Znany językoznawca, prof. Jerzy Bralczyk, w jednym z wywiadów stwierdził - dość oczywistą do niedawna rzecz - że zwierzęta nie umierają, lecz zdychają. Co więcej, profesorowi nie podobają się także "psiecka" i "adopciny".
Jak powiedział: "Zastępowanie dziecka psem uważam za zjawisko groźne społecznie w związku ze zmniejszonym przyrostem naturalnym. Jak tak dalej pójdzie na rodzinę będą się składały dwie osoby plus pies. Reasumując: bardzo, bardzo lubię zwierzęta i aż mi przykro, że zdychają, ale na pewno nie powiem, że umierają".
To wywołało burzę w środowiskach lewicowych. Krystyna Zachwatowicz-Wajda, żona nieżyjącego już reżysera Andrzeja Wajdy, w liście opublikowanym na łamach Gazety Wyborczej do prof. Bralczyka stwierdziła: "Zdechło jest słowem pogardliwym, wykluczającym, niegodnym".
Z kolei poseł Klaudia Jachira z Koalicji Obywatelskiej na swoim profilu na Facebooku napisała: "Wszystkie określenia obraźliwe dla zwierząt i przyrody, w tym mówienie o ich zdychaniu, a nie umieraniu, mają swoje korzenie w katolickiej kulturze, która każe czynić sobie ziemię poddaną i umniejsza znaczenie życia zwierząt".
Po tej druzgocącej krytyce prof. Bralczyk już chyba może zakończyć karierę.
Komentarze
Brawo prof. Bralczyk
Biblijna ziemia poddana to wszystkie stworzenia uszanowane przez człowieka z tego powodu, że wyszły z ręki Pana Boga. Ale człowiek jako Boże dziecię nie może tych stworzeń czcić bardziej niż innych ludzi czy samego Pana Boga. Dlatego w języku czynności zwierzęce mają często inne nazwy, niż ludzkie, co nie znaczy, że wolnoby człowiekowi źle je traktować
Szanowny Panie Profesorze, człowieku rozumny, nie łam się krytyką i miej ufność w Bogu.
Zastanawiam się, co taka poseł miała niby powiedzieć. Przecież pewnie głosowały na nią takie pary ze zwierzątkiem zamiast dziecka. Zdziwiłbym się, jakby powiedziała inaczej, w końcu jest przedstawicielką partii Lewicy Obywatelskiej.