W obronie ascezy

Asceza. Umartwienie. Pokuta. Słowa, które dziś popadły w zapomnienie. Kojarzą się z mrokami średniowiecza, kiedy to wszystko było zabronione, po ulicach chodzili biczownicy w dziwnych strojach, a wielcy inkwizytorzy znienacka wpadali do domów nieprawomyślnych ludzi, by następnie masowo palić ich na stosie. Ewentualnie przywołują nam one na myśl surowość jansenistów lub żyjących jeszcze wcześniej faryzeuszy.


Dzisiejszy świat, a niestety także i Kościół, nie chce nic słyszeć ani o umartwieniu, ani o życiu kontemplacyjnym, ani o nadprzyrodzoności. Teraz człowiek jest dobry, życie jest dobre, i w ogóle dobre jest wszystko, co jest przyjemne, a jeśli coś jest zabronione, to tylko zabranianie (jak głosiło jedno z haseł Rewolucji ‘68). Masz w końcu prawo do szczęścia, i to już, tu i teraz. Masz żyć w harmonii z Naturą, z Matką Ziemią, z Kosmosem i z samym sobą. Nie masz walczyć, nawet o Prawdę, ani nienawidzić, zwłaszcza grzechu (choć przecież jeśli wszystkie nasze namiętności są dobre, to i nienawiść, nieprawdaż?). Masz działać dla budowania Nowego, Lepszego Świata, lub ewentualnie pogrążać się co jakiś czas w nirwanie, by podnieść poziom endorfin i obniżyć hormony stresu. Masz się samorealizować, masz mieć dobre samopoczucie, masz myśleć pozytywnie i być tolerancyjny/a; masz dbać o zaspokajanie swoich potrzeb, bo liczysz się tylko TY (co ostatecznie oznacza, że liczę się tylko JA). Bóg? Wieczność? Grzech? Takie pojęcia są obce myśleniu współczesnego człowieka, a w coraz większym stopniu – niestety! – również tego wierzącego.


A jednak praca nad sobą, wręcz walka z tym, co jest w nas nieuporządkowane, jest czymś realnym, a wręcz koniecznym; czymś, do czego wzywał zarówno sam Jezus (por. Kazanie na Górze), jak i Apostołowie, a szczególnie św. Paweł. Ten trud i wysiłek, by wykorzenić z siebie to, co złe, grzeszne, nieuporządkowane, przeciwne Bogu i Jego Miłości, i by w sobie to wszystko nie tylko jakoś „uregulować”, żeby nie przeszkadzało nam w korzystaniu ze świata i zmienianiu go od wewnątrz (pytanie: czy to nie on raczej zmienia nas?…), ale w pełnym znaczeniu tego słowa „u-martwić”, nazywamy ascezą, co w języku greckim oznaczało ćwiczenie się, tak jak czynili to (i do dzisiaj czynią) chociażby sportowcy przed igrzyskami. Ale dość szybko pojęcie to zaczęło obejmować nie tylko ćwiczenia fizyczne, lecz także te duchowe: nabywanie cnót i zwalczanie wad, tak, aby móc osiągnąć pełnię człowieczeństwa dla dobra nie tylko własnego, ale i całej społeczności. Chrześcijaństwo przejęło ten pogląd i rozwinęło go na płaszczyźnie nadprzyrodzonej, słusznie nauczając przy tym, że człowiek dobrym się nie rodzi (jak uważali pelagianie i Jean-Jacques Rousseau), lecz dopiero się takim staje.


Tak naprawdę konieczność ascezy i umartwienia wynika z kilku przyczyn. Pierwszą i najważniejszą z nich jest grzech pierworodny – jest to doktryna, dziś popadająca w zapomnienie, o którą Kościół Zachodni walczył szczególnie za czasów św. Augustyna i później. Mówi ona, że u samego początku istnienia ludzkości nastąpiło nasze dobrowolne odwrócenie się od Boga, którego skutki skaziły całą naszą naturę. Jako środki zaradcze Bóg dał nam przede wszystkim Kościół z jego sakramentami, modlitwę, i właśnie umartwienie. Notabene, błędne rozumienie tej nauki stanęło u podstaw rewolucji Marcina Lutra, który nie umiał sobie poradzić z własną grzesznością, ale zamiast ukorzyć się przed Bogiem i Kościołem uznał, że wola ludzka jest w takim razie całkowicie bezsilna, natura – do końca zepsuta, i jedynie Bóg sam może cokolwiek zrobić, by jakoś „zakryć” ten nasz brud, a człowiek może robić co chce, bo i tak liczy się tylko jego wiara, rozumiana jako subiektywne przekonanie lub zaufanie (a nie, jak tego nauczał Kościół katolicki, jako przyjęcie przez rozum i wolę tego, co Bóg sam o sobie, obiektywnie, objawił). Dlatego protestantyzm odrzucił katolicką ascezę, która według niego nie ma żadnego wpływu na to, czy zostaniemy zbawieni czy nie (dziś podobnie uważa, niestety, również wielu katolików). By dowiedzieć się więcej na temat skutków takiej postawy wystarczy przyjrzeć się uważnie życiorysowi samego Lutra. Teraz jednak wróćmy do tematu.


Do grzechu pierworodnego – który zostaje całkowicie usunięty przez chrzest, choć jego skutki, takie jak nieuporządkowane namiętności, pozostają – dodajemy wiele własnych grzechów uczynkowych. One również pociągają za sobą kolejne skutki, nierzadko wytwarzając w nas nałogi i wady, tj. złe, nieuporządkowane postawy, sprzeczne z Bożym porządkiem i z Prawem Jego Miłości. By wykorzenić z siebie te złe nawyki, a wypracować i rozwinąć w sobie te dobre (czyli cnoty), potrzeba dużo cierpliwej pracy. Warto zacząć to robić już teraz, póki te „baobaby” wad (por. „Mały Książę”) są w nas jeszcze małe i nierozwinięte, bo w przeciwnym razie mogą one nawet całkowicie zniszczyć tę małą planetkę naszego życia. A nawet jeśli nie dojdzie do tej ostateczności, to i tak będziemy musieli poddać się bolesnemu wyrywaniu ich już po śmierci, w procesie słusznie nazywanym Czyśćcem.


Ale to jeszcze nie wszystko. Istnieje jeszcze trzeci powód, dla którego asceza jest konieczna: jest nim mianowicie wzniosłość celu, dla jakiego żyjemy i ku któremu dążymy, a którym jest zjednoczenie z Bogiem w Jego Miłości. Dlatego nie wystarczy, że ktoś jest „dobrym człowiekiem”, ani nawet jeśli stara się podporządkowywać swoje niższe, zwierzęce, egoistyczne popędy rozumowi i woli (jest to tzw. savoir-vivre). Nie wystarczy, że będziemy się opierali na siłach naszej natury, by czynić dobro – to tylko filantropia lub działalność charytatywna. Nie; naszym celem jest Bóg, który nieskończenie przewyższa naszą naturę z jej możliwościami. A żeby dostać się do Niego, trzeba kochać Go ponad wszystko, i we wszystkim kierować się jedynie tą Miłością. A wiąże się to nierozerwalnie z odrzuceniem ze wzgardą nie tylko tego wszystkiego, co nas od Niego oddala, ale nawet tego, co do Niego nie prowadzi nas ani innych ludzi. Mamy tak korzystać z tego świata, jakbyśmy z niego nie korzystali, jak głosi św. Paweł. Skoro naszym celem jest Wieczność, to nie możemy się rozsiadać wygodnie w doczesności, ani tym bardziej zapuszczać w niej korzeni, tak jakbyśmy mieli zostać tutaj już na zawsze. Jesteśmy wędrowcami – homo viator – i pielgrzymami w drodze do Niebieskiej Jerozolimy. Nasz prawdziwy dom, ojczyzna, rodzina, szczęście itd. są tam, a nie tu, w tej dolinie łez, którą już wkrótce opuścimy poprzez śmierć. Św. Teresa Wielka z kolei stosowała taki obraz: jeśli ptak, którym jest dusza, jest przywiązany do ziemi choćby cienką nitką, nie poleci do nieba. Stąd konieczność umartwiania takich ziemskich przywiązań, spraw i rzeczy tylko i wyłącznie ludzkich, które może i nie są same w sobie złe, ale które mogłyby nas jakoś wciągnąć, uwięzić, przykuć do siebie, a może i doprowadzić do dalszego pogrążenia się w tym, co tylko ziemskie i światowe, do tego stopnia, że zapomnielibyśmy o Bogu – a to przecież, wbrew pozorom, jest tak przerażająco proste…


Warto już tutaj podkreślić, że w całym tym trudzie nie jesteśmy sami. Bóg, który stał się człowiekiem, cierpiał za nas i umarł, a następnie zmartwychwstał, sam jako pierwszy przeszedł tę drogę wyrzeczenia ofiary z siebie, z miłości, dając nam wzór takiego postępowania i pociągając na tę samą, wąską i ciasną drogę Krzyża niezliczone rzesze dusz. On sam jest na niej wciąż obecny, by nas umacniać i podnosić, i kierować we właściwą stronę. Poza tym dał nam z Krzyża Swą Matkę, by była naszą Matką na tej jakże ciężkiej drodze, i gwiazdą przewodnią na wzburzonym i zdradliwym morzu świata. Dał nam też Kościół, z jego sakramentami i z jego świętymi, którzy w pełni odpowiedzieli na Jego wezwanie: „Pójdź za Mną!”.


I tak wreszcie dochodzimy do czwartego powodu, dla jakiego mamy się umartwiać i podejmować trud ascezy, a jest nim naśladowanie Chrystusa Ukrzyżowanego. Jezus sam powiedział, że mamy się zaprzeć samych siebie, że z miłości do Niego mamy być gotowi wręcz stracić życie, i że mamy je tracić po trosze każdego dnia, codziennie biorąc swój krzyż i Go naśladując w miłości Boga i bliźniego. Chodzi o tego ducha wyrzeczenia i zaparcia się samego siebie, którym tak bardzo zadziwili świat ludzie święci. Skoro naszym jedynym Dobrem i Celem jest sam Chrystus, to nikt ani nic nie może być ważniejsze niż On – nawet rodzina czy własne dobre samopoczucie („Kto nie ma w nienawiści ojca, matki… a nadto samego siebie, nie jest Mnie godzien” – cyt. z pamięci). Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko inne jest na swoim miejscu. A dzisiejszemu światu potrzebni są nie filozofowie czy wolontariusze, tylko święci, wręcz męczennicy, czyli świadkowie Chrystusa aż po całkowitą ofiarę z samych siebie.


O samej ascezie, o tym, jak należy ją praktykować, można poczytać w wielu książkach (polecam zacząć od „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza a Kempis); szkoda, że dziś księża mówią z ambony o ascezie, pokucie i umartwieniu chyba tylko po to, by przestrzegać przed ich nadmiarem, choć moim zdaniem obecnie bardziej zagraża nam ich niedobór. Oczywiście, że za wszystko trzeba brać się z rozumnym umiarem i rozwagą – przez np. biczowanie się można wyrażać miłość do Chrystusa i nienawiść do grzechu, ale również jakąś chorą nienawiść do samego siebie, która jest dziś niestety aż nadto powszechna – we wszystkim opierając się na potędze Bożej Łaski, a nie na własnych, naturalnych siłach oraz słomianym zapale. Ale z własnego doświadczenia wiem, że najtrudniejsze, a zarazem najważniejsze to zacząć: popościć choć z jeden dzień w miesiącu, odmówić sobie czegoś, poświęcić 15 minut dziennie na odmówienie Różańca, a nie na bezmyślne scrollowanie, wstać godzinę wcześniej, by pójść na Mszę Świętą, a może nawet w ogóle usunąć ze smartfona facebooka i instagrama na czas Adwentu lub Wielkiego Postu… Możliwości jest tyle, ile podpowie ich nam Duch Święty.


Bo asceza to przede wszystkim wcale nie nasze działania, by pozbywać się złych nawyków i wyrabiać w sobie te dobre. Nie; asceza to przede wszystkim odpowiadanie na Bożą Łaskę i podejmowanie współpracy z Nią, wsłuchiwanie się w Jej głos i pozwalanie, by to Ona nas prowadziła, a nie nasze naturalne zachcianki (nawet te – zwłaszcza te! – które mają pozór pobożności). Taka asceza stanowi już przedsionek prawdziwej mistyki, która jest niczym innym jak pozwalaniem, by było w nas, w naszej modlitwie i działaniu, więcej Boga niż nas samych, co ostatecznie prowadzi do całkowitego zjednoczenia z Nim przez miłość już tu na Ziemi. Bo Czyściec jest tylko „dodatkową szansą” dla tych, którzy nie zdążyli w pełni się oczyścić z następstw grzechu i dojść do tego stanu zjednoczenia przemieniającego w tym życiu; ale nie stanowi on jakiejś konieczności. Świętość jest możliwa: nie naszymi siłami, ale mocą Bożą, z którą my podejmujemy współpracę, pozwalając, by słodkie prawo Łaski przeniknęło całą naszą istotę, duszę i ciało, i całe nasze życie, ze wszystkimi relacjami, a także z modlitwą i działaniem włącznie. Wówczas trud, jaki musimy podejmować, by tę świętość osiągnąć, staje się czymś łatwym i możliwym do zniesienia: bo to my niesiemy krzyż, ale nas niesie Bóg…


Idźmy więc dalej, razem z Jezusem Ukrzyżowanym, z miłości do Niego tak porządkując siebie, swoje motywacje, priorytety, myśli, uczucia, odruchy i w ogóle całe swoje życie, by to On był na pierwszym miejscu, a wszystko inne żeby ostatecznie prowadziło do Niego: zarówno nas samych, jak i tych wokół nas.


Z Bogiem i Maryją!

p { margin-bottom: 0.25cm; line-height: 115%; background: transparent }

Komentarze