Niegdyś poprosiłem o zasugerowanie tematyki rozprawek. Przyszła taka odpowiedź: Temat trudny i nie umiem sobie na niego odpowiedzieć. Chodzi o pokorę i pychę. Jestem dzieckiem Bożym umiłowanym obdarzonym hojnie przez Ojca. Z tego powodu powinnam być dumna. I teraz problem. Jak to pogodzić z pokorą. Tą dumę z bycia dzieckiem bożym z pokorą. A teraz pycha. Gdzie jest ta granica. Jak rozpoznać, że jestem pyszna a nie naprawdę dumna ze swojego dziecięctwa Bożego, że zwycięstw w walce duchowej itp. A jeżeli kogoś upominam to jak potem nie słuchać podszeptów szatana, że kto mi dał do tego prawo, gdzie twoja pokora jak mogłaś. Czyli pycha pokora duma z bycia dzieckiem bożym radość chrześcijańska i jak się w tym nie pogubić i nie stać się pyszałkiem. Jak odróżnić pokorę od tchórzostwa. Myślę, że wielu katolików musi się z tym mierzyć.
Dziękuję za ten wpis i przyznaję, że wielu katolików musi się z tym mierzyć, a to za sprawą dużego zamętu pojęciowego, jaki niestety w naszych czasach panuje. Jednym z niezwykle niebezpiecznych przejawów ataku na Kościół Katolicki, w tym przypadku od wewnątrz, jest mylenie pojęć. Pomyśl, mój Drogi Czytelniku, jakie postępy poczynić może przeciwnik, gdy ludziom pomiesza język na tyle, że nikt nie będzie rozumiał na czym te 7 grzechów polega? Jak trudno może być nam walczyć z grzechem nie rozumiejąc jego istoty? Pycha. Niezliczoną liczbę razy spotkałem się z niewłaściwym używaniem tego słowa. Ktoś mówi, że zna prawdę? TO PYCHA! Ktoś uważa, że coś umie? TO PYCHA. Zatem pokorą musi być mówienie, że nie znasz prawdy oraz że nic nie umiesz.
Proste? Oczywiście nie. Czym zatem jest PYCHA? To składowa wszelkich grzechów. W niej tkwi istota zła. Pycha to przerost miłości własnej, ale uwaga, niekoniecznie życzliwej. "Jestem cudowny, fajniejszy, mądrzejszy i lepszy niż inni i moja w tym zasługa" to pycha, którą rozpoznajemy łatwo. "Jestem beznadziejny, mniej fajny, głupszy i gorszy niż inni" jako postawa przeciwna, wydaje się więc pokorą. A jest to jedynie inny przejaw pychy. Pycha to przypisywanie sobie innej wartości niż prawdziwa, większej czy mniejszej - to nie ma znaczenia. Czy siebie zachwalam, czy czynię cierpiąco-niby pokornym, przypisuję sobie większa istotę, wagę, niż mam naprawdę. Pokora nie polega na przypisywaniu sobie gorszych cech niż mam w rzeczywistości, ale na wskazaniu, że źródłem wszelkiego dobra w nas jest Pan Bóg, a nie my sami.
Gdy pięknie śpiewamy, pokorą nie jest mówienie: "e tam, tak sobie trochę skrzeczę..." Pokorą jest nieprzypisywanie sobie zasługi. Tak pięknie śpiewam. Jeżeli to tylko talent, zawdzięczam go tylko Bogu. Jeżeli to talent plus praca, talent zawdzięczam Bogu, a pracę - uwaga - też zawdzięczam tylko Bogu. Wszyscy, sami z siebie, jesteśmy naprawdę bardzo mierni. Jedynie pozwalając Duchowi Świętemu działać w nas, co wymaga dużej walki z naszą pychą, możemy otworzyć się na jakieś cechy pozytywne - rozumność, miłość, dobrotliwość itd. Najlepiej w ogóle nie skupiajmy się zbytnio na tym pyłku, jakim w porównaniu do Boga i wieczności jesteśmy. Rozkosz kryjąca się za taką postawą przerośnie wszystkie nasze oczekiwania. A odpowiadając bardziej konkretnie na pytania z wpisu: Jestem dzieckiem Bożym umiłowanym obdarzonym hojnie przez Ojca. Z tego powodu powinnam być dumna.
I teraz problem. Jak to pogodzić z pokorą? Moim zdaniem chodzi o źródło tej dumy. Jestem dumny z bycia dzieckiem Bożym i przypomina to wielką wdzięczność, czy jestem dumny z bycia dzieckiem Bożym i przypomina to satysfakcję z jakiegoś osiągnięcia? W drugim przypadku może oznaczać to brak pokory, gdyż przypomnijmy, pycha to przypisywanie sobie innej wartości niż prawdziwa. Dalej było pytanie: Jak rozpoznać, że jestem pyszna a nie naprawdę dumna ze swojego dziecięctwa Bożego, że zwycięstw w walce duchowej itp. Ponownie, bycie dumnym z ze zwycięstw w walce duchowej ma przypominać najwyżej dumę dziecka, które wygrało konkurs na wierszyk. Ma to być wdzięczność, a nie satysfakcja, bo niezależnie jak ciężki bój duchowy stoczyliśmy, zwycięstwo zawdzięczamy Bogu, nie sobie.
Kolejne pytanie: A jeżeli kogoś upominam to jak potem nie słuchać podszeptów szatana, że kto mi dał do tego prawo, gdzie twoja pokora jak mogłaś. To dotyczy raczej przylgnięcia do prawdy, a nie samej tematyki pokory i pychy. Trzeba znać prawdę o swoich motywacjach w upominaniu. Właściwe motywacje to miłość bliźniego i miłość do prawdy. Natomiast miłość do racji to znowu przypisywanie sobie innej wartości niż prawdziwa, a zatem pycha. I ostatnie pytanie: Jak odróżnić pokorę od tchórzostwa. Znowu, przylegając do prawdy. Jeżeli powinienem coś czynić, a nie czynię, z czego to wynika? Lenistwo, tchórzostwo, czy może właśnie źle rozumiana pokora? Moim zdaniem, a przypominam, że wszystko co piszę to ewentualnie pożywka dla rozumu, nie jestem duszpasterzem, ani autorytetem moralnym, a więc ja rozumiem to tak, że pokora to prawda, pycha to fałsz i to tutaj najprościej szukać rozróżnienia.
Prawda jest taka: sam z siebie nic dobrego nie mogę. Załóżmy teraz, że coś osiągnąłem, nawet same szczyty. Śpiewam najpiękniej na świecie, wynalazłem lek na wszystko, zaprojektowałem lub zbudowałem najpiękniejszy budynek w mieście. Zaprzeczanie temu lub umniejszanie tego nie jest pokorą ale pychą. Uznawanie tego i przypisywanie SOBIE zasługi również jest pychą. Uznawanie tego i przypisywanie, w duchu wielkiej wdzięczności, całej zasługi Panu Bogu wydaje się być pokorą. Mój Drogi Czytelniku, jeżeli masz chęć, napisz w komentarzu co sądzisz o tym co napisałem. Pycha to przypisywanie sobie innej wartości niż prawdziwa. Pokora to przypisywanie sobie wartości prawdziwej, a Panu Bogu przypisywanie wszelkiego dobra, również tego w nas.
Komentarze
Odrobinkę polemiki:
"Jestem beznadziejny, mniej fajny, głupszy i gorszy niż inni jako postawa przeciwna, wydaje się więc pokorą"
To zdanie stawia na równi myślenie o byciu beznadziejnym i gorszym niż inni. Moim zdaniem to nie jest to samo.
Uczucie beznadziei i brak chęci brania odpowiedzialności za swoje życie we własne ręce jest czymś grzesznym. Zdanie Św. Piotra "Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny" jest właśnie tego typu "fałszywą pokorą". Ja dopiero to zrozumiałem, po tym jak wytłumaczył to na kazaniu ks. Konstantyn Najmowicz. W kościele nowego adwentu w wielu miejscach te słowa Św. Piotra są przedstawiane jako "wspaniały akt pokory".
Wszyscy przecież jesteśmy grzeszni. Po prostu Św. Piotr na tamtym etapie swojego życia nie chciał tej odpowiedzialności, którą został obdarzony przez Pana Jezusa. Myślał o swojej wygodzie.
Co innego to podejście do życia z założeniem, że są ode mnie lepsi lub, że jestem od innych gorszy. Trenuje to mięsień "nie pozjadałeś wszystkich rozumów". Pozwala też spojrzeć na bliźniego z miłością, a nie w celu udowodnienia swojej racji za wszelką cenę.
Z całą pewnością na świecie są ludzie od których jesteśmy w czymś gorsi. Można pięknie śpiewać, ale z wielkim prawdopodobieństwem jest gdzieś ktoś kto robi to lepiej. Zgodnie z Ewangelią bezpieczniej jest usiąść na ostatnim miejscu niż siadać na pierwszym. Mądre katolickie poradniki takie jak "Jak naśladować Chrystusa" czy " Walka duchowa" raczej doradzają, że lepiej jest się nieustannie poniżać niż w jakikolwiek sposób wywyższyć.
Przykłady:
1. Modlę się już cały rok za nawrócenie bliskiego i ciagle mi nie wychodzi. Co z tego?
Św. Monika modliła się kilkanaście lat za Św. Augustyna.
2. Ten mały grzeszek może Pan Bóg mi jakoś wybaczy.
Najświętsza Maryja Panna nie miała żadnego grzechu.
3. Sąsiad tak bardzo błądzi i dużo grzeszy. Łatwo go obgadać i skrytykować. Przecież najfajniej jest pogadać o innych.
Tylko ja sam w niczym nie jestem od niego lepszy, bo na świecie są tysiące ludzi bardziej pobożnych ode mnie. Może lepiej za sąsiada się zacząć modlić?
Dlatego ja nie widzę nic złego w założeniu, że jestem gorszy od innych (nawet jeśli wiem, że radzę sobie dobrze). Nie widzę nic złego w umniejszaniu własnej osoby. Jednak nie można przy tym pozostawać biernym, zgniuśniałym lub leniwym w dążeniu do duchowej doskonałości. Wtedy to już bardziej "beznadzieja".
Przyszło mi na myśl, że stwierdzenie "fałszywa skromność" jest dziś rozumiana nie jako błędna skromność, ale jako fałsz skromności, czyli że ktoś nie jest tak naprawdę skromny, a ta skromność jest udawana.
Ten pierwszy jest sensem Tomaszowego zarzutu i mojego.
Nie bądź więc tak skromny. Nie doceniasz się, a to jest nie właściwe, przynajmniej tak sądzę.
Św Tomasz z Akwinu tak bardzo ceni prawdę, iż fałszywa skromność jest dla niego kłamstwem.
Odpowiedź nr 2, bo w jednej wyszłoby za długo:
Niestety nie byłem na rekolekcjach ignacjańskich w FSSPX. Czytałem jednak, że była na nich wymagana książeczka "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempisa. W związku z tym tym treściom chyba można zufać. A te treści to np.:
"1. Każdy człowiek z natury pragnie wiedzy, lecz cóż warta wiedza bez bojaźni Boga? Niewątpliwie lepszy jest skromny wieśniak służący Bogu niż dumny filozof, który o sobie nie
myśląc bada ruchy ciał niebieskich. Ten, kto zna dobrze samego siebie, dostrzega własną brzydotę i nie lubuje się w ludzkich pochwałach. Gdybym wiedział wszystko, co można
wiedzieć na świecie, a nie trwał w miłości, cóż by mi to pomogło w oczach Boga, który sądzić mnie będzie z tego, co czyniłem?"
3. O ile więcej i lepiej umiesz, o tyle surowiej będziesz sądzony, jeżeli życie twoje w tym samym stopniu nie będzie świętsze. Nie nadymaj się z powodu sztuki czy wiedzy, lecz raczej lękaj się otrzymanej umiejętności. Jeśli zdaje ci się, że wiele umiesz i wiele rozumiesz, wiedz, że jest wiele więcej rzeczy, których nie wiesz. Nie przeceniaj swej wiedzy, przyznawaj się
raczej do niewiedzy. Czemu miałbyś się wynosić nad innych, gdy tylu jest od ciebie uczeńszych i bardziej doświadczonych? Jeśli chcesz z pożytkiem się uczyć i wiedzieć coś naprawdę, znajdź radość w tym, że ludzie nie wiedzą o tobie i mają cię za nic.
4. Oto największa i najlepsza szkoła: poznać naprawdę samego siebie i odwrócić się od siebie. O sobie samym niewiele mniemać, a o innych zawsze jak najlepiej - to mądrość, to jest
doskonałość. Nawet gdybyś widział, że ktoś jawnie grzeszy albo dopuszcza się zbrodni, nie powinieneś uważać się za lepszego, bo nie wiesz, jak długo wytrwasz w dobrym. Wszyscy
jesteśmy ułomni, lecz ty nie sądź, że ktoś mógłby być bardziej ułomny od ciebie."
Serdecznie pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego!
Utożsamieni wiedzy i bojaźni Bożej jest jak najbardziej słuszne. Natomiast rozróżnianie tego jest błędem, bo ten który naprawdę wie to i ma bojaźń Bożą. Wiedza co najwyżej może być niepełną, a więc dumny filozof nie jest dumny z wiedzy, a ze swojego mniemania o niej i to jest fałsz - fałsz wiedzy. Gdybym więc wiedział wszystko, to musiałbym mieć miłość, inaczej znowu by była to ułuda wiedzy.
A prawdziwie znać siebie to nie zapierać się siebie, bo ten sens z Pisma Świętego dotyczy tylko ciała, ale nie Ducha. W listach pawłowych i w komentarzach do listów Świętego Tomasza wyraźnie jest napisane, że duch jest ochoczy i chce, natomiast ciało nie pozwala. I w tym sensie mamy się zaprzeć siebie, czyli pobudek cielesnych. Także odpowiednie poznanie siebie w pełni, a nie tylko samych pobudek cielesnych doprowadzi nas tam gdzie trzeba.
Rady Wielkich mistyków dają nam tylko taką lekcję uniżania się, gdyż lepiej jest się uniżyć niż wywyższyć, ponieważ wiedza nasza jest wiedzą niepełną, ale Pan założył, że przy pełnej wiedzy też czegoś nie mamy. Otóż ja się temu sprzeciwiam. Przy pełnej wiedzy nic nam nie brakuje. Pomijam oczywiście fakt, że taka pełnia wiedzy jest niemożliwa, ale możemy osiągnąć wystarczającą i w tej też nie może brakować, ani bojaźni Bożej, ani miłości.
Prawda ponad wszystko.
Szanowny Panie,
Rozmawiamy tutaj o bardzo trudnej materii i pojęcia są rozmyte. Pycha to potężny przeciwnik i problem dla każdego człowieka. W swoim życiu walczymy z nią non stop. Obrzydliwość i "pułapka" tego grzechu jest tym bardziej wielka przez te rozmyte pojęcia.
Czy naprawdę ma wielkie znaczenie czy ja siebie doceniam czy nie?
Prawdziwe znaczenie ma czy moim ziemskim życiem zasłużę sobie na życie wieczne.
Wawrzyniec Scupoli w swojej "Walce Duchowej" pisze o 4 rzeczach, które pomagają w osiągnięciu chrześcijańskiej doskonałości. Dwie pierwsze to 1. Nieufność wobec siebie 2. Zaufanie do Pana Boga.
Czy przypadkiem "docenianie siebie" lub wyzbycie się skromności nie mogą być jakimiś znamionami pychy?
Pojęcie "fałszywej skromności" mi akurat kojarzy się z manifestowaniem tej skromności wszędzie wobec ludzi. Pisząc tam wyżej ja mam na myśli manifestowanie i ofiarowanie wszystkiego Panu Bogu. Stąd bezpieczniej dla siebie jest założyć, że jest się ostatnim i gorszym od innych, niż "doceniać siebie". Nie oznacza to, że trzeba to wszędzie na pokaz manifestować. Nie oznacza to też, że nie należy wykorzystywać swoich mocnych stron i talentów dla większej chwały Bożej.
Pokora, najprościej uległość.
Ale uległym można być komuś, lub czemuś.
Pokora katolicka, to uległość wobec prawdy. Uleganie błędowi to głupota.
Czego potrzebujemy by nie ulec błędom, należy dobrze rozeznać co jest prawdą, pomocnym jest tu rozum wsparty wiarą. Jednak to tylko przemyślenia, chodź podstawowe, to niewystarczające. Należy jeszcze chcieć wprowadzić w życie zamiar (wola) i oczywiście nie bać się tego uczynić (odwaga).
Jednak dzisiejsi katolicy obawiają się narazić na ostracyzm i nie głoszą tego co wyznają.
Nie wystarczy wiedzieć, trzeba jeszcze mieć odwagę głosić prawdę, być pokornym wobec niej.