Kryzys w Kościele ma wiele aspektów i negatywnych konsekwencji. Wśród nich jest m.in. błędne rozumienie jedności (z którego wymazano centralny element Prawdy) oraz posłuszeństwa, które z kolei często interpretuje się w sposób skrajny, absolutystyczny, pomijając rozum oświecony wiarą, który może i powinien ocenić, czy dane polecenie (lub zakaz) przełożonego jest zgodny z wiarą i moralnością, czy też wręcz przeciwnie, jak nauczał m.in. św. Tomasz z Akwinu. Niejako owocem tych dwóch błędów jest kolejny, a mianowicie błędne rozumienie nieomylności papieża (i biskupów) – tak jakby papież był jakimś niewolnikiem (lub zgoła inkarnacją) Ducha Świętego, i jakby nie mógł powiedzieć ani zrobić niczego, co byłoby sprzeczne z Bożą prawdą i wolą. Oczywiście, takie podejście nie ma uzasadnienia ani w rzeczywistości historycznej, ani tym bardziej w tej teraźniejszej; jest to liberalistyczne wypaczenie dogmatu o nieomylności, którego nie rozumieli tak ani ultramontanie, ani sam papież Pius IX. W każdym razie powyższe błędy można by zsumować w jednym zdaniu: „Łączność z papieżem i biskupem jest ZAWSZE gwarancją (jedyną?) łączności z Kościołem i, co za tym idzie, z Chrystusem”.


W normalnych czasach byłoby tak rzeczywiście; owszem, nie bez powodu w Kościele katolickim naucza się, że nie każdy poszczególny wierny jest upoważniony do osobistej interpretacji Depozytu Wiary zawartego w Piśmie Świętym i Tradycji, ale że tylko sam Kościół posiada taki autorytet – a w Kościele jest on niejako zawarty w osobach biskupów, z biskupem Rzymu, następcą św. Piotra i Wikariuszem Chrystusa, na czele i ponad nimi. Zwyczajny wierny może i powinien we wszystkich sprawach odnoszących się do wiary, moralności, i w ogóle interpretacji danych Objawienia zdawać się na kompetentnych przełożonych, których szczególnym zadaniem jest strzeżenie prawowierności, do czego też są szczególnie uzdolnieni – tak od strony ludzkiej (przez studia teologiczne), jak i od tej Boskiej (przez nadprzyrodzoną łaskę stanu). Co więcej, powinien on im się w tych wszystkich kwestiach podporządkować czasem nawet wbrew swojemu przyrodzonemu rozumowi, który nie jest zdolny sam z siebie dogłębnie pojąć wszystkich Bożych prawd. Wiemy też, co się zazwyczaj działo, gdy taki czy inny członek Kościoła nie chciał się podporządkować autorytetowi biskupów i Papieża: dochodziło do różnych herezji i schizm, takich jak choćby arianizm czy później protestantyzm. Rzeczywiście, w normalnych czasach Papież i zjednoczeni z nim biskupi powinni być takimi „bezpiecznikami” wiary i gwarantami prawowierności, a wierni nie powinni się opierać wyłącznie na własnym rozumieniu prawd wiary, tylko im ufać i się podporządkować, w ten sposób okazując posłuszeństwo samemu Bogu.


Niestety, nie zawsze to się sprawdza. W obecnych czasach błędy w Kościele są promowane, a czasami wręcz narzucane – na ogół subtelnie, czasem nachalnie – już od samych szczytów. Dlatego w dobie obecnej – co dobrze pojął m.in. abp Lefebvre – zewnętrzna łączność z papieżem i biskupem miejsca nie jest już stuprocentową gwarancją łączności z Bogiem i Kościołem. Nie jest więc tak, jak twierdzą dziś niektórzy (o zgrozo, nawet kapłani), że „lepiej mylić się z papieżem niż mieć rację bez niego”. Naszym ośrodkiem jedności jest Prawda, ta jedna jedyna, którą objawił nam Bóg Wcielony, a którą Kościół podaje nam do wierzenia „zawsze i wszędzie”. Nie jesteśmy więc zdani wyłącznie na orzeczenia Watykanu lub KEP-u ani też na nasze własne rozumienie: mamy niemal 2000 lat rozwoju teologii, mamy sobory, kolejnych papieży, wybitnych teologów, świętych, Doktorów Kościoła. Nie potrzebujemy więc czekać, co obecny papież lub taki czy inny biskup powie na temat związków jednopłciowych, islamu, ekologii czy Mszy Wszechczasów. Możemy się oprzeć na autorytecie innym niż jego własny, na autorytecie samego Depozytu Wiary, któremu i on sam musi być posłuszny (bo w przeciwnym razie nie spełnia jednego z zasadniczych kryteriów nieomylności). Oczywiście, rodzi to wiele zamętu i problemów: choć w wielu kwestiach jako wierzący się zgadzamy, to jednak w bardzo wielu innych panuje ogromna różnorodność opinii, a zagadnienia dyskutowane niegdyś przez uczonych teologów, którzy poświęcali nieraz całe swoje życie na zgłębianie Bożych tajemnic, a ostatecznie rozsądzane przez papieży i sobory, dziś stanowią przedmiot rozumienia i decyzji każdego z nas, stając się treścią naszej niełatwej codzienności. Rozumienie Mszy Świętej, Komunii Świętej, małżeństwa, kapłaństwa i pozostałych sakramentów jest dziś odgórnie atakowane. Ba, coraz więcej ludzi wierzy dziś, że Kościół katolicki nie ma monopolu na Prawdę, i że to wszystko jedno na jaką Mszę idziemy, albo jak przyjmujemy Komunię Świętą, albo wręcz jaką religię wyznajemy… Pozbawieni steru dzielimy się na różne ugrupowania, a nić Prawdy dla przeciętnego obserwatora staje się niemal niedostrzegalna w tym bałaganie, co nie sprzyja niestety jej głoszeniu (tym bardziej, że jest tak niewygodna).


Póki co zwyczajni wierni, którzy idą zawsze za głosem pasterzy, mogą czuć się bezpiecznie: ich ignorancja, dla nich samych zazwyczaj niepokonalna, chroni ich przed pełnymi konsekwencjami ich błędów. Gorzej mają kapłani i biskupi, którzy powinni wiedzieć, że robią źle, ale lata wychowania w Kościele posoborowym, zafałszowana teologia czy wreszcie względy ludzkie (w tym lęk o swoje utrzymanie), a także zdrowa obawa przed podzieleniem losu wszystkich innych, którzy chcieli dobrze, a skończyli jako sekciarze powodują, że z reguły im jest najtrudniej zdobyć się na ten jakże trudny krok i przyznać, że niemal wszystko, co do tej pory myśleli, a nawet sposób, w jaki myśleli był po prostu błędny, i że już dłużej nie mogą pozostawać w strukturach, które z katolicyzmem mają stopniowo coraz mniej wspólnego. Oczywiście, wszystko to nie jest wcale takie jednoznaczne jak się nam czasem wydaje, i tylko Bóg badając głębię sumień ma prawo orzekać, kto jaką odpowiedzialność ponosi. Niemniej niestety prędzej czy później, jeśli wszystko będzie szło dalej w tą samą stronę, przyjdzie taki moment, w którym Kościół „oficjalny” już zupełnie i do końca przestanie być Kościołem, a stanie się jego karykaturą, jak to już się dzieje w niektórych miejscach na świecie, a nawet w Polsce. Wówczas wiara przetrwa w „katakumbach”, w rodzinach i wspólnotach tych, którzy pozostaną wierni prawdzie, w którą Kościół wierzył zawsze i wszędzie. Co się wówczas stanie z tymi wszystkimi, którzy dziś na wszelkie sposoby usiłują wytłumaczyć sobie, że ten lub inny papież czy biskup mówi dobrze nawet jeśli mówi źle, bo boją się wpaść w schizmę? Módlmy się za nich, bo tego potrzebują najbardziej.


Podsumowując: Jedyną prawdziwą gwarancją łączności z Chrystusem i Kościołem jest łączność z daną nam od Boga, a przekazywaną nam przez Kościół Prawdą Objawioną. Papież i biskupi powinni być jej strażnikami, ale jeśli oni zawodzą, pozostaje nam sam Depozyt Wiary („rozpakowywany” i zgłębiany na przestrzeni całej historii Kościoła) oraz osąd własnego rozumu, ale oświeconego wiarą. I o to światło Ducha Świętego prośmy codziennie, bo jest nam ono bardzo potrzebne, dziś może nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Musimy wytrwać przy tej Prawdzie za wszelką cenę, nawet własnego życia. Nieuchronnie spowoduje to, że ci, którzy wolą mylić się z papieżem niż mieć rację bez niego będą się od nas odsuwać, oskarżając o herezję, apostazję i schizmę, nie zauważając, że to nie my odłączamy się od Kościoła, tylko właśnie ci, którzy powinni stać na jego czele. I za nich też się módlmy, gdyż bez pomocy Łaski nie są w stanie wyrwać się z tego zaklętego kręgu, w który wpadli, na ogół bez własnej winy. I bądźmy też dla nich wyrozumiali, bo to, że my widzimy pewne rzeczy a oni nie to też niezasłużona Łaska. Nie wszyscy poza naszym obozem są wrogami; wielu z nich to nasi przyszli sprzymierzeńcy, i uważajmy, żeby dla nas przynależność do „tych lepszych którzy wiedzą” nie stała się ważniejsza od przynależności do Chrystusa i Jego Kościoła. Bo i nasz rozum, tak jak i rozum naszych przodków, ma swoje ograniczenia, i o tym też lepiej nie zapominać…

p { margin-bottom: 0.25cm; line-height: 115%; background: transparent }

Komentarze