Każdy kto na pewnym etapie życia dowiaduje się o Tradycji Katolickiej, musi się mierzyć z wieloma trudnościami. Zaczyna się zazwyczaj od niedowierzania, pewnego rodzaju niepewności, która to w konkretnym momencie owocuje wrogością - czyli swoistym wyparciem nowo pozyskanych informacji, zakłócających i niejako burzących cały zastały do tej pory porządek.
"Porządek" wytworzony na bazie picia przez większość życia rozcieńczonego wina. Wina, w którym tak naprawdę jest już więcej samej wody, aniżeli pierwotnego trunku.
Samo wyparcie może mieć oczywiście wiele powodów, mniej lub bardziej usprawiedliwiających trwanie w dotychczasowym stanie.
Z kolei z drugiej strony można zaobserwować rozumowe dojrzenie błędów modernizmu, do których człowiek został tak mocno przyzwyczajony, że niekiedy po wielu latach nie jest w stanie ich wszystkich wyplenić, a niektórych nawet sobie uświadomić.
Chciałbym przybliżyć z jaką perspektywą musi się mierzyć człowiek, w tym drugim przypadku - czyli w momencie gdy pozna Tradycję oraz stara się do niej przylgnąć.
Pomijając już dochodzące wówczas zewsząd głosy o niepodporządkowaniu Kościołowi, nieposłuszeństwie, trwaniu w rzekomej schizmie, odsądzaniu od czci i wiary, po pewnym czasie człowiek coraz bardziej ugruntowuje się w przekonaniu co do słuszności obranej drogi - oczywiście jeżeli stara się podejść do tematu w sposób skrupulatny i uczciwy - czyli bez z góry założonych tez.
I dokładnie w tym miejscu zaczyna się problem, który chciałbym poruszyć w poniższym tekście. Natłok zrozumianych dotychczasowych błędów i niejasności, w których się tkwiło, doprowadza do tego, że próbujemy "zarazić naszym nowo odkrytym szczęściem" rodzinę, bliskich, gdyż zależy nam na ich zbawieniu, podobnie jak i na naszym.
Pierwsze próby spełzają zazwyczaj na niczym, gdyż sami nie jesteśmy dobrze we wszystkim poinformowani. Przychodzi jednak ten czas, kiedy jesteśmy coraz bardziej pewni swojej linii argumentacyjnej, kiedy wydaje nam się, że jesteśmy w stanie wyjaśnić więcej problemów i zagadnień niż uprzednio, a ponadto wiemy już, że doskonałym sposobem na przekonanie innych nie jest uporczywe odmienianie "Soboru Watykańskiego II" i "modernizmu" przez wszystkie przypadki, ale świadczenie własnym przykładem - zmianą zachowania, postrzegania, itp.
Często pojawiają się jednak przypadki, że dobry przykład, którym sami staramy się zaświadczyć, nie jest wystarczający i musimy podać kilka za i przeciw w merytorycznej rozmowie. Budujemy linię argumentacyjną, opartą na encyklikach, autorytetach duchowych i świeckich, Piśmie Świętym, literaturze przedmiotu, zdrowej logice - tylko w tym celu, żeby po chwili usłyszeć od rozmówcy, że przecież papież mówi inaczej, że tak nie trzeba, że to złe.
W merytoryczne argumenty i próby podjęcia dialogu (tego dialogu, o którym jest w obecnym Kościele tak głośno, a który jest skierowany do wszystkich oprócz katolików tradycyjnych) dostajemy młotem "niepodporządkowania II Soborowi Watykańskiemu", młotem "autorytetu papieża Polaka", młotem "kolejnych wypowiedzi papieża Franciszka" i wieloma innymi pułapkami, które wydają się być dla posoborowych katolików argumentem ostatecznym kończącym każdą dyskusję.
Cała nasza argumentacja wydaje się być w ich oczach pozbawiona w tym momencie głównego autorytetu, którym jest niezmienne nauczanie KK, a my w takiej sytuacji wyglądamy jakbyśmy rzeczywiście byli jakimiś heretykami i głosili własne nauki niepasujące do tego co w Kościele aktualnie się naucza, mówi i robi.
Cała ta narracja jest idealną kalką - przełożeniem na sferę religijną tego co w świecie zaczęło być określane mianem antysemityzmu, faszyzmu, homofobii itp.
Przypinanie konkretnych łatek, lub też używanie argumentów nie do przeskoczenia, tzw. ostatecznych, np. przez obrońców współczesnej liturgii skutecznie pozbawia nas możliwości dotarcia do nawet logicznie myślących ludzi.
Ponadto dodatkowym determinantem utrudniającym nam tak znienawidzony przez aktualnego papieża prozelityzm, a do którego zachęcał sam Pan Jezus, jest to, że świat obecny jest zeświecczony do tego stopnia, że nawet nominalni katolicy po wejściu z nimi w dłuższą dywagację mówią z lekkim uśmiechem o bytach duchowych, niebie, diable, transsubstancjacji, sugerując po chwili, że to takie wyobrażenia i metafory, a wszystko tak naprawdę sprowadza się do tego żeby być dobrym człowiekiem.
Zmiana znaczeń konkretnych słów/definicji, dostosowywanie ich do obecnych standardów lub celów danych grup jest najlepszą drogą do pokonania przeciwnika.
Jak najlepiej zdyskredytować rozmówcę według "poprawnych politycznie"?
1. Podać kontrargument? Nie, gdyż zawsze może nas przebić swoim, lub obalić nasz.
2. Przemilczeć przeciwnika? Nie, gdyż zawsze znajdzie się jakaś droga, którą jego informacja się rozniesie.
3. Ośmieszyć przeciwnika? Nie, gdyż może on czynem lub słowem odbudować swój wizerunek.
4. Zdyskredytować go w opinii społecznej i pozbyć autorytetu publicznego? Tak, gdyż przypięcie mu konkretnej łatki skutecznie pozbawi go możliwości do zrehabilitowania się publicznie i zawsze jego zdanie lub opinia będzie rozpatrywana przez sito antysemityzmu/faszyzmu/schizmatyka/homofoba/lefebrysty.
Doskonale widać to w dwóch poniższych przykładach, które uważam, że są czystą kwintesencją tego czym staje się właśnie młot argumentu ostatecznego.
Pierwszy link przedstawia rozmowę Tomasza Grygucia i Grzegorza Brauna z "naczelnym rabinem Polski" Michaelem Schudrichem. Na wszystkie argumenty obu Panów będących po naszej stronie barykady, rabin zasłania się obecnym nauczaniem Kościoła oraz wielokrotnym zarzucaniem wyżej wymienionym: "Czy nie respektują postanowień II Soboru Watykańskiego i nauczania Jana Pawła II o judaizmie?". Oczywiście spotkanie odbywające się w ramach "dni judaizmu w Kościele Katolickim" [o zgrozo] jest okraszone innymi "autorytetami" podającymi jedyną słuszną prawdę o starszych braciach w wierze.
Całe to zdarzenie dzieje się przy współudziale księży katolickich, którzy odważnie stają po stronie rabina.
(materiał jest długi ale główna akcja rozgrywa się od 29 minuty a potem warto obejrzeć same końcówki wypowiedzi kolejnych prelegentów, gdyż wtedy padają pytania od widowni)
https://banbye.com/watch/v_QrV4RT5Wn6bh?tab=0
Drugi link prowadzi do lewackiego portalu gdzie pod Niebiosy wychwala się SWII, przy jednoczesnym karceniu KK w Polsce za niewprowadzanie jego postanowień.
Zdumiewa mnie ta niebywała troska o dobro Kościoła, który przecież jak wielu uważa jest samym złem, a księża to jedynie pedofile.
https://oko.press/sobor-watykanski-ii
Ciekawy jestem czy wprowadzanie postanowień IISW w KK tak ochoczo przedstawiane i aprobowane przez portale i grupy społeczne jawnie opluwające nasze wartości i wyśmiewające zasady ma rzeczywiście być z pożytkiem dla Kościoła?
Myślę, że odpowiedź nasuwa się sama.
Komentarze
Laudetur Iesus Christus,
Panie Pawle jestem od blisko roku wiernym FSSPX. Poruszony przez pana temat dotyczy pewnie każdego katolika, który zetknął się z Tradycją KK i jego rozumu, który poznał PRAWDĘ i zdecydował się na zmianę. Chcemy się z nią dzielić ze wszystkimi, bo wydaje nam się to takie proste i że mamy rację, bo mamy za sobą Ewangelię, encykliki, autorytety papieży, doktorów KK, świętych, objawienia itd . Skora "ja" zrozumiałem, to dzielimy się tą radosną nowiną, mamy szczere intencje. Ale jak sam pan zauważył, tak to nie działa. Uważam, że nie ma złotego środka na to, aby kogoś przekonać do Tradycji KK. Pan Bóg dał nam rozum i wolną wolę i do tego jest jeszcze potrzebna łaska zesłana przez Ducha Świętego, aby podejmować właściwe decyzje. Można zasiać ziarenko i czekać, i modlić się, aby coś jednak wykiełkowało i urosło. Nic na siłę - wojowanie na argumenty nic tu nie pomoże, można coś podpowiedzieć, dać swoje świadectwo, zaprosić na mszę ...
Mogę przedstawić tutaj ciekawy przykład z tego roku. Mam przyjaciół nad morzem. Jest to przykładna i pobożna rodzina katolicka, 2 dzieci. To dzięki nim wróciłem do Pana Boga. Uczęszczają na NOM u siebie na miejscu. Kiedy przyszła niedziela oni do swojego kościoła, a ja do najbliższej (60km) kaplicy bractwa na mszę wszechczasów. Jest to wydawałoby się sytuacja tragiczna, że jesteśmy podzieleni itd - ale tak nie jest, ponieważ oni doskonale rozumieją mnie (od kiedy mój przyjaciel zaprowadził mnie na mszę wszechczasów, moja dusza nie chce słuchać innej mszy - zgadnijcie dlaczego?:), a z drugiej strony ja też rozumiem ich postawę - nie chcą rezygnować ze swojego kościoła, jest po prostu "ich", mają pełną świadomość, co się dzieje w KK, czym był SWII i co przyniósł, przyjmują komunię na kolanach i do ust (co nie podoba się miejscowemu proboszczowi), zadają trudne pytania kapłanom itd, prosili o odprawianie mszy wszechczasów (na razie bez sukcesu). Uważam, że taka postawa jest godna naśladowania, mam przez to do nich wielki szacunek i modlę się za nich w ich samotnej walce - tak możemy rozumieć kościół wojujący - nawrócenie i powrót do Tradycji KK. Nie takie schizmy i herezje w swojej historii przechodził KK. Pamiętajmy: Wiara, Nadzieja, Miłość. Módlmy się codziennie różańcem.
Z Panem Bogiem
Tak, dokładnie się z Panem zgadzam.
W tekście tym chciałem oddać skalę gwałtu, który wykonywany jest na naszym rozumie, za pomocą podmiany pojęć i stosowania argumentów drugiej strony, które często są nie do przeskoczenia, gdyż nawet sam autorytet Stolicy Apostolskiej jest zainfekowany powtarzanym powszechnie błędem.
Zasugerował Pan, że pozostaje nam zasiać ziarenko i modlić się i czekać czy wykiełkuje. Jak najbardziej się zgadzam, ale ostatnimi czasy zauważyłem, że coraz mniej możliwy staje się już nawet sam zasiew, gdyż całe podłoże staje się niejako zupełnie podmienione na kamieniste. Człowiek w dzisiejszych czasach ma tworzoną od małego konieczność posiadania zdania na każdy temat, co niejednokrotnie powoduje syndrom oblężonej twierdzy. Twierdzy, która z automatu neguje wszystko co jest poza nią z samej jedynie zasady - często powodowanej strachem przed zmianą dotychczasowego myślenia i pojmowania spraw na które miało się "wyrobione poglądy".
Zauważam, że często następuje negacja i zaprzeczanie wypowiedziom, jedynie dla samej negacji. mimo tego, że widać, że rozmówca nie do końca akceptuje to co sam przedstawia.
Jest to bardzo przykre, ale zostaje nam się rzeczywiście modlić.
Z Panem Bogiem
https://oko.press/sobor-watykanski-ii
drugi link działający