Ostatnio spotkałem się z pewnym bardzo dziwnym dla mnie zjawiskiem myślowym. Ilustruje ono, być może, z jednej strony to, jak bardzo myślenie światowe wniknęło w mentalność ludzi wierzących, z drugiej zaś – to, jak nieskończona odległość dzieli myśli Boże od ludzkich.
Chodzi, oczywiście, o rozumienie miłości, a mówiąc bardziej konkretnie – o pojęcie stanowiące jej najgłębszą, najistotniejszą część, czyli o ten akt, który możemy określić słowami takimi, jak m.in „wyrzeczenie”, „ofiara”, „poświęcenie” czy też „śmierć dla własnego ‘ja’”. Co dla mnie osobiście było lekkim szokiem, pojęcia te są przez wielu ludzi odczytywane pejoratywnie, jako równoznaczne z cierpieniem, a idąc dalej, z ogólnym „byciem nieszczęśliwym”.
Dziwne. Czyż Jezus nie po to stał się człowiekiem, by cierpieć i umrzeć za nas, z miłości do nas? I czy nie ukazał w ten sposób, że najwyższym gestem miłości, i to tej najczystszej i najbardziej bezinteresownej, jest właśnie ofiara z samego siebie na rzecz kogoś drugiego, i to bez żądania wzajemności? Czemu więc tak wiele osób, nawet wierzących, uważa wyrzeczenie czy poświęcenie się na korzyść drugiej osoby za coś złego? Bo w końcu czy może być coś lepszego i większego, a zarazem piękniejszego niż prawdziwa, bezinteresowna i ofiarna miłość? Taka, która nie zraża się żadnym brakiem u kochanej osoby, ale kocha ją po prostu z samej swojej natury – bo miłość taka po prostu jest, że musi się dawać; a im większa miłość, tym pełniejszy dar, aż do całkowitego samoogołocenia…
Przyczyny takiego stanu rzeczy są jasne – od grzechu, który utkwił w ludzkiej naturze i skaził ją egoizmem, aż po współczesną kulturę i nauczanie Kościoła, które niestety promują taki właśnie egoistyczny naturalizm, tak jakby z pomocą Łaski nie można było wznieść się ponad jej poziom; tak jakby przykazanie Jezusa, Nowe Przykazanie, żebyśmy się wzajemnie miłowali tak jak On nas umiłował było niewykonalne. Czyż nie czai się tutaj straszliwy grzech duchowego lenistwa, i odrzucania pomocy Łaski, by móc tym wygodniej oddać się kultowi własnego „ja”? A za nim widać już wyraźnie jego korzeń, czyli pychę i „miłość siebie aż do wzgardy Boga”, o której pisał św. Augustyn.
Ale wróćmy do tematu. Jasne jest, że samowyrzeczenie, poświęcenie się czy po prostu bezinteresowna miłość (tzn. taka, która kocha ze względu na dobro, jakie ontycznie jest w danej osobie, a nie ze względu na to, co ja mogę od niej dostać) rzeczywiście czasem boli – nawet często, choćby dlatego, że miłość, nawet gdy nie żąda wzajemności, to jednak zawsze jej pragnie, już choćby ze względu na samą osobę miłowaną, by też doświadczyła prawdy tej odwiecznej zasady, że „więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu”. Ale czy cierpienie musi od razu czynić człowieka nieszczęśliwym? Czyż Jezus Ukrzyżowany nie świadczy o czymś wręcz przeciwnym? I nie mam tu na myśli jakiegoś masochizmu czy innych tego typu wynaturzeń, ale właśnie owo wspięcie się dzięki Łasce na tę wysokość, na której cierpienie i szczęście stapiają się ze sobą w jedno w ogniu czystej i nadprzyrodzonej Miłości. (Coś analogicznego mamy nawet w porządku fizycznym: przy odpowiednim poziomie temperatury i ciśnienia, np. takim, jaki panował na samym początku istnienia Wszechświata, pewne siły fundamentalne łączą się w jedną). Doświadczyli tego niezliczeni mistycy i święci, jak choćby św. Weronika Giuliani, św. Magdalena de Pazzi czy bliższy nam św. o. Pio. Dla nich cierpienie było już nie czymś, czego trzeba za wszelką cenę unikać, lecz raczej paliwem Miłości, która w nich płonęła, domagając się coraz większych ofiar, coraz bardziej wstrząsających gestów posłuszeństwa Bogu i wydania siebie za dusze bliźnich, aby tym ściślej złączyć się z Jezusem w Jego odkupieńczym wyniszczeniu Krzyża.
Oczywiście, można tutaj postawić zarzut, że dotyczy to tylko garstki wybranych, heroicznych dusz (zresztą, w obliczu tak częstych dzisiaj najróżniejszych chorób psychicznych istnieje realne ryzyko, że ktoś potraktuje te słowa jako zachętę do samozniszczenia z nienawiści do samego siebie – raz jeszcze podkreślam, że jestem jak najdalszy od pochwalania czegoś takiego!). Niemniej, Nowe Przykazanie Miłości na wzór Jezusa, który „życie oddał za przyjaciół (i nieprzyjaciół) swoich”, obowiązuje wszystkich. „Kto nie kocha Pana Jezusa, niech będzie wyklęty!” – wołał w ogniu swej gorliwości św. Paweł Apostoł. A czy można kochać Jezusa i iść za Nim, nie biorąc swego krzyża? Przecież ktoś taki nie jest w ogóle godzien, by być Jego uczniem! Tak więc świętość, wezwanie do heroicznej miłości, do śmierci dla własnego „ego”, by razem z Chrystusem zmartwychwstać dla Boga, jest dla wszystkich, a nie tylko niektórych. Krzyż stanowi zaproszenie dla każdej duszy, która chce odpowiedzieć na tak wstrząsającą miłość Chrystusa, „Oblubieńca Krwi”, i pójść „ciasną bramą i wąską drogą” za Jezusem na Kalwarię, by tam razem z Nim oddać swoje życie z miłości, co oznacza wejście w pełnię Życia i Szczęścia – pełnię Miłości, i to już na wieki. Nauka Krzyża jest taka: Szczęście zdobywa się poprzez cierpienie przyjęte i ofiarowane z prawdziwej miłości. Stoi ona w poprzek – na krzyż – nauki Świata, który uczy, że szczęście polega na braku cierpienia i pełni przyjemności. Ale obietnica Świata jest fałszywa, bo nieosiągalna, o czym boleśnie przekonują się kolejne pokolenia lądujące w końcu w otchłani Piekła; prawdziwa jest natomiast obietnica Jezusa, bo On nie neguje istnienia cierpienia i bólu w życiu każdego człowieka (choć u każdego w trochę innym wymiarze), ani nie oferuje złudnych dróg ucieczki od niego, ale właśnie daje nam jedyną możliwość pokonania cierpienia i śmierci na zawsze – tak jak On, poprzez przezwyciężenie ich od wewnątrz mocą nieskończonej, Boskiej Miłości.
„Po ludzku to niemożliwe; ale nie u Boga, bo u Boga wszystko jest możliwe”. I On każdemu daje Łaskę potrzebną do przezwyciężenia wszystkiego, tak że nawet małe dzieci były w stanie mężnie oddawać życie za Chrystusa na arenach i w płonących ogrodach Neronów wszystkich czasów i miejsc. A zarazem nie żąda On od nas nigdy więcej, niż jesteśmy w stanie dać. Tak więc: to On działa, a nie my, i dlatego to, co niemożliwe dla ludzkiej natury samej w sobie, staje się możliwe, a nawet konieczne, by zaspokoić żar nieskończonej Miłości płonącej w czystym, dziewiczym sercu.
Wyrzeczenie się siebie, rezygnacja z siebie, zaparcie się siebie, ofiarowanie się, poświęcenie, ogołocenie, samowyniszczenie… wszystkie te pojęcia ostatecznie opisują tak naprawdę jedną rzeczywistość – rzeczywistość tego, co stanowi paliwo prawdziwej, bezinteresownej Miłości; Miłości czystej, ofiarnej, mężnej, wiernej i wytrwałej aż do samego końca. Kto z taką miłością idzie i na takiej miłości buduje, ten się nie ulęknie ani miecza, ani języka, ani odrzucenia, ani zdrady czy zawodu, ani w ogóle jakiegokolwiek bólu czy porażki, ani nawet samej śmierci – której, ostatecznie, wszyscy boimy się najbardziej. Na takim fundamencie zbudowane przetrwa każde małżeństwo, każde kapłaństwo i każda forma konsekracji (a czyż „consecratio” to nie właśnie „poświęcenie”)? Wszystko inne może być (czasami nawet miłym) dodatkiem, ale nie istotą, nie rdzeniem, nie fundamentem; albowiem „fundamentu nikt nie może położyć innego, niż ten, którym jest Chrystus Jezus” – i to Chrystus Ukrzyżowany!
„Twarda jest ta mowa; któż jej może słuchać?” – powie niejeden współczesny uczeń Jezusa i odejdzie. Ale Reszta pozostanie; Reszta tych, którzy, wraz z Piotrem i pozostałymi Apostołami, odpowie: „Panie, dokąd pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego, a myśmy poznali i uwierzyli, że Ty jesteś Synem Bożym”. I ten, kto pozostanie, kto nie ucieknie od Krzyża, odkryje, że choć w ustach jest on gorzki, to jednak napełnia wnętrzności słodyczą; i że tylko Miłość prawdziwa, tzn. totalna, przyjęta i odwzajemniona, i podawana dalej Miłość Chrystusa, jest w stanie zaspokoić głód i pragnienie naszych serc. Każda inna, tylko ziemska, a ostatecznie egoistyczna, miłość może na chwilę ten głód w nas zagłuszyć, ale nie na długo; i potem jesteśmy jak ta Samarytanka, która szukała wody żywej miłości u pięciu mężów, a w końcu u takiego, który nawet nie był jej mężem; i dopiero Chrystus sprawił, że mogła wreszcie odłożyć czerpak i już nie wracać do studni…
Podsumowanie całego tego (nieco może chaotycznego i przydługiego) wywodu niech będzie takie: prawdziwa Miłość, którą daje nam Bóg i jakiej od nas oczekuje, nie boi się cierpienia, lecz karmi się nim, czyniąc cierpienie (i upokorzenie) z miłości do Umiłowanego-Ukrzyżowanego największym szczęściem i pragnieniem prawdziwie rozmiłowanej duszy. Prośmy Matkę Bolesną o tę łaskę – dla siebie samych i dla siebie nawzajem, a także dla mnie, piszącego te słowa. Amen.
Komentarze
Dostrzegam problem. Straciliśmy zdolność poświęcenia naszego dobra dla czyjegoś. Czysty altruizm oparty o wiarę w zbawienie duszy po śmierci przestał w ogóle instnieć.
No niestety. Nie ma co ukrywać, kultura współczesna zrobiła swoje. Ale, z drugiej strony, przynajmniej dzięki temu będziemy mieć większą zasługę, tym bardziej im jest to dla nas trudniejsze.