeli mam dzieci, jako ojciec wożę je na plecach jak konik, one ciągle się śmieją, a na koniec przepiękna mama przynosi nam lemoniadę i wszyscy padamy sobie w ramiona. Dialogi międzyludzkie są zwykle błyskotliwe, a problemy pomagają rozwiązać wierni przyjaciele, najczęściej atrakcyjni. Od obudzenia do pójścia spać czuję się akceptowany przez wszystkich.
Gdy wypowie się te i podobne obrazki na głos, brzmi to oczywiście groteskowo. Tyle, że większość ludzi zdaje się właśnie tak wyobrażać sobie szczęście, przynajmniej podświadomie. Jak mogłoby być inaczej po milionie obejrzanych reklam, filmów, seriali i wpisów na mediach społecznościowych, które szczególnie zakłamują obraz rzeczywistości. W Polsce przynajmniej wolno narzekać - pomyślmy, że są kraje, gdzie kłamie się nie tylko w reklamie i wpisach na fejsie, ale też w każdej rozmowie. U mnie pełna petarda i do przodu, a u Ciebie?
Tymczasem depresji niezwykle sprzyja przedłużający się stan nieakceptacji rzeczywistości, która objawia się uświadomionym lub nie, przekonaniem, że powinno być lepiej niż jest. Powstaje pytanie, czy jest w tym coś niewłaściwego, skoro sam św. Tomasz z Akwinu mówi, że pragnienie szczęśliwości jest czymś wspólnym dla każdego człowieka w historii świata. Tyle, że problemem nie jest tu pragnienie szczęśliwości, ale jej definicja, lub raczej wyobrażenie. Tymczasem dojrzały katolicyzm oznacza akceptację rzeczywistości taką, jaka jest. Nie oznacza to brak starań o to, by ją poprawić, ale oznacza brak ciągłej frustracji stanem obecnym. W katolicyzmie również samo tzw. szczęście, choć wszyscy go pragniemy już tu na ziemi (podkreślam: pragniemy, a nie oczekujemy) nie jest naszym celem, ale efektem ubocznym właściwego życia.
Komentarze
Panie Boże zapłać Sprawkom za te kamienie milowe na drodze do Domu Ojca Syna i Ducha Świętego.Matko nasza Niepokalana Dziewico Maryjo prowadź nas.
Bóg zapłać i za te przemyślenia. Zastanawiam się nieustannie jak trafiać do ludzi choćby w moim otoczeniu. Dlatego pozwolę sobie na te refleksje. Skróty myślowe. Złe relacje z alkoholem to najpierw pijaństwo, a potem alkoholizm. Złe relacje z dopaminą to jej przesadne szukanie, a potem dopaminoholizm. I alkohol i dopamina to złudne lekarstwa na depresję. A co na temat fałszywych wizji szczęścia? Tych wizji tyle ile odejść od Boga. Poczucie szczęścia i pragnienie szczęścia są dowodem na istnienie Boga. Bo skąd takie coś w człowieku? O szczęściu łatwiej myśleć niż o Bogu. To dowód na grzech pierworodny. I na naszą stałą skłonność odchodzenia od Boga. Z Panem Bogiem.
W kontekście depresji mnie zastanawia rzecz następująca.
Słusznie lub nie, ja depresję interpretuję jako objaw somatyczny braku nadziei. Innymi słowy stan, w którym brak Boga, brak zawierzenia Bogu przybiera formę zmian biochemicznych, gdzie dodatkowo człowiek traci zdolność postępowania zgodnie z rozumem, uwiąd woli.
Jak zatem zrozumieć zjawisko, dość znaczące, depresji wśród księży. Skutki znamy: samobójstwa, alkohol, inne upadki. Ja rozumiem doskonale, życie duchownego może być często bardzo ciężkie, z różnych względów. Ale czy jest tak źle z wiarą wśród samego duchowieństwa? Czy są jakieś kościelne statystyki w tej materii? Czy znane są jakieś trendy?
Gdybym nie znał takich przypadków uznałbym to niemalże za oksymoron, depresja u ksìedza. A jest odwrotnie, jest to zjawisko częste.