BUDUJMY WSZYSTKO NA BOGU

28.12.2024

Dziś chciałbym podzielić się bardzo wyraźną obserwacją, której po raz nie wiadomo który dokonałem w swoim życiu. Teza jest oczywista, być może dla Ciebie, mój Drogi Czytelniku, brzmieć ona będzie banalnie. Jednak po pierwsze, rzeczy nawet oczywiste nie zawsze łatwo jest, przynajmniej mi, wprowadzać w życie, a po drugie, o ile łatwiej jest w coś wierzyć, gdy tyle razy można było potwierdzenie tej tezy obserwować we własnym życiu. Jeżeli zatem dzisiejsza rozprawka wyda Ci się banałem, wybacz mi i pozwól mi zwyczajnie podzielić się swoim zdumieniem, jak sprawdza się pewna zasada. O co chodzi?

Otóż o to, że niczego w życiu nie warto budować nie opierając tego na Panu Bogu, nie rozpoczynając od powierzenia tego Panu Bogu i nie powierzając Mu tego wciąż na nowo. Mówię o wszystkim co można by nazwać jakimś projektem, przedsięwzięciem, zamierzeniem, sprawą, problemem do rozwiązania. W dawnej duchowości katolickiej sprawa ta wydawała się oczywista. Nie wychodzi się orać pola i siać na nim bez powierzenia sprawy Bogu. Nie rozpoczyna się wojny czy pojedynczej bitwy nie powierzając sprawy Bogu. Bogu powierzało się wszystko. W nowoczesnym, modernistycznym podejściu istnieje tendencja do dwóch wypaczeń. Albo przedstawia się Pana Boga jedynie w aspekcie życia duchowego, jakby uwłaczało Jego wielkości a naszej powadze powierzanie Mu na przykład podejmowanego przez nas zadania skopania ogródka, albo, w drugiej skrajności, proszenie Go o konkret - chcę samochód, chcę cudownego uzdrowienia, daj mi tego a tego chłopaka za męża itp. Z jednej strony mamy niepowierzanie Bogu prozy życia, z drugiej konkretne żądania, zgodnie z naszym wyobrażeniem tego co dla nas dobre.

Wróćmy do obserwacji, którą ostatnio poczyniłem. Jak każdy człowiek, mam w swoim życiu rozpoczęte sprawy, pewne pola troski, zmartwienia, zarówno w życiu osobistym jak i chociażby w tej pracy, w projekcie o nazwie Sprawki Okiem Katolika. I jak to w życiu bywa, tu coś wychodzi, tam nie wychodzi, tutaj widać postępy, gdzie indziej coś idzie jak krew z nosa lub nawet się cofa. Natomiast zrobiwszy prosty schemat i zastanowiwszy się co powierzałem Bogu, a co robiłem wierząc w swoje własne siły, które pomysły rodziły się w czasie uporządkowanego życia modlitewnego, a które w czasie mniej uporządkowanego (myślę, że już wiesz o co mi chodzi), naprawdę widać te zależności. Kwitnie tam, gdzie pokornie polegam tylko na Bogu i jemu powierzam. Tam, gdzie - co wciąż zdarza mi się często - biorę sprawy w swoje ręce i polegam tylko na swojej pomysłowości, zaradności itp., tam idzie jak krew z nosa lub nie idzie wcale.

Rozprawka ta nie miała na celu zniechęcenie do pomysłowości i zaradności, ale do niepolegania na nich bez opierania wszystkiego o Pana Boga. Jakie to jest proste. I jakie czasem trudne. Wszystko powierzać. Od kwiatka w doniczce przez pracę zawodową, wychowanie dzieci, po naprawę pękniętej relacji. Nie zabierać się za to bez osadzenia tego w Panu Bogu. Strata czasu i energii. I ryzyko, że jeszcze bardziej się namiesza. Powierzać warto wszystko.

Komentarze