Dziś opowiem o pewnej swojej obserwacji na temat Tradycji katolickiej, szczególnie jej sytuacji w Kościele. To o czym powiem, nie jest wystarczającą przyczyną by przylgnąć do Tradycji katolickiej i nie powinno nią być. Przyczyną wybrania Tradycji powinna być tylko zawarta w niej Prawda. Jest jednak pewna obserwacja, która może odrobinę ten rozumowy wybór wspomóc, choć powtarzam - jedynie wspomóc.
Co mam na myśli? Chodzi o stosunek wielu współczesnych hierarchów do Tradycji. W niestety dość kpiąco zatytułowanym dokumencie Traditionis Custodes, czyli "Obrońcy Tradycji", jednocześnie likwidującym niemal Mszę Tradycyjną, jej los w każdej diecezji pozostawiono w pewnym stopniu w gestii biskupa. Los ten w większości przypadków jest ciężki. Teraz teza. Dla ludzi wierzących, interesujących się Kościołem i jego historią być może wyda się oczywista, dla ludzi niewierzących z pewnością naciągana. Brzmi tak, że nic nigdy tak nie mierziło części ludzkości jak katolicyzm. Samo otwarcie ust i wypowiedzenie prawdy wiary katolickiej było w licznych miejscach i momentach powodem do męczeńskiej śmierci.
Męczennik wygłasza ustami prawdę, która go mierzi. Albo powoduje niepokój u splamionych sumień, albo na tyle zmienia cały paradygmat widzenia świata przyjmowany przez nawróconych, że psuje to czyjeś interesy. I trzeba wtedy katolika usunąć. Trudno wyobrazić sobie, że ktoś pojawia się w jakimś niekatolickim społeczeństwie i zaczyna opowiadać np. o religii zielonego krasnala, po czym ginie śmiercią męczeńską. Prędzej zostałby wyśmiany i uznany za niegroźnego, bo pójdzie za nim nikt, albo kilkoro nieogarniętych wyznawców. Gdy jednak przyjdziesz z Ewangelią, robi się groźnie, bo jest ona - w odróżnieniu od wszystkich innych treści świata - Prawdą, a Prawda jest jedynym, co doprowadza fałsz do wzburzenia.
Dlaczego powinno się być katolikiem? Bo katolicyzm to Prawda. Natomiast fakt, że jest on tak nielubiany, choć nie jest dowodem prawdziwości katolicyzmu, jest dla mnie subiektywnie jego uwiarygodnieniem. I podobnie jest z Tradycją katolicką. Gdy w XX wieku chora filozofia, zainfekowana subiektywizmem, liberalizmem i relatywizmem, zaraziła teologię rodząc potworka modernizmu, Kościół zaczął być niestety przestrzenią wielu "prawd", względem których liberałowie są tolerancyjni. Dopuszczalne jest coś, co mówi jeden nurt, dopuszczalne jest coś, co mówi inny nurt i nie stanowi problemu, że oba sobie wzajemnie przeczą. Im bardziej otwarci stają się hierarchowie na wszelką heterodoksję (czyli uznawanie czegoś sprzecznego z ortodoksją), tym bardziej zamknięci stają się właśnie na samą katolicką ortodoksję, czyli Tradycję.
Jest to jedyna sól w oku. Jedyną solą w oku fałszu jest prawda. Żaden fałsz nie zagraża zbytnio innemu fałszowi. Fałszowi zagraża jedynie prawda. Nic dziś w Kościele nie jest bardziej zakazywane lub ograniczane niż Tradycja katolicka. Jak już pisałem, nie jest to dowód na nic, ani powód, by do Tradycji przylgnąć, bo tym powinna być jedynie zawarta w niej prawda. Ale dla mnie subiektywnie, traktowanie Tradycji przez modernistycznych hierarchów jest dodatkowym jej uwiarygodnieniem. Skoro widzę, że dany hierarcha głosi błąd, po czym największy problem widzi w Tradycji.
Komentarze
Jednak odnoszę wrażenie, że ta niechęć wśród duchowieństwa jest mniejsza niż dawniej.